Leaderboard


Popular Content

Showing most liked content on 29.10.2016 in all areas

  1. 18 likes
    Google twierdzi, że poniższe zdjęcie zostało zrobione o 5:30 rano. Nie wiem, z pewnością ja byłam wtedy w ciepłym śpiworze w namiocie. Mimo bliskości wody, noce są ciepłe i suche, fajny ten wrzesień ;) poranne mgły: rano ruszamy znów na track, mniej więcej równolegle do DK 22, w kierunku Chojnic. Może w końcu uda się dotrzeć na te legendarne Kaszuby ;) Betonowa droga z lat 30.tych i ochrona przeciwczołgowa. Ciekawe, czy jeszcze działa ;) W okolic Bornego musimy jeszcze powalczyć z drogami leśnymi (ale dopuszczone do ruchu), gdzie na szutrze znajdują się resztki asfaltu, niekiedy wystające na 10 cm. Slalom to mało powiedziane. Ale dalej jest lepiej. Niekończące się leśne dróżki Jagna i jej ulubione wersja of fu, czyli lajt-off ;) Gdzieś przed Człuchowem trafił nam się ulubiony motyw tracka robionego palcem po mapie, czyli oficjalnie droga jest, a realnie, no cóż ;) Ale przecież widać, że jakiś traktor jechał jakiś czas temu, no to co, ja nie dam rady? Ale kilkaset metrów dalej krzaki były wyższe od Rafa, więc wybraliśmy jazdę ścierniskiem. Obiad w Chojnicach i kierujemy się na północ. Można powiedzieć, że w końcu jesteśmy na Kaszubach! Pogoda robi się bajeczna: Tylko ciut offa nam zakostkowali! Jedziemy cały czas na północ wzdłuż jeziora Charzykowskiego: Dróżki rewelacyjne Raf szaleje na KTMie, moja DR tyle nie wyciąga ;) Nie wiem, po czym takie czerwone rżysko: (ale z chęcią się dowiem ;) ) Taaa daaaam! Swornegacie do już stuprocentowe Kaszuby! ruszamy w szuter-autostrady (legalne!) na północ. Mostek nad Brzycą: Piękne lasy, piękne szutry, piękne Kaszuby. Laska też piękna ;) W lasach są zagubione małe wsie, albo pojedyncze gospodarstwa. Układając tracka, byłam pewna, że w dużej mierze prowadzi lokalnymi asfaltami (tak wyglądało na zdjęciach satelitarnych), a tu proszę - piękne szutry i piachy! Jedna z takich zagubionych wioseczek: Myślałam, że do Kalisza ciut dalej ;) I w prawo ładnie, i w lewo! Jadąc trackiem na północny wschód widzimy dziesiątki pięknych dróg we wszystkie strony. Jest potencjał na dłuższe latanie! cdn
  2. 17 likes
    Z Kłomina (zatrzymujemy się tylko przy pomniku ofiar oflagu) lecimy asfaltem do Bornego. Kamyk dzień wcześniej opowiadał nam o Kłominie i coś wspominał o pieknych wrzosowiskach. Mmmm, wrzosowiska we wrześniu... może być pięknie ;) Tyle, że nie do końca załapaliśmy gdzie one są ;) Za to widzimy znak leśny na wieżę widokową i piękny szuter. Od razu skręcamy, choć to w bok od naszego tracka. Czy już pisałam, że w końcu mamy pogodę? Czy to nie przypadkiem rzeczone wrzosowiska?? Sesja foto w takich okolicznościach przyrody obowiązkowa ;) KTM się pręży ;) Fragment sesji dla Rafa i jego nowego nabytku: Na mojej DR to już nie robi wrażenia ;) Właśnie jej przeleciało 35 000 ;) Droga przez wrzosowiska ma chyba 7 km I czasem są ślady asfaltu Tu właśnie ćwiczył Rommel z Afrika Korps. I na pewno testowali tu BMW i Zündappy, głowę daję ;) Leśny (ale legalny) szuter krzyżuje się z gminną drogą, która zakręca na północ i znów prowadzi nas w stronę Bornego. Ciężko określić typ nawietrzni. Na pewno był tu kiedyś asfalt. Zostało go jakieś 30-40%, ale podbudowy tłuczniowej brak. Obstawiam, że to wyrób radziecki ;) Jazda przypomina slalom i naprawdę byłoby dużo lepiej gdyby tych resztek asfaltu nie było. Dojeżdżamy w końcu do Bornego Sulinowa i doznaję lekkiego szoku, szczególnie po Kłominie. Borne jest: -ładne -zadbane -czyste -zielone - i ma Biedronkę ;) I znów mały, tym razem rysunkowy ;) rys historyczny ;) Uwielbiam stare mapy. Mogę godzinami analizować przedwojenne mapy zachodniej Polski i porównywać. (choć niestety porównanie to wypada najczęściej na niekorzyść. Był folwark - nie ma. Był młyn â- nie ma. Była fabryka - nie ma...) Borne Sulinowo powstało pod koniec lat 30. XX wieku, nie załapało się więc na wydruk najważniejszej niemieckiej mapy - Meßtischblatt. Ale znalazłam je w pełnej krasie na amerykańskiej sztabówce z 1952, zapewne kalce mapy niemieckiej. Widoczny cały zamysł miasta. A tak prezentowało się Borne według map polskich (do dziś nie wydano nowej mapy topograficznej!) Oczywiście, gdyby wtedy ktoś chciał tę "wioseczkę" odwiedzić, to i tak by go cofnęli na szlabanie ;) A tak Borne wygląda na aktualnej, cyfrowej mapie. W Bornym nie zmieniło się prawie nic od 90 lat, a jaka różnica na mapach ;) Tyle kartografii :D cdn. PS - ciekawa jestem, co o takich radzieckich miejscowościach wiedzieli okoliczni mieszkańcy?
  3. 17 likes
    Bunkry co prawda były, ale i tak było… fajnie było! Lało całą noc. No cóż, nie będzie się za to kurzyło ;) Zakręcamy na wschód w stronę Tuczna, bynajmniej nie asfaltem ;) Nie kurzy się, faktycznie ;) W okolicy kupa leśnych dróg dopuszczonych do ruchu, to te z zielonego drogowskazu: Piękne , lajtowe offy, od czasu do czasu mijamy jakieś wioseczki na środku niczego i zastanawiamy się, z czego ludzie tu żyją. Zamku w Tucznie chwilowo nie obejrzymy, remont Łapie nas krótki deszcz (wrzesień w końcu), ale nie zdążył nas przemoczyć. Dalej na wschód, równolegle do DK 22: Mając na uwadze ostatnią fascynację Rafa historią II wojny na ziemiach zachodnich, wynalazłam po drodze ciut miejsc godnych uwagi. Tuż za Tucznem, w Strzalinach, można pooglądać zniszczone bunkry na tzw. Wisielczej Górze. Bunkry były częścią umocnień Wału Pomorskiego i jeden z największych obiektów tego typu. Powstały w latach 1935 – 1938 r. Obiekt był oblężony w 1945 przez Armię Czerwoną. Bunkry zostały po wojnie wysadzone ale zostały ocalone częściowo podziemia, które można dziś zwiedzać. Na zwiedzanie się nie załapaliśmy, trzeba by się wcześniej umówić. Tu więcej info Jadąc takim asfaltem ma się wrażenie że to obszar zapominany przez boga i ludzi… ... a ja mam jeszcze skojarzenia z The Walking Dead ;) tylko liści na drodze brakuje ;) Dojeżdżamy do Wałcza, gdzie krzyżują się w centrum miasta dwie krajówki. Oj, fajniej było w lesie, niż w korkach! Jemy szybko obiad i wynocha z miasta ;) Kolejne bunkry przed nami. Tym razem porządne, do zwiedzania. Taaa, tyle, że poniedziałek to dzień święty muzealników ;) Więc tylko przez płot: Bunkry, położone przy ulicy Południowej w Wałczu, to także fragment umocnień Wału Pomorskiego. Obiekty wybudowane w latach 1932 – 1935 miały za zadanie bronić nie tylko Wałcza, ale także szosy biegnącej w kierunku Piły oraz linii kolejowej. W ich skład wchodzi kilkanaście obiektów. Trzon stanowią dwa schrony typu B tzw. B – Werki. Więcej info tu. Robimy małą pętelkę na północ, bo Raf nigdy nie był w Bornym Sulinowie. A ja byłam tam ostatnio chyba w 2001, kiedy miasto było jeszcze na wpół opuszczone. Ciekawe, ile się zmieniło. Ale najpierw trzeba załadować kolejnego tracka, bo pierwszy za nami. cdn.
  4. 16 likes
    Na początku 1945 żołnierze niemieccy opuścili Groß Born, po czym zajęła je Armia Czerwona. Utworzono tu doskonale strzeżoną bazę Północnej Grupy Wojsk. Mimo że obszar ten został w 1945 formalnie włączony do Polski, a w ewidencji gruntów figurował pod nazwą „tereny leśne”, to faktycznie był on oderwany od Polski. Do 12 października 1992 wojsko radzieckie (później już rosyjskie) liczyło 15 tysięcy żołnierzy. W kwietniu 1993 miasto zostało przekazane polskim władzom cywilnym i rozpoczął się proces zasiedlania. Teraz miasto liczy prawie 4,5 tys. mieszkańców. Borne to schludne, ładnie rozplanowane miasteczko składające się z kilkudziesięciu bloków – przedwojennych koszarowców. Na mnie zrobiło wrażenie nieco sanatoryjne ;) Podobno przeprowadziło się tu dużo górników na emeryturze, może dlatego ;) Nico gorzej jest na obrzeżach, gdzie można znaleźć jeszcze niezamieszkałe budynki, choć nie są to jakieś rozpadające się ruiny. Po prostu opuszczone budynki. Najważniejsze dwa „zabytki” niestety są w najgorszym stanie. To ruiny (w zasadzie fundamenty) willi Guderiana – jednego z najważniejszych hitlerowskich generałów, oraz kasyno. Pamiętam, jak w 2003 był to po prostu zamknięty budynek – do remontu. A teraz? Ehhh… Kolejny przykład, że trudno zmusić osobę prywatną o dbanie o zabytki… a w środku takie smaczki, jak sala koncertowa na 1000 osób. Chyba nie musze pisać, że Rosjanie oddali nam to w stanie bdb? Tu jeszcze przedwojenny stan: Na szczęście większość budynków w mieście jest użytkowana i wygląda tak: Choć da się zauważyć mnóstwo mieszkań na sprzedaż. Dla zainteresowanych całkiem fajny artykuł. my postanawiamy zajrzeć na leśne pole namiotowe, którego koordynaty mamy w Garminie. Zakupy w Biedronce (motków pod sklepem pilnuje nam miejscowy żulik-inteligent, przy okazji przeprowadzając z nami bardzo interesującą rozmowę), tradycyjnie śledź w tomatach w puszce + białe wytrawne i możemy jechać. Jedziemy na zachód, betonową drogą, zapewne również made in III Rzesza. Gdzieś po prawej nad jeziorem Pile, ma być pole. Tyle, że nie ma żadnej drogi w bok. Coś nie tak. Już mam zawracać (niestety mapa leśnych pól namiotowych online na telefonie nie chce działać i nawet nie ma jak sprawdzić), gdy Raf zauważa ścieżkę w bok. I nawet po kilkuset metrach jest znak „do pola namiotowego” A pole normalnie pięciogwiazdkowe! - a kupiłaś zapałki? - eeee, myślałam, że Ty kupisz… No pięknie. mamy kuchenkę, mamy garnczek od Kuby i co?? Znów będziemy skazani na wino? I bez ogniska? Mamy jednak szczęście. Na pola zajeżdża na chwilę terenówka, a my napadamy kierowcę z pytaniem o zapalniczkę. Jesteśmy gotowi odpalić nawet papierek od zapaliczki samochodowej, kiedy pan z uśmiechem wręcza nam zapałki. Miłego ogniska! Uff, znów nas ktoś „ratuje” ;) I możemy spędzić romantyczny wieczór przy ogniu, w środku lasu... cdn.
  5. 15 likes
    Na północ od Puszczy Noteckiej, gdzie było raczej płasko, zaczynają się lekkie pagórki i Drawieński Park Narodowy. Daaawno temu tam byłam, w czasach, kiedy moje 2 kółka nie miały jeszcze silnika ;) Rower miał tę przewagę, że mogliśmy wszędzie wjechać, tu niestety mocno się gimnastykowałam, żeby track omijał asfalt i był legalny. Mandat w parku narodowym mógłby boleć ;) Okazuje się jednak, że sporo dróg leśnych ma znaczki „dopuszczone do ruchu kołowego”. Fajne to! Droga na północ wzdłuż Drawy. Drawa po mojej prawej, gdzieś hen w dole. Ale widzimy kajakarzy ;) Przejeżdżamy przez piękne wioski, do których nawet nie asfaltu. Widać, że większość domów przerobiona na letniskowe… Przeskakujemy DK22 i dalej na północ. Wjeżdżamy do Drawieńskiego Parku Narodowego Podobno mogą nas zaatakować niebezpieczne drzewa. Będziemy ostrożni! Mamy plan objechać park od zachodu i północy. Nie-asfalty okazują się być brukiem. Raf zadaje swoje nieśmiertelne pytanie: skąd oni brali tyle kamieni? i jedziemy dalej Bardzo trzęsie na tym bruku, aż zdjęcie rozmyte ;) Las głównie bukowy, jest więc dość mrocznie ;) Kto wie, może za klika lat trzeba będzie jechać z maczetą ;) Niekończące się bruki… Już nas wszystkie plomby bolą ;) Do tego zaczyna padać. Stwierdzamy patrząc na prognozę pogody: trzeba poszukać noclegu pod dachem. Wydawać by się mogło, że w tak turystycznej okolicy będzie agroturystyka za każdym rogiem, ale mocno się rozczarowujemy. Coś mi się przypomina, że w Barnimiu powinno coś być, ale nie ma nic. Za to wykonałam popisowy numer (normalnie zaćmienie umysłu chwilowe), hamując tyłem na mokrym, drewnianym moście nad Drawą. Oczywiście skończyło się tak jak musiało, czyli pięknym ślizgiem bokiem po mokrych deskach :) (dla usprawiedliwienia muszę dodać, że był to pierwszy i ostatni upadek tej wycieczki) Na szczęście DR jest odporna na takie wydarzenia, skończyło się siniakiem na łydce. A nocleg znaleźliśmy dopiero w pensjonacie Drawnie, korzystając z Google Maps, bo przecież w niedzielę po południu informacja turystyczna nie jest otwarta. I wtedy zaczęło lać na całego ;) cdn.
  6. 13 likes
    Jedziemy przez niekończące się lasy dawnego województwa pilskiego. Czasem się zastanawiam, czy tu w ogóle ktoś mieszka ;) Dojeżdżamy do miejsca, gdzie w latach „zimnej wojny” przechowywano głowice jądrowe do rakiet. To jakieś 10 km na północ od Wałcza. Oczywiście wtedy ściśle tajne. Dziwna to była niepodległość, kiedy obce wojska robiły u nas, co chciały… Niewiele się zachowało, a szkoda. Jak się ma latarkę, można się wczołgać do środka. Ja miałam okazję tam być, kiedy nie było to jeszcze zasypane, chyba w 2003. I wyglądało to wtedy jakoś tak: Miałam okazje widzieć fotki zrobione tuż po opuszczeniu obiektu przez Rosjan. Były w stanie idealnym. No cóż, złomiarze dali radę nawet pancernym drzwiom, podobno odpornym na WSZYSTKO ;) Wyglądało to tak (zdjęcie z innego, zachowanego obiektu): Ja się czasem zastanawiam: był sobie obiekt, który teraz przyciągałby turystów. Wystarczyło pilnować przed złomiarzami. Czego zabrakło? Wyobraźni? Pieniędzy na 2 etaty ochroniarzy? Ehhh… Resztki (niestety nie robiące wrażenia, chyba, że wejdzie się do środka, ale oczywiście jest to nielegalne) są dobrze oznaczone i opisane – jeden plus. Ruszamy dalej na północ, w stronę Bornego. Przed nami nieistniejące już miasteczko, obecnie osada leśna Kłomino, zamieszkała przez 12 osób. Uwaga, będzie rys historyczny ;) W latach 30tych XX wieku, kiedy Rzesza Niemiecka zaczęła myśleć o podbiciu Europy, powstało mnóstwo nowych koszar i innych obiektów wojskowych na wschodnich rubieżach Niemiec. Borne Sulinowo, Kłomino, Żagań, Tomaszowo, Wędrzyn – można by tak długo wymieniać. Większość tych obiektów po wojnie nie straciła charakteru wojskowego, ale zmieniła właściciela i nie byli to niestety Polacy. Borne Sulinowo to dawna niemiecka wieś Linde, przemianowana później na Groß Born. Już w 1919 założono na południe od Linde poligon, a w latach 30. wysiedlono ludność i wybudowano koszary. 1936 zakończono budowę miasteczka militarnego dla szkoły artylerii Wehrmachtu, którego otwarcia dokonał 18 sierpnia 1938 Adolf Hitler. W garnizonie Groß Born stacjonowały jednostki dywizji pancernej Heinza Guderiana. Na poligonie ćwiczyły oddziały Afrika Korps dowodzone przez gen. Rommla. Na południe od Bornego istniał obóz niemieckiej Służby Pracy, zwany Westfalenhof. Później zorganizowano tam obóz jeniecki. W listopadzie 1939 roku w stalagu znajdowało się 6 tysięcy polskich jeńców wojennych oraz 2300 cywilów aresztowanych na terenach Polski. W 1940 roku miejsce to zajął Oflag II D Gross-Born. Do polskich jeńców dołączyli Francuzi i Rosjanie. Przetrzymywany był m.in. Leon Kruczkowski, a także trafiła tu duża część żołnierzy powstania warszawskiego. W lutym 1941 w obozie było 3731 Francuzów, a w styczniu 1945 – 5391 Polaków. W okresie powojennym rozebrano 50 budynków poniemieckich, by odzyskać cegłę do budowy Pałacu Kultury w Warszawie. Po przejęciu przez Rosjan Westfalenhof przemianowano na Gródek, wybudowano tu bloki, szpital, garaże, sklepy i kino. Miasto opustoszało dopiero w 1992 roku, kiedy wyjechali stąd ostatni żołnierze rosyjscy. Nazwano je Kłomino. Jeden z przedwojennych budynków przejęło nadleśnictwo, kilka jest prywatnych. Pozostały dwie ruiny: Ta lepiej utrzymana: Podsumowując: Rosjanie pozostawili nam 20 lat temu kompletne miasteczko. A teraz mamy krajobraz postapokaliptyczny… Nie mogłam wyjść ze zdumienia, jakim cudem w całości uchowała się poniemiecka droga z kostki granitowej, kilkukilometrowa. Teren dookoła resztek Kłomina zarasta lasem i tylko gęsta sieć dróg zdradza, że coś tu było. I na tym kompletnym odludziu o mało co nie przejechał mnie na skrzyżowaniu LandRover leśniczego. Ani on, ani ja nie spodziewaliśmy się, że coś może z boku wyjechać… Na szczęście zdołałam wyhamować i auto przejechało metr od mojego przedniego koła… Ruszamy do Bornego. Czas zobaczyć jakieś lepiej zachowane budynki ;) cdn.
  7. 9 likes
    Na Hel jedziemy ciut szutrami, reszta boczne asfalty, no a na koniec prosta nuuuuda ;) Przekonuję się o szybkiej potrzebie wymiany opony oraz klocków, bo mało nie parkuję w klapie samochodu jadącego przede mną, który nagle przypomina sobie, że miał skręcić. Dobrze, że nic nie jechało z naprzeciwka i mogłam go wyminąć… Bałtyk we wrześniu Raf spełniający swoje marzenie: Dobijamy do właściwego Helu. Skoro we wrześniu nie ma gdzie zaparkować, to jak tu jest w lecie? Chyba nawet nie chcę tego wiedzieć ;) Jakby co, to na Helu byłam. I starczy. Wszędzie stragany i pamiątki Ale rybka była przednia, fakt ;) Wracając zahaczamy o Rozewie. Jest tu latarnia: i dość wysoki klif. Na geografii mnie uczyli, że Rozewie to najbardziej na północ wysunięta część Polski. A tymczasem: Znad morza wracamy na kreskę – nie mamy już tracka. Pagórki, jeziorka, zielono, niebiesko, ładne te Kaszuby ;) Nawet nie chciało nam się aparatów wyciągać ;) A wieczorem robimy sobie krótki spacer po Kartuzach. XIV wieczna kolegiata Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny: I zakupy w Biedronce. „czterdzieści dwa pięćdziesiąt, jo!” „proszę” „Dziękuję, jo!” Lubię Kartuzy ;)
  8. 8 likes
    Wieczorem zapada decyzja o rezygnacji ze zlotu w Białej. Musielibyśmy zacząć już jechać na południe, a później drzeć asfaltami 500 km. 500 km w jeden dzień DRką praktycznie bez gąbki na kanapie ? Aaałaaaa … Biała następnym razem, teraz pokręcimy się jeszcze tu, i powoli, offem wycofamy się na z góry upatrzone pozycje, czyli zachód ;) Rano szybki montaż nowego obuwia: Z czystym sumieniem polecamy chłopaków z Hard Enduro w Kartuzach: I w nowych laczkach można eksplorować okolice ;) Jagnie wpadł wieczór wcześniej w ręce w pensjonacie lokalny przewodnik, a że czyta wszystko co jej wpadnie w ręce (włącznie z etykietami na słoikach), to wyczytała kilka ciekawostek. Niektóre zaraz zawiodą nas na manowce ;) Ale najpierw – najmłodszy zamek w Europie. Ba, może nawet na świecie! Czyli niespełniony zamkowy sen pana Kazimierczaka: Najlepsze jest to, że pozwolenie na budowę mówiło o małej pracowni artystycznej ;) Właściciel jednak uważa się za pokrzywdzonego przez władzę i państwo. I odwołuje się od decyzji o rozbiórce. Władze nieco się ugięły, i po dostarczeniu projektu budowlanego (bo to wszystko było budowane ot tak) podobno zezwoliły na kontynuację prac pod jakimś warunkiem (uzupełnienie projektu). Inwestor nie uzupełnił i w 2013 uprawomocniła się decyzja o zakazie dalszych prac. Brama wjazdowa wielkości mojego domu ;) Ciekawe, jakie będą dalsze losy budowli. Ciężko jednak ukryć , że pasuje do Kaszub jak pięść do nosa. Ale niestety w PL ład przestrzenny nie jest priorytetem władz… a tu jeszcze z sieci wyszukana fota z góry. Małe toto nie jest ;) Oczywiście na obiekt obowiązuje zakaz wstępu, teren prywatny itp. ;) Wychodząc, spotykamy Niemca, który pyta nas o szczegóły. Nie bardzo wiedzieliśmy, jak mu to zjawisko wytłumaczyć ;) Ruszamy dalej, trackiem wymyślonym dzień wcześniej na podstawie wspomnianego przewodnika oraz staruteńkiej mapy. Jagna, na swoje i Rafa nieszczęście, wyczytała o jaskini. Jaskinia na północy Polski, w dodatku w osadach żwirowych? Geolog nie daruje, musi dotknąć ;) Jedziemy dalej na północy zachód. Track wiedzie drogami gruntowymi ode wsi do wsi. W każdej wsi widzimy piękne drogowskazy na wszelkie możliwe atrakcje turystyczne, w tym Groty Mirachowskie. Ostatni raz w Mirachowie, gdzie piszą „2 km prosto”. No to jedziemy. Po 2 km jednak nic nie ma. Wracamy, raz jeszcze i znów nic. Trudno, jedziemy na kreskę. Groty mają być tuż za Ameryką: Ale droga do Ameryki jest mało uczęszczana i nieco zarosła: Za zakrętem dowiadujemy się, dlaczego. Bo droga się osunęła w dół ;) Trudno, powrót. I tak próbujemy jeszcze ze 4 razy. No nie, ja tych grot nie daruję!!! W końcu stajemy przy leśniczówce, bo z mapy wynika, że groty powinny być gdzieś hen w lesie, a oczywiście jest zakaz wjazdu. Napotkany leśniczy jest normalnym człowiekiem i obiecuje, że nie będzie nas widział, jak wjeżdżamy do lasu ;) Droga leśna okazuje się brukowana. Gdyby nie wskazówki leśniczego, w życiu byśmy tych grot nie znaleźli. W głowie kołacze mi się pytanie: po co opisywać (nawet w obcych językach!) jaką atrakcję, której nie sposób znaleźć? Po co robić drogowskazy, które nagle się urywają i nigdzie nie prowadzą? Gdyby ktoś był zainteresowany (groty nie-geologów raczej nie powalą z nóg), to należy kierować się na rezerwat Lubygość. a oto i same groty: Groty powstały w warstwie żwiru, który został częściowo scementowany węglanem wapnia (taki scementowany żwir to zlepieniec). Dla fachowców ciekawe warstwowania: a po drodze spotykamy kawałki zlepieńca, nie do odróżnienia od betonu ;) W każdym razie na Pomorzu są jaskinie o takiej samej genezie i zdecydowanie bardziej godne zwiedzenia :) cdn.
  9. 4 likes
    Ja się przesiadłem z 1200 na 800 i jestem zadowolony. Ale potrafię sobie wyobrazić że jestem w mniejszości. Wg mnie 1200 jest... lepszy dla 80% użytkowników turystycznych enduro od 800. Tyle że ja jestem w tych 20% którzy świadomie odrzucają jazdę po autostradach i drogach szybkiego ruchu, świadomie wybierają z dwóch dróg tę o... gorszej nawierzchni, jeżdżą sami (nie wyobrażam sobie skazać pasażera na siedzenie w 800-ce bez jakichś drastycznych przeróbek), jeżdżą cały rok, jeżdżą motocyklem nawet po bułki... 1200 jest bardziej "do wszystkiego" niż 800. Ale ja już nie potrzebuję "do wszystkiego" tylko do tego co mnie w motcyklizmie bawi najbardziej :)
  10. 2 likes
    Ja tam się nie znam, ja tylko dla francuzów pracuje ;D ale jak pojawi się vin to mogę się coś tam wypowiedzieć ;) Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
  11. 1 like
    Zapewne że przy C6 to wóz drabiniasty...
  12. 1 like