Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów 'niemcy' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukuj po tagach

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukuj po autorze

Typ zawartości


Forum

  • Na dzień dobry
    • Przywitalnia
  • Ogólne
    • Zamierzam kupić moto...
    • Inne motocyklowe
  • Dział Techniczny
    • Mechanika ogólna
    • Dział elektryczny
    • Odmieńcy i inne przypadki
    • Nasze samoróbki i modyfikacje
  • Wyprawy
    • Foto(i)relacje bez blokady
    • Przewodniki
  • Techniczno-historyczne
    • Modele
    • Historia
    • Testy, porównania
  • Giełda
    • Sprzedam
    • Kupię
    • Nie związane z motocyklami
    • Jest robota

Znaleziono 2 wyniki

  1. Witam, poszukuje dla siebie, ostatnio malo skutecznie BMW G650gs. Zalezy mi na malym przebiegu i dobrym stanie. Bylam dzis jedna ogladac, podobno 10000 przebiegu...wlasnie, podobno. Jestem w stanie nawet kawalek podjechac jesli bedzie warto. Przy okazji moze wie ktos z Was, jak dobywa sie kupowanie motocykli w Niemczech? Dzwonilam ostatnio do dwoch sprzedajacych i niestety pojawily sie schody. Motocykle byly zarejestrowane, a wlasciciele zgodza sie je wyrejestrowac tylko w mojej obecnosci w urzedzie. Podobno potrzebuje jakies oswiadczenie o zakupie motocykla bez tablic. Jestem zielona w tej kwestii. Niestety upatrzone egzeplarze znajduja sie oddalone ode mnie ok 600 km i musialabym chyba brac 3 dni wolnego, zeby to ogarnac. A moze ktos zna jakis fajny turystyk o podobnej pojemnosci i z nowszych modeli? Z gory dziekuje za pomoc i podrawiam. Kasia
  2. Siedziałem sobie w lipcu zeszłego roku i zastanawiałem gdzie by tu pojechać. Zawsze marzyłem o Maroku, ale jak to zrobić? Wypożyczyć na miejscu - bez sęsu. Nie po to mam dwa motocykle, żeby wypożyczać niewiadomo-co za niewiadomo-ile. Jakoś trzeba przetransportować tam swój motocykl. Skorzystać z usług firm przewozowych - drogo i nie po mojemu. Pojechać po prostu - za długo. Na Maroko chcę mieć trzy tygodnie. Z przejazdem tam i nazad robi się pięć tygodni i jeszcze w Maroku jestem zmęczony po Europie. Zawieźć przyczepką - z tydzień krócej, ale brak przyczepki a i jazda z przyczepką to już żadna frajda. Tak siedziałem przy piwku i nagle eureka! Podzielę sobie wyprawę na etapy! Wywiozę motocykl na prawie rok, on sobie będzie tam stał a ja będę do niego przylatywał. Mając dwa bolidy, nie zostaję w Polsce bez motocykla (co byłoby nad wyraz smutne). I jeszcze można pojeździć sobie po Hiszpanii. Trzeba znaleźć miejsce, gdzie lata dużo linii i względnie niedrogo, z dobrą pogodą. Padło na Alicante – znajomi mieszkają nieopodal i pomogą ogarnąć temat. No to zostaje wybrać motocykl. I tu zonk po kokardy - eFka sprawdzona, niezawodna, świetna w terenie ale trochę mała dla mnie. Do tego 120km/h to raczej maks tak na stałe. A mam długą drogę przed sobą, na pewno trochę autostrad. Muszę robić 500-600km dziennie. Gustaw - wygodny, świetny na trasę ale świeżo kupiony, tzw "po przejściach" no i beznadziejny w terenie - ciężki, niezwrotny. Do tego znacznie więcej pali. Po długich przemyśleniach, wielu konsultacjach, jeszcze większej liczbie piw, pada na Gustawa (ale spokojna rozczochrana - eFka jeszcze pojawi się w tej opowieści). Z bólem serca (eFkę kocham miłością pierwszą, jedyną i absolutną) i niezłym strachem (mam go od maja 2014 a sprawny jest od lipca 2014 i tak po prawdzie nie działa jak powinien chyba nadal) przystąpiłem do przygotowania motocykla do wyprawy. Głównie chodziło o zakup kufrów – dwóch bocznych i centralnego. Padło na Pancernika – raz że cena znacznie odbiega od rozwiązań firm takich jak Touratech, dwa że sprawiają solidne wrażenie, trzy że to polska firma a ja lubię wspierać polskie firmy gdy robią coś dobrego. No i jadę sam – nikt ze znajomych nie daje się namówić na lekko szaleńczą misję (głównie ze względu na to, że wszyscy posiadają jeden motocykl). Pozostało wybrać termin i mniej więcej trasę. Termin powrotu został ustalony dość szybko przez zakup biletu na samolot. Połowa Października – w Hiszpanii już nie upały a w Polsce jeszcze da się jeździć. Założyłem, że na przejazd mam tydzień i jadę jak najbardziej lokalnymi drogami (jazda autostradą motocyklem, nie sprawia mi żadnej frajdy). Na zachód, ku słońcu, przez Niemcy, Francję, omijając góry w których już mogłoby być chłodno. I pierwszy problem – jak się ubrać? Bardziej na lato czy na zimę? Trzeba się spakować w dwa kufry (jeden jest na narzędzia, części i płyny) no i tak, żeby wracając zmieścić się w standardowym bagażu podręcznym. Lekko nie było J Ruszam 16 października. W Polsce pogoda nie zachęca do wojaży. 8 stopni i siąpi deszcz. Niemniej jednak, zgodnie z założeniem, docieram tego samego wieczoru do Lubska. Gustaw gdy jeszcze wyglądał jak motocykl: 17 października przekraczam granicę w Forst i próbuję dalej jechać drogami lokalnymi. Nie udaje się – pada deszcz, jest chłodno (6 stopni) i duży ruch. Moje spostrzeżenia z Niemiec są takie, że drogi lokalne są generalnie dość mocno obciążone. Żadnego motocyklisty nie spotkałem, ale z wcześniejszych pobytów w tym kraju, wnioskuję że tu się nie jeździ między samochodami. Droga do Drezna to była masakra. Od Drezna wskoczyłem na autostrady. Było zimno (drugi stopnień grzania manetek) i mokro. I tu po raz pierwszy cieszyłem się, że jadę Gustawem – znacznie lepsza ochrona przed wodą i wiatrem, no i eFka nie ma grzanych manetek. Nocleg u znajomej pod Frankfurtem nad Menem (Aschaffenburg). Tuż przed granicą: 18 października wyjrzało słońce, ale temperatura nadal nie zachęca – rano 1 stopnień na plusie... Ponownie wskakuję na autostradę – z sat24 wiem, że muszę wyjechać tylko z Niemiec i zacznie się na stałe słońce i ciepło. Granicę z Francją przekraczam pod Mullheim i zaczyna się raj. Zjeżdżam z autostrady i jadę do Roanne. Kierowcy we Francji regularnie zjeżdżają do prawej, aby umożliwić bezpieczne wyprzedzenie (co dodatkowo świadczy, że „monitorują” to co się dzieje w lusterkach). Samochodów jest mało, pogoda fantastyczna – słońce, okolice 20 stopni. Po ciężkiej przeprawie przez Polskę i Niemcy, to jak ziemia obiecana. Ziemia obiecana w rzeczy samej Więcej raju 19 października ruszam do znajomej w Montpelier. Pół dnia „tracę” na górskie drogi w Livradois-Forez, potem kieruję się do Millau. Wiadukt robi wrażenie. Do Montpelier dojeżdżam wieczorem i idziemy na rynek arabski. Wieczór ciepły, tak jak i cały dzień. Zostaję frankofilem pełną gębą. Ale uwaga na stacje automatyczne (czyli gros stacji we Francji)! Po włożeniu karty, blokują jakąś standardową kwotę na karcie (czasem 180, czasem 250 euro - nie pytają o nią) i po zatankowaniu pobierają kwotę za jaką się wlało a kwotę blokady zwalniają. Tylko że jak jest to karta polska, zdjęcie blokady potrafi zająć 5 dni! W Barcelonie miałem 700 euro zablokowane... Viaduct de Millau Mają rozmach sq... Arabska część Montpellier 20 października ruszam do Barcelony. Do póki jadę przez Francję, jest jak dotychczas – pusto, ciepło i słonecznie. Żyć nie umierać. Po przekroczeniu granicy z Hiszpanią zaczyna się potężny ruch na drogach. Włącznie z ciężarówkami. A na autostrady nie chcę wjeżdżać – w Hiszpanii dochodzi dodatkowy argument przeciw – bramki na autostradach (które kompletnie nie są przemyślane pod motocyklistów). Przy wyprzedzaniu, kierowcy już bardzo z rzadka zjeżdżają do prawej a zdarza się że ci z przeciwka, wygrażają mi, pomimo baaardzo dużego zapasu... Do tego co chwilę jakaś odmiana policji. Najbardziej widoczni są ci z Guardia Civil, które jest formacją... wojskową (u nas nie ma odpowiednika takiej formacji, najbliżej temu do włoskiej Arma dei Carabinieri czyli Karabinierów). Po Francji gdzie nie spotkałem żadnego patrolu, kilkanaście patroli na drodze z Figueres do Barcelony, to lekki szok. Policia municipal, Guàrdia Urbana de Barcelona, Mossos d'Esquadra – więcej grzechów nie pamiętam. Normalnie czuję się jak w policyjnym państwie (nie pierwszy raz tak się czuję w Hiszpanii). Późnym wieczorem dojeżdżam do Barcelony. Upał 21 października muszę dojechać do Javea, gdzie zostawię motocykl. Dalej trzymam się dróg lokalnych. Ale od Tarragony zaczyna wiać bardzo silny wiatr. To drugi raz kiedy nadzwyczajnie cieszę się z wyboru R1100GS. Na eFce najpewniej musiałbym się poddać. Wierzcie mi, że do tego przejazdu czegoś takiego nie widziałem. Do tego wyprzedzanie ciężarówek, no pyszota po prostu. Trochę wybiegając w przód – będąc trzy raz w Hiszpanii, zawsze mi wiało potężnie. A byłem jesienią, zimą i wiosną, na wschodzie, południu i zachodzie. Może mam pecha, ale jak dla mnie to od niedawna pi***i jak w Hiszpani a nie Kieleckiem ;) Jednocześnie zaczęło się robić gorąco – zacząłem zrzucać kolejne warstwy, by w Amposta zrobić z kurtki buzzer (Retbike City – polecam! I nie, nie pracuję ani dla Retbika ani dla Pancernika – po prostu cieszy mnie gdy Polacy robią coś fajnego). Na obwodnicy, Walencji miałem już 34 stopnie w cieniu. Tak zostałem lekkim Iberofobem ;) Do Javea dojeżdżam wieczorem. Następnego dnia jadę kolejką TRAM Metropolitano de Alicante, autobusem C6 na lotnisko, lecę do Londynu a z stamtąd już prosto do wawy (gdzie w autobusie na Okęciu, tracę portfel z kasą, na miłe zakończenie podróży...) Plaża nieopodal Javea, A na filmie można zobaczyć jak fajnie było :)