Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 23.09.2021 in Posty

  1. 14 points
    Jura Krakowsko - Częstochowska zawsze jest piękna ale jesienią zachwyca jeszcze bardziej pełnią barw. Pojeżdżone moto, pochodzone po skałkach i popływane (nawet podwójnie).
  2. 12 points
    Drugi dzień: asfaltem do Rumunii. Od kilku lat Tylawa stała się dla mnie punktem wypadowym na wschód/południowy wschód i jak zwykle moja ulubiona miejscówka nie zawiodła mnie w zakresie pogody. Uwielbiam poranki na wrześniowych wyprawach kiedy budzi mnie słoneczko, ale nie jest już tak gorąco żeby zrobić mi z namiotu piekarnik. Można sobie wstać spokojnie bez obawy o to, że spocę się już od samego poruszania się. Kolejnym plusem są poranne mgły, które w połączeniu ze słoneczkiem tworzą piękne kombinacje kolorów. Nie ma nic piękniejszego od kawki w takich okolicznościach przyrody! Kolejnym plusem wrześniowej jazdy jest temperatura - oczywiście jeśli świeci słoneczko!:-). Po śniadanku i spakowaniu się bez pośpiechu ruszyliśmy na południe jadąc wolniejszą, ale zdecydowanie piękniejszą wschodnią drogą przez Słowację. Warun był idealny - temperatura 20 stopni, lekkie chmurki na niebie, mały ruch na bocznej drodze. Podobnie było na Węgrzech, aż w końcu dojechaliśmy do granicy węgiersko - rumuńskiej. Przed nami stało kilku kolesi na dużych gieesach jadących asfaltem przez transfogarską do Chorwacji. Jeden z nich zapomniał dowodu rejestracyjnego i z tego powodu zabawy graniczne trochę się przeciągnęły. W końcu jednak daliśmy radę i wjechaliśmy do słonecznej Rumunii. Niby nic wielkiego się nie działo, ale jazda była po prostu piękna - może dlatego że w końcu byłem na wyprawie??:-). Po jakimś czasie zauważyliśmy, że słoneczko jest coraz niżej i trzeba szukać miejsca na nocleg. Zbliżaliśmy się do autostrady koło Cluj i trzeba było się spieszyć z szukaniem. Miejscówkę udało się znaleźć i to całkiem niezłą...:-)
  3. 10 points
    Wróciłem do Włoch po 27 latach... Bellisima Italia! Pragnieniem moim jest aby zostawić w PL wszystko w cholerę i tam wyjechać na emeryturę. W tej knajpce miały być tanie kurczaki, tak nas pokierował @Pawel i solennie o tym zapewniał . Nie było żadnych kuraków za to były mini pierożki, 5 sztuk za 15 €, że i małym piwku bezalkoholowym cichutko napomknę. Pani mówiła, że ma szwagierkę Polkę ale sama po polsku niestey nie parla. Camping w Cortina d’Ampezzo. O kutfa jak było wieczorem i rankiem rześko. Do snu przygrywała nam pieprzona górska rzeka. Działo to przypomina o długoletniej batali w Wielkiej Wojnie (I WŚ) o Południowy Tyroll pomiędzy Włochami a Austriakami. W poliżu znajduje się sławna droga Via Ferrata. Dolimity. ...i często jak to we Włoszech bywa znalał się czas na caffè.
  4. 9 points
    Piątek, godzina 12.37. Warszawa - Góra Kalwaria - Kozienice - Kazimierz Dolny. Czersk. Zamek. Mniszew. Skansen Bojowy. Studzianki Pancerne. Molendy. Mogiła zbiorowa w lesie i cmentarz wojenny. Janowiec. Zamek i dworek. Bochotnica. Ruiny zamku. Kazimierz Dolny. Zamek i Baszta. Cmentarz Żydowski. Mięćmierz. Wiatrak niestety w gorszym stanie niż rok temu. Zamek w Janowcu widziany z drugiej strony Wisły. Noc się skrada. Wracam do Kazimierza i szukam noclegu co okazuje się nie takie proste. Weekend zapowiada się obiecująco pogodowo więc najechało ludzi. Za entym podejściem się udaje chociaż cena mało atrakcyjna. Ogarniam się. idę na pyszne naleśniki i piwo a potem palulu spać.
  5. 9 points
    Trzeci dzień: nocujemy pod dachem. Plan na ten dzień był taki, że telepiemy się powoli w stronę Transfogarskiej, dobrze jemy pod drodze i podziwiamy widoki. Następnie jedziemy w stronę Fagaras i szukamy pensjonatu znajdującego się jak najbliżej startu naszego podejścia pod pierwszy szczyt na grani czyli Comisu. Najpierw jednak trzeba było zaliczyć poranek. A było ciężko...:-) Autostrada nadal nie jest skończona, choć prace trwają. Od czasu do czasu trzeba było więc uprawiać slalom między odcinkami autostrady - nam to jednak nie przeszkadzało, bo nigdzie się nie spieszyliśmy i chcieliśmy po prostu cieszyć się piękną pogodą, widokami i spokojną jazdą. Po kilku godzinach takiej sielanki zbliżyliśmy się do Transfogarskiej i rozpoczęliśmy wspinaczkę. Cudowna pogoda na dole nie przełożyła się niestety na bezchmurne niebo w górach - sama przełęcz była pokryta chmurami, było zimno i nieprzyjemnie. Pożarliśmy więc pół świniaka i worek ziemniaków w knajpie, a następnie rozpoczęliśmy ucieczkę do ciepełka. Po zjeździe skierowaliśmy się na wschód i w Fagaras skręciliśmy na południe do jednej z dolinek szukając noclegu. Voila!:-) Wieczór spędziliśmy na przepakowaniu gratów do plecaków, studiowaniu drogi i odpoczynku. To był fajny dzień!
  6. 8 points
    Droga SS238 a w oddali widać miasto Bolzano. Kemping w Naturno czyli coś przyjemnego. ... i zaczyna się Passo dello Stelvio. Mógłbym tam i innymi podobnymi drogami jeździć bez końca. Zdjęcia robione telefonem, byłby po stokroć lepsze ale niestety po tym jak załatwiłem w lipcu fajny obiektyw w mojej cyfrówce nie bardzo chce mi się ją ciągać na dalekie wyjazdy motocyklowe.
  7. 7 points
    Piąty dzień. Pogoda dopisuje! Noc była dla mnie koszmarem - nie byłem właściwie przygotowany kondycyjnie do trekkingu i wczorajszy intensywny dzień zabił mi nogi. Tak więc zamiast snu wkurwiałem się na ból nie wiedząc czy będę się nadawał do marszu w następnym dniu. Na szczęście ten widok zadziałał na mnie niczym najlepsze lekarstwo: Pogoda była po prostu piękna! Zero chmur, zimno jak cholera (zamarzła nam woda w butelkach:-)), wokół pustka i widoki na wiele kilometrów....poranek mistrzów!:-). Śniadanko w takich okolicznościach było przyjemnością. Nie spieszyliśmy się nigdzie - śniadanko, kawa, suszenie śpiworów, składanie gratów. Wszystko powoli, spokojnie...kurde uwielbiam biwaki w górach! Po tych wszystkich ceremoniach zebraliśmy się i powoli ruszyliśmy granią. Powiem tak: warto było próbować trzy razy! Te góry mają w sobie wszystko to, co lubię - patrząc na północ mamy widok na równiny, w pozostałych kierunkach widzimy zróżnicowany krajobraz górski. Do tego cisza, brak ludzi...to są prawdziwe wczasy!:-) Nogi na szczęście nie odmawiały mi posłuszeństwa, ale był inny problem - tempo marszu było słabe ze względu na widoki..."-). Co krok zatrzymywaliśmy się z rozdziawionymi gębami podziwiając piękno i dzikość tego miejsca. Niby w środku Rumunii, a prawie na księżycu. Wieczór nadchodził szybko i trzeba było szukać miejsca na nocleg. Udało nam się dojść do startu podejścia na najwyższy szczyt Fogaraszy Moldoveanu (2560 chyba), ale 300 metrów podejścia w pionie, brak wody po drugiej stronie oraz zbliżające się chmury odwiodły nas od pomysłu wdrapywania się wieczorem. Tę noc udało nam się spędzić w schronie. Schrony takie znajdują się na szlaku co kilka godzin - nie ma tam nic wielkiego, ale ale nie wieje i nie pada w środku:-). Jeszcze tylko kolacja i spać!
  8. 7 points
    Passo del Gavia jest położona na wyskości 2621 m n.p.m Pomnik wzniesiony ku chwale poległych żołnierzy włoskich w I WŚ w walce o te ziemie z Austro-Węgrami. ...i dwie Husqvarny Vitpilen 701 Szwajcaria, Passo dello Spluga (Splügenpass) 2113 m n.p.m. Jezioro Bianco.
  9. 7 points
    Chociaż na filmie nie wychodzę na nudziarza
  10. 7 points
    Co ma wisieć nie utonie. Niech Ci będzie,namówiłeś mnie. Zaczęło się w Austrii. Celownik... upolowałbym kozła na szczycie gdyby nie te cumulusy...
  11. 6 points
    Siódmy dzien. Badamy TET. Plan na ten dzionek był prosty - chcemy się troszkę ucywilizować poprzez wizytę w Braszowie, a stamtąd zaliczyć kawałek TET'a i zanocować w okolicach pasma Piatra Crailui. Miał to być dzień przeznaczony na odpoczynek i spokojny ofik bez spinki. Piatra Crailui to grań położona kilkanaście kilometrów na wschód od Fogaraszy. Znałem tam fajne miejsce na kemping i postanowiłem skorzystać z tej wiedzy na następny nocleg. Wiele zmieniło się w Rumunii od mojego !ostatniego pobytu - poprawiła się jakość asfaltu, buduje się infrastruktura. Na szczęście jest jeszcze mnóstwo miejsc gdzie można obcować z piękną naturą. Najpierw jednak cywilizacja:-) TET Rumunia przechodzi niedaleko Braszowa, więc po obiadku i deserku skierowaliśmy się kilkanaście kilometrów na wschód do lasu. Nie trzeba było długo czekać, żeby zrobiło się fajnie:-) Ogólnie wszystko było spoko z wyjątkiem ostatnich odcinków podjazdów pod przełęcze - mimo braku opadów w ostatnich dniach las jednak zatrzymał dużo wilgoci i nasze mitasy słabo sobie radziły z klejącym się błotem. Ogólnie jednak trasa była całkiem spoko nawet dla nas:-) Po 3-godzinnej zabawie skierowaliśmy się w rejon Piatra Crailui walcząc z piątkowymi korkami na wąskich, górskich drogach. Rano na naszej miejscówce można było nacieszyć oczy takim widokiem Niestety tego dnia okazało się, że Michał będzie musiał wracać do Polski, więc dalszą podróż odbyłem sam.
  12. 6 points
    Szósty dzień. Szczytujemy!!!:-) Po wygramoleniu się ze schronu zastałem taki widok: Moldoveanu składa się z dwóch szczytów - ten po prawej jest niższy o jakieś 30 metrów i oddalony w linii prostej od właściwego szczytu o jakieś 400 metrów. Żeby się tam wdrapać musieliśmy pedałować 200 metrów w pionie. Na szczęście podejście wyglądało straszniej niż było w rzeczywistości:-) Całe szczęście, że nie zdecydowaliśmy się na wejście poprzedniego dnia - ominęłyby nas cudowne widoki z obu szczytów, do tego wieczorne podejście po całym dniu byłoby super męczące. Dzięki naszej decyzji mogliśmy więc cieszyć się spacerkiem w ciszy i spokoju, z brzuszkami wypełnionymi dobrym śniadankiem. Ten dzień okazał się najtrudniejszym w całej wędrówce - zejścia i podejścia były strome i długie, często szliśmy w znacznej ekspozycji, zdarzały się liny i łańcuchy. Po drodze spotkaliśmy trzech Izraelczyków idących w przeciwnym kierunku - pytali nas jak długo jeszcze będzie tak niebezpiecznie....:-). W pewnym momencie zobaczyliśmy Transfogarską i odczułem ulgę, że to już koniec. Okazało się jednak, że czeka nas jeszcze 100-metrowe zejście po błotnistej ścieżce i 200-metrowe podejście po dużych kamieniach:-). To już jednak była ostatnia walka tego dnia i po godzinie pedałowania, zziajani dotarliśmy do schroniska przy drodze. Po zejściu do drogi zjedliśmy coś tam w knajpce i stanęliśmy przy drodze łapiąc stopa. Po 5 minutach jechaliśmy już do Fagaras, skąd taksówką udaliśmy się do Malinis. Reszta wieczora to pranie i przepakowywanie rzeczy dalszej podróży.
  13. 6 points
    Moje jedyne zdjęcie z Livigno Passo dello Stelvio od strony Bormio Włochy, Graun im Vinschgau i zatopiona wieś Curon oraz wystająca dzwonica XIV wiecznego kościoła św. Katarzyny ponad powierzchnię sztucznego jezioro Resia. Curon to także włoski dreszczowiec dla grzecznych dziewczynek, który można obejrzeć na Netflixie. Jakoby straszy tam w dzwonnicy I na deser najciekawsze zdjęcie wjadu na Großglockner Hochalpenstraße... Do następnego!
  14. 6 points
    Przepiekną wijącą się drogą wjeżdzamy z powrotem do Włoch i zatrzymujemy się na dobry, a przede wszystkim syty obiad w schronisku Stuetta. U...! jaka czarnooka kelneraczka nas obsługiwała...! Dyskusja nasza po zachwytami nad walorami pewnej Niemki i tej Włoszki toczyła się głównie na temat wjazdu w tunele i tamowania drogi przez Kampery. Zdjęcie zapożyczone z netu. Chyba właśnie przed tym tunelem stanął potężny kamper, właczył światła awaryjne i róbta wsie pozostałe, co chceta, ja dalej pass. A to młodziutka Włoszka na swej CB 500 z kamerką Go Pro zawieszoną na piersiach i właśnie ustawia nawigację. Jezioro Montespluga I ponownie Szwajcaria tym razem Albulapass albo Pass da l'Alvra położona na wyskości 2315 m n. p. m. Niestety aby zdążyć na zakupy w wolnocłowym Livigno (gdzie jak się okazało jedynie ja je zrobiełm, bo Piotrek i Jacek woleli wtrążolić pizzę) nie posłuchaliśmy Pawła, przez co bijemy się pięścią w piersi nasze, i omineliśmy Davos. Pawełku co się odwlecze to nie uciecze. I chociaż Padre przestrzegał nas, że w kraju Helwetów o rumakowaniu można zapomnieć, a i o wyłaczeniu mobinego internetu też nas przestrzegał, to taki jeden z nas się zapomniał, co zostało mu przypomniane SMSem z Polski o wzroście jego rachunku na kwotę 250 złotych. Miasteczko Madulain i mała przerwa w drodze do Livigno.
  15. 6 points
    Czwarty dzień: pedałujemy pod górę. Grań Fogaraszy próbowałem przejść już dwukrotnie. Za pierwszym razem zatrzymała mnie biegunka po zjedzeniu oscypka wyciągniętego z brudnej kieszeni przez spotkanego na szlaku pasterza. Piękne trzy dni z ową biegunką spędziłem w rozpadającym się szałasie pasterskim, zabarykadowany przed misiem nastawionym na pożarcie moich zapasów jedzonka. Gnojek rozłożył się się pod drzewami i czekał kiedy wyjdę. Na szczęście po drugim dniu zaczął padać deszcz i miś sobie poszedł. Druga próba przejścia granią miała miejsce w 2016 roku i została opisana na tym forum. W skrócie: po przewrotce kufer zmiażdżył mi kostkę chronioną butem trekkingowym. I tak znalazłem się pod Fogaraszami po raz trzeci, mocno zmotywowany do przejścia grani. Poranek przywitał nas średnim zachmurzeniem i prognoza wskazywała, że taka pogoda utrzyma się do nocy. Kolejny ranek miał już był słoneczny podobnie jak następne dni. No nic - pożyjemy zobaczymy. Przejście zaplanowanego odcinka powinno nam zająć 3 dni, ale na wszelki wypadek zabraliśmy 4-dniowy zapas żarcia. Po wyjściu z pensjonatu skierowaliśmy się w lewo i pomaszerowaliśmy przez las po cichu licząc, że załapiemy się na podwózkę korzystając z częstych przejazdów pracowników leśnych. Tak też się stało i zyskaliśmy około dwóch godzin marszu. Po wyjściu z auta zaczęło się robić pionowo. Szlak był dobrze oznaczony, było zielono, pachnąco, cicho, pięknie - w takiej atmosferze trekking to sama przyjemność! Po krótkiej przerwie nad strumieniem ruszyliśmy w dalszą drogę. Szlak prowadził nas korytem strumienia, ale za żadne skarby nie mogliśmy znaleźć oznakowania - straciliśmy chyba z godzinę na poszukiwaniu znaków i nic. No dobra, tak czy owak trzeba iść w górę. Koryto strumienia wypełnione było rumowiskiem drzew i głazów, więc po krótkim czasie wyszliśmy z niego i maszerowaliśmy równolegle przedzierając się przez gęsty las choinek i innych krzaków. Ta część podejścia była nieprzyjemna - idziemy w chmurze, nie wiemy gdzie jest szlak, gęste krzaki pakują nam się do oczu....brrrr. Na szczęście po dwóch godzinach weszliśmy w kosodrzewinę i przedzieraliśmy się przez maliny i jagody - ulubione jedzonko okolicznych misiów....:-). Michał przygotował gaz pieprzowy i szliśmy sobie dalej ścieżką zrobioną przez misia, mijając misiowe kupy, w środku misiowej stołówki...Na szczęście miś pewnie spał i udało nam się minąć ten fragment bez walki:-) Od tego momentu zrobiło się naprawdę stromo-szliśmy na wprost pod górę i każdy krok był naprawdę dużym wysiłkiem. Koniec końców udało nam się wspiąć na grań i znaleźć szlak!!:-) Dalej było już całkiem przyjemnie, choć pogoda nie rozpieszczała nas widokami. Było nam to jednak na razie obojętne, bo dochodziliśmy do siebie po wyczerpującym podejściu. Przez cały dzień marszu nie spotkaliśmy żywej duszy:-). Pod wieczór rozbiliśmy biwak tuż przy szlaku na kawałku płaskiej ziemi i zasnęliśmy szybko z nadzieją na lepszą pogodę jutro
  16. 6 points
    Czas na zasłużoną kawę. Aż nagle obok przyparkował pewien Teuton z jakąś Teutonką tym oto szatanem. Pasterze to najdłuższy lodowiec w autriackich Alpach Wschodnich. W 1856 lodowiec oglądał cesarz Franciszek Józef I. Dla upamiętnienia tego wydarzenia miejsce w którym był cesarz oraz do którego wtedy sięgał lodowiec nazwano Kaiser-Franz-Josefs-Höhe.
  17. 5 points
    Pewnie jeszcze wspomnę o tym w podsumowaniu, ale napiszę teraz: wjazd motorkiem na transfogarską jest fajny, ale to 10% sukcesu. Fajnie jest wziąć ze sobą jakieś trampki i spodenki i dojść chociaż do jeziora. Motorki można zostawić pod schroniskiem bez żadnego problemu. Jeszcze lepiej byłoby pójść 10 min dalej za jeziorko, bo tam otwiera się zajebisty widok na kolejną dolinę. W ogóle "zaliczenie" transfogarskiej jako jedynej atrakcji w Rumunii to słaby pomysł. Tam jest milion innych zajebistych gór, do tego Delta Dunaju i wiele wiele innych atrakcji pozdrawiam trolik
  18. 4 points
  19. 4 points
    Po tytule myślałem że o jakimś ruskim malciku napiszesz.... Sent from my SM-G970F using Tapatalk
  20. 3 points
    A, i zapomniałem dodać jeszcze jedno zajefajne miejsce, które odwiedziliśmy. Železná Ruda w Czechach, hotel Bohemia pod górą Špičák ale najlepsza była pobliska knajpka Blazenka Špičák z niezapomnianą atmosferą, fajną obsługą, dobrym piwem, knedlami, kwaśnicą, no i super włoską muzyką! Ahoj!
  21. 3 points
    Ech pięknie. Byłoby jeszcze piękniej tylko góry wszystko zasłaniają .
  22. 2 points
    Dobra dobra... nie tykam wahacza... taptarapta
  23. 2 points
  24. 2 points
    Ja mam multi speed 9 mach ultra net . No szybciej sie nie da
  25. 2 points
    Ohydnie, nie wstawiaj więcej filmów bo nie mogę już na to patrzeć No dobra może jeszcze jeden wytrzymam


×