Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 11.03.2019 in Posty

  1. 17 points
    Daj żyć, 8 rano jest. Śniegi jakieś, wilcy wyją... Dzień 3 Leniwie, powoli... ale w końcu wychodzę z namiotu... Siadam na pomoście pogapić się w wodę... Jak duch zjawia się Michail (tak ma na imię nasz gospodarz).. „kawy?” Grzecznie odmawiam, nie chcę żeby ten dzień się szybko rozkręcał, jest mi dobrze jak jest. Wstaje Karson, razem gapimy się w wodę... Potem powoli zabieramy się za przygotowanie kawy.. Michail nie odpuszcza na długo – po pół godzinie przychodzi i stanowczo każe iść ze sobą do „chiefa”. Myślę sobie: no tak, rachunek. Kiwam mu, że już idę, tylko wezmę „money” i... jak się zjeżył, jak zaczął gestykulować, mówić, że nie nie, żadne pieniądze, że co ja w ogóle.. Skonsternowani z Moniką idziemy za nim (miał przy wjeździe na groblę taką mini – chatkę z tarasikiem) a tam faktycznie – chief. Się okazało że chciał nam przedstawić właściciela tego i innych stawów (on sam był zarządcą jakby), pogadaliśmy chwilę, dowiedzieliśmy się że oprócz stawów – chłopaki zawodowo polują. Po następnych pół godziny znów jesteśmy wołani – wszyscy. Michail... serwuje każdemu po kolei jajka na boczku, do tego ser, warzywa, piwo, soki... No przegina gość. Nawet nie wiadomo jak podziękować, już wiem że kasy żadnej nie weźmie... Ciężko stamtąd wyjechać. Pozbierani robimy jeszcze serię pamiątkowych zdjęć, obiecujemy przesłać grupowe.. W końcu wyjeżdżamy, ale będziemy wracać pamięcią do tego miejsca. Dziękujemy, Michail. Dziś chcemy już dotrzeć nad Dunaj – nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, że chcemy zacząć tam gdzie rok temu skończyliśmy Jedziemy bokami, ..ale któryś – tam skręt mi nie wychodzi i lądujemy na dwupasmówce. Tu też się zagapiam- i przejeżdżamy nią jakieś 30 km. Moja osobista porażka :P Cały czas nie daje mi spokoju myśl, dlaczego w zeszłym roku nie wracaliśmy drogą którą mam wytyczoną teraz.. Przecież jest krótsza, całkowicie mija Belgrad.. Gdzieś, na którymś postoju regeneracyjnym wgłębiam się w mapę i już wiem – trasa wiedzie promem. A promy, wiadomo. Kursują różnie. Nic, pada decyzja, że na ten prom to jutro, a teraz wjeżdżamy do Serbii i na kamping. mapa i kamping:
  2. 15 points
    Dzień 5 Jazdaaa Tak, przyznam, że brakuje nam (mnie i Monice) porządnej jazdy. Może dziś... Najpierw jedziemy wzdłuż Dunaju. Widoczki ładne, ruch na rzece jak na autostradzie Jakoś dziwnie sprawdzałem mapę bo okazuje się że z serbskiej strony jednak widać „ryło króla” http://navtur.pl/place/show/3336,statua-krola-decebala Za mostem granicznym odbijamy na południe, w góry. No i zaczynają się pierwsze szutry. Trafiamy na pierwsze piece do węgla drzewnego (inne niż u nas, murowane) – później będzie ich więcej. W ogóle te góry to takie... Bieszczady, tyle że na dużo większym obszarze. Po pierwszych przeprawach wyjeżdżamy na asfalt i żołądki zaczynają się domagać postoju. Stajemy „na czuja”... no bo chyba zadaszenie ze stolikami to knajpka? Próbujemy się dostać do środka, okazuje się że drzwi prowadzą na zaplecze, od frontu drzwi... nie ma... No to podbijamy od zaplecza. Oczywiście żadnego menu, wystawki, co można... No to zamawiamy wyjazdowo: „obiad, dobre, dla wszystkich” No i... wjeżdża jeden z lepszych obiadów na całym wyjeździe za jakieś śmieszne pieniądze – tak właśnie lubimy Pojedzone, teraz drzemka.... oj, nie, pomyliłem. Trzeba jechać. No to jedziemy. Cel na dziś powoli się krystalizuje – Borsko Jezero. Jest tam kamping, jest szansa na prysznic. Po drodze, niedaleko celu przejeżdżamy przez miejscowość Bor – na głównej ulicy na pasie zieleni ciekawa „wystawa” - stoją wyeksploatowane maszyny – chyba z kamieniołomów. Fajny widok. Dojeżdżamy na kamping... no jest, duży, głośny. Tyle że miejsce dla namiotów które wskazuje nam jakiś zarządca – na samym dole, niby przy jeziorze ale z zarośniętym brzegiem, między kilkoma brzydkimi drzewami, przy drodze spacerowej... Do sanitariatów daleko i nie wiadomo jakie są... Karson wybiera się na rekonesans, czy aby gdzieś w okolicy nie jest ładniej. No i jest 200-300 metrów wzdłuż brzegu jest cypel, na nim trawka, kilka fajnych drzew... i lokales, który zaprasza, mówi że bikerzy tu właśnie nocują że jest lepiej i za darmo Szybka decyzja – przejeżdżamy. To był strzał w 10-kę. Żeby było śmieszniej – szef kampingu przylazł za nami i policją straszy – a samozwańczy kapitan z cypla się z niego śmieje i pokazuje że dziś „wała” zamiast kasy od motonitów. Jeszcze tylko podział zadań – jedni do sklepu, po chleb (chleba nie było, będzie jutro – też dobrze), drudzy po drewno... i mamy obóz, ognisko, czyste jezioro.... pozytywnie mapa i miejsce noclegowe:
  3. 15 points
    Dzień 2 Ciężko wstać... oj ciężko... Zaraz... woda. Kto ma wodę?? Ktoś miał. Ktoś inny miał nawet jakieś jedzenie. Generalnie pozbieraliśmy się.. jakoś Dzień stał pod znakiem.. delikatnego błądzenia. Zaczęło się w miasteczku Körösszegapáti – jechaliśmy sobie na granicę z Rumunią. Chwilę przed granicą mały barek/ sklep – a że ciepło było – płyny należało uzupełnić. Szybka zrzutka pozostałych forintów i mieliśmy jakoś po coli na dwóch a Basia nawet jakieś piwo :D. Na popasie przejaśniało nam w umysłach, że przecież motocykle też muszą pić... Po stronie rumuńskiej żadnej stacji w pobliżu.. no to jedziemy do najbliższej w okolicy – 10 km, cóż, trudno. Stacja prawie widno, ale czynna, lejemy. Płatność kartą... a i owszem ale tylko mastercardem – jakąś znaleźliśmy i można było wracać na granicę. Wróciliśmy. A tam... szczere pole, szlaban i.. radiowóz w bocznej gruntowej. Skład damsko – męski, zagaduję do goście czy tędy można – mówi że nie, no to pokazuję mapę i pytam którędy. Pani policjant w tym czasie mierzy nas morderczym wzrokiem, dobrze że nas tylu że nie zmieścilibyśmy się wszyscy w radiowozie bo by nas z miejsca pozamykała. Na szczęście gość nie dał się sprowokować koleżance, drogę pokazał, cóż, trza na południe na legalną granicę. Pojechaliśmy, już bez przygód. A że czas już zaczął być najwyższy – po rumuńskiej stronie zacząłem wypatrywać miejsca na nocleg. Kampingu dziś na pewno nie będzie, śpimy w krzakach. Mapa pokazała coś niebieskiego, no to wbijamy się. Fajnie, bo szutrem, ale niefajnie – bo jezioro za rowem i wałem a busz taki że nie ma szans dojść do wody. I tak przejechaliśmy wzdłuż z kilometr, potem w lewo za „linią brzegową”.. Wreszcie widać przesmyk i trochę zieloności, ale... widać i jakąś starą kamienicę. Wodę widzimy ale widzimy i dwóch gości na brzegu – się okazało że to bardziej duży staw niż jezioro, a goście właśnie karmili ryby. Pytamy, czy to ich i czy można się rozbić - „nie ma problemu, można” - i pokazuje nam groblę z ładną trawką, ale wąską... Chwila narad i stwierdzamy, że zostajemy, za późno żeby czegoś innego szukać. No a potem... To był wieczór z rodzaju tych, dla których właśnie włóczymy się poza utartymi szlakami, nie planujemy ściśle, zdajemy się na los. Ten los dał nam świetnego gospodarza, który nie miał problemu z postawieniem namiotów, na pytanie czy możemy rozpalić ognisko... przywiózł nam na taczce porąbanego drewna, regularnie podchodził do nas z paraliżującą mocą palinką, Przyniósł nam zerwane w ogródku warzywa (pomidorki, paprykę) i kawał koziego sera... Jak zobaczył że pijemy już trochę ciepłe piwo z plastików – dostarczył zmrożone butelki, a jak już zeżarliśmy przywiezioną kiełbę – znienacka wjechały zrobione na grillu mici... Wieczór mijał radośnie i w totalnym zaskoczeniu. Gdzieś tam w głowach co prawda kołatało się pytanie.. jaki rano dostaniemy za to wszystko rachunek? Ale póki co – było jeziorko, gwiazdy na niebie, ognisko, towarzysze podróży.. Wypadałoby tylko zacytować gościa spotkanego na wyjeździe 2 lata temu: „I love Romania!!” mapa:
  4. 13 points
    A zróbcież wy se, kurde, po drugiej kawie, co?? Dzień 4 Wstajemy, śniadanie, ...kąpiel w jeziorze i jazda na ten prom. Dziś już koniecznie docieramy do... początku A że do przejechania tylko kilkadziesiąt kilometrów – nie ma się co spieszyć. Na przystań docieramy... za wcześnie. Na tyle wcześnie że ani skorzystać z dwóch mało zachęcających knajpek, ani skorzystać z rzeki (w tym miejscu brudna o bez dojścia) – po krótkiej naradzie odpuszczamy prom i jedziemy na most. No i pojechaliśmy. Jako, że nadal mam tylko nieco ponad 100 km do przejechania – szukam skrótów. Początkowo nawet się udaje... jest trochę szutrowania. Gdzieś w połowie drogi lądujemy na ściernisku – dróżka nagle się skończyła, trzeba zawracać... Chyba nawet były jakieś pierwsze wywrotki Później druga porażka – najpierw się gubimy w miasteczku, a jak już się znajdujemy – to ścieżka którą wybrałem wchodzi do lasu, ostro pod górę, pod nisko wiszącymi gałęziami.. tubylcy wymownie kiwają głowami... kręcą znaczy.. no ok, ok, nic na siłę, zawracamy... … bez większych przeszkód, z postojem na zakupy docieramy do kampingu nad Dunajem. Jakoś tu więcej ludzi niż ostatnio. Pierwszy zonk – nie ma stateczku... Zostało słownie kilka desek... szkoda. Drugi zonk – właściciel kategorycznie nie zgadza się na rozpalenie ogniska. No nie powiem, ruszyło mnie to. Zamiast tego proponuje nam dostęp do paleniska z rusztem w swojej „kuchni” Trochę wnerwiony poszedłem odreagować z wędką. Co prawda ryb żadnych ale.. jakieś pożywienie zdobyłem Niestety reszta ekipy jakoś nie była zainteresowana Palenisko jeszcze chwilowo zajęte. Gospodarz gotuje... coś. Syf w tej niby kuchni że głowa mała, ale zdobywamy kawałek rusztu względnie nadającego się na to co ze sobą przynieśliśmy. Zaglądamy szefowi do gara... Nie wygląda, ale pachnie dobrze. W przypływie szaleństwa, chyba chcąc jeden przed drugim nie wyjść na mięczaka zamawiamy z Karsonem po porcji. Przychodzi wieczór, zasiadamy do kolacji na tarasie przy budynku kampu... gospodarz przynosi (okazało się) zupę rybną z wkładką Dobra, choć w głowie obraz warunków przygotowania każe mieć się na baczności. Oprócz tego nasze kiełbaski, warzywa... Słońce zachodzi, Karson pomaga miejscowemu wyciągnąć rybę (powinniśmy zniżkę dostać bo to pewnie na jutrzejszą kolację) – jest błogo... Podoba mi się mapa: kamping:
  5. 11 points
    Bo pożyczył sobie mój wyprawowy zeszycik Najpierw się przestraszyłam, jak poprosił o moje zapiski... jeeeezuuu... przecież tam jest wszystko co miałam w tej mojej stukniętej główce.... łącznie z tym czego nie powinnam mówić na głos... poinformowałam go, że takie zapiski to jak pamiętnik... i że mu nie dam ! Ooohoooo... widzę tę minę fuck... " Ok. Chcesz i jesteś tego pewien ? " - Uprzedziłam, że momentami nawet dla niego będzie to szokujące... Chciał... w tym momencie to zżerała go ciekawość. … … ufff... nadal jesteśmy małżeństwem
  6. 10 points
    Wyglądasz na tym zdjęciu jak syn Paul'a Teutul'a z Orange Country Choppers
  7. 8 points
    „ … myślę sobie: zabiją nas, zmielą i sprzedadzą jako kiełbasę... świetnie... „ takie tam zapiski i luźne myśli z mojego zeszyciku wyprawowego... bo każdy przeżywa podróż na swój sposób
  8. 7 points
    No to tak. Dynamicznie już było, momenty były, teraz będzie NUUUDAAA. Czyli relacja. Kronikarska Prolog Cel: W tym roku... nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jechać. Bardzo ciągnie nas Gruzja, tyle że... moim stylem potrzebowalibyśmy na nią 5 tygodni. Nie mamy tyle. No nie ma szans. Podobnie jest z innymi wschodnimi kierunkami. Za mało czasu. Kraje cywilizowane... no nie, jeszcze nie teraz. Islandia za droga... Na Afrykę w lecie za gorąco.. No i po rozważeniu wszelkich możliwości wracamy do punktu wyjścia... przecież na Bałkanach jest jeszcze tyle miejsc, w których nie byliśmy, tyle dróg które kuszą... Postanowiliśmy poszwędać się po krajach, które zwykle traktowane są jako tranzytowe – czyli po Serbii i Bośni. Zostało poszukać punktów „zapalnych” wokół których zbuduję trasę i można jechać Ekipa: Jedziemy sami. We dwójkę. Tak przynajmniej myśleliśmy. Ktoś tam deklarował, że może doskoczy w trakcie, ale luźno.. No i nagle tydzień przed wyjazdem telefon od Tygrysa: „Artur, ty wiesz, że gość z którym miałem jechać do Albanii radośnie oświadczył, że nie wiedział że trzeba mieć paszport?” Cóż, mówię, mieliście jechać w 3 pary, jedna ci się wysypała... po chyba 2 dniach kolejny telefon: „Artur, możemy z wami? Tamci zaczynają tworzyć, że jak nie ma paszportu to może gdzieś bliżej i krócej...” No jak nie możecie jak możecie – znamy się, zgrywamy w trasie – nawet nie musisz pytać. „Ale wiesz... jest jeszcze jedna para która chciałaby z nami. Też jeżdżą razem na jednym, doświadczenie w terenie mają...” Karson, mówię, jeśli widzieli nasze relacje z poprzednich lat i nie odstrasza ich to – to niech jadą – albo zadziała albo nie, najwyżej będziemy się dzielić pod drodze. I tak oto wyklarował się ostateczny skład: Monika, BMW F800GS Basia i Piotr (Karson), Triumph Tiger 955i Ola i Piotr (Harry), Triumph Tiger 955i Artur (moja skromna osoba), BMW F800GS Plan: Zaczynamy w miejscu w którym skończyliśmy w niezamierzonym pośpiechu rok temu – na campingu nad Dunajem. Potem wzdłuż niego i na południe wschodem Serbii, potem południem do Bośni, potem przez Bośnię do granicy z Chorwacją, gdzie miałem ostatni punkt do którego chciałem dotrzeć. Stamtąd improwizowany powrót. Drogi maksymalnie boczne, jak najwięcej pozaasfaltowych, jak najwięcej wieczorów przy ognisku i obcowania z przyrodą. No to JAZDA!!
  9. 6 points
    Dlatego do żony mówię-moja najdroższa
  10. 6 points
    Jeden dzień jednego dnia Dziś bonus bo prologu nie liczę :P Kliknięcie w obrazek mapki otwiera link w google maps Dzień 1 Umawiamy się na 8:00 u nas w Orzeszu – dzień wcześniej Harry z Olą docierają do Karsonów, więc oba Tigery już razem tną do nas. Od nas już w komplecie rozpoczynamy nasze tegoroczne wakacyjne wojaże. Zaczynamy... jak zwykle – ale nie do końca. Owszem, znów jedziemy przez Słowację na Węgry, ale staram się za każdym razem obierać inną trasę i szukam tych mniej uczęszczanych. No i – udaje się Za cel obieramy Tokaj – tam na pewnym campingu w pewnej lodówce na dolnej półce czeka to z czego ten region słynie Kilometrów jest sporo więc tak naprawdę nie wiem czy dotrzemy. Nie jest to najważniejsze i najwyżej zanocujemy gdzieś wcześniej, ale... ta lodówka... Dotarliśmy. Lodówka była pełna. Tyle że... po raz kolejny popełniliśmy szkolny „Tokajowy” błąd. Zamiast zaraz po wjeździe na camp porzucić motocykle i biec coś zjeść – najpierw wzięliśmy się za organizację obozu. No i niestety – okupiliśmy tą organizację brakiem kolacji z prawdziwego zdarzenia. W Tokaju po 20:00 nie da się już nic zjeść w żadnej knajpce – wszystko albo już pozamykane, albo czekające na wyjście tych co mieli więcej szczęścia i przyszli wcześniej. Dodatkowo z rundki po mieście musieliśmy wracać dość przyspieszonym krokiem gonieni przez nadciągającą burzę. Jakoś nie wpłynęło to na nasze humory. Uzbrojeni w produkty z lodówki i w krakowską zasiedliśmy pod daszkiem. Burza trwała, wino smakowało.... Rozmowy trwały... Powoli przychodzi znajome fajne uczucie – jesteśmy w podróży mapa: kamping:
  11. 5 points
  12. 5 points
    No niestety, nie ma taniego hobby Ryby, polowanie, sport, dziewczyny..... wszystko kosztuje
  13. 5 points
    Biały w prawo, a niebieskie w lewo. Zawsze!
  14. 4 points
    Ode mnie tyle Wszelkie pytania proszę kierować do Pana trzymającego węża SRB, BiH 2018
  15. 4 points
    Dakar wygląda tak. Wg lat Wysłane z Tapatalka
  16. 4 points
  17. 3 points
    Witam, pozdrawiam wszystkich, A szczególnie z Krakowa i Puław. Mam nadzieję że się polubimy i życzę wszystkim Milego Dnia!
  18. 3 points
    I będzie zamienił stryjek... ale jak to ma być tylko przelotnie to ja bym się za wiele nie zastanawiał. Miałem już takie chwilowe doświadczenia z Versysem i mimo że ciężko było sprzedać to całkiem dobre po czasie w mojej ocenie doświadczenie było. Ważne aby był sprawny i nieawaryjny, a reszta.. to tylko motocykl Kup se DL-a ... tanio, wygodnie, dostojnie... i jakoś jedzie
  19. 3 points
    Mam trzy najdroższe osoby w moim życiu. I wolałbym żeby nigdy się nie spotkały [emoji1787]
  20. 3 points
    W wodzie. Płynął sobie niczego nie podejrzewając.. a ja go CAP
  21. 2 points
    Moto gospoda, bo tak się nazywa, słynie również z koncertów wielu rockowych poskich kapel, znanych (np TSA, KAT) i mniej znanych (Łydka Grubasa) , sporo już ich się odbyło do tej pory.
  22. 2 points
    8:23 i lipa. Kawa stygnie. Co ja mam w robocie robić się pytam, pracować ?
  23. 2 points
    Tak to ja Paweł. Wiem, troche mnie nie było, ale pokupywałem motorów i jestem na powrót. Czesc :D
  24. 2 points
    Ja również jestem za... Jutro mam 1 zmianę, zaczynam o 4 rano. Do 4.15 mam chwilę aby przeczytać nastepny dzień relacji. Liczę na Ciebie Artur
  25. 2 points
    Arturu drogu jak Ty pięknie piszesz . dawaj dawaj


×