Sobota. Prawe kolano mówi mi że ma dość spacerowania po górach. Nie ma rady trzeba zmienić plan. Nie chodzimy to jeździmy.
Pierwsze kilometry na Słowacką stronę drogą widokową na Wysokie Tatry.
Następnie wbijam w Beskid Niski. Trochę szutrów, przeprawa przez potok itd.
Nawigacja płata mi figla i przerzuca mnie jakąś zieloną granicą na Słowację i za godzinkę jestem w Svidniku.
Wieczorkiem dolatuję do Wetliny. Znajduję nocleg, ogarniam się i idę na wioskę.
Dziś śpię w cywilizowanych warunkach ale okazuje si że i tu można...
Niedziela. Ciągnę do Sokołowa wstępując tu i tam.
Przemyśl. Fort XI Duńkowiczki. Taka był piękna ruina, wystarczyło trochę ogarnąć. Remont trwa już chyba szósty rok, bunkier czymś podobnym do marmuru okładają.
Pieniędzy wywalone w cholerę i jeszcze trochę tylko po co?
Jeszcze jakieś ruiny pałacu
Piękne cztery dni chociaż nie tak to było planowane. Głowa przewietrzona.
Szerokości.