Skocz do zawartości

trolik

Użytkownik
  • Zawartość

    867
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Days Won

    54

trolik last won the day on 2 Lipiec

trolik had the most liked content!

Reputacja

3 277 Excellent

O trolik

  • Tytuł
    Forumowy wymiatacz

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja:
    Szczecin
  • Motocykl
    F650GS 200Gr Becia, XT660Z 2016r Gienia, DR650 Łobuz, XF650 Czesio, YBR 125 Jamcia
  • Przebieg
    110kkm

Ostatnie wizyty

4 173 wyświetleń profilu
  1. trolik

    Afryka24

    Senegal
  2. trolik

    Afryka24

    Mauretania
  3. trolik

    Afryka24

    Oczywiscie im mniejszy motorek tym lepiej, ale sugeruje zabrac graty na biwak. Kilka biwaków które tam mialem to bylo mistrzostwo swiata w samotnosci, ciszy i widokach!:-) Dzieki za zaproszenie, ale we wrzesniu jade do Pakistanu. pozdraiam trolik
  4. trolik

    Afryka24

    Podsumowanie. Okazało się, że moje emocje mnie nie myliły - jazda po płaskim terenie, pozbawionym lasów i większych zbiorników wodnych nie jest dla mnie. Oczywiście fajnie było zobaczyć Mauretanię i Senegal, ale dla mnie lepszą opcją byłoby po prostu wsiąść w samolot i polecieć do Dakaru. Utwierdziłem się w przekonaniu, które miałem już wcześniej: motocykl jest tylko narzędziem dowożącym mnie w fajne miejsca do fajnych ludzi. Jazda sama w sobie nie jest dla mnie celem podróżowania. Kiedyś być może tak było, bo mniej jeździłem, byłem głodny przeżyć związanych z samą jazdą. Teraz widzę to inaczej. Zauważyłem też, że wraz z upływem wieku coraz gorzej znoszę wysokie temperatury. Kilka lat temu przejazd przez kazachski step w temp 45 stopni był wręcz fajną przygodą:-) . Tym razem w Senegalu walczyłem o życie i nie miałem żadnego poczucia przygody. Maroko to inna bajka. Jest to jeden z moich ulubionych, "wszystkomających" krajów, które nie mogą wręcz rozczarować. Mam wrażenie, że wiedza o tym kraju nie jest rozpowszechniona w Polsce. A naprawdę warto się tam wybrać, bo każdy znajdzie tam coś dla siebie. Bardzo fajnie jechało mi się w Hiszpanii i Francji - dużo przestrzeni, poczucie wolności, zieleń i ciepełko już w kwietniu. Środek Hiszpanii zdecydowanie mam na celowniku do eksploracji!:-)
  5. trolik

    Afryka24

    10-15 Kwietnia. 30-35 dzień wyprawy. Nadal jest pięknie! Wstajesz se rano. Jest cicho, spokojnie. Ptaszory wydzierają się wniebogłosy. I masz taki widok do kawy: Do tej pory w Hiszpanii byłem tylko przelotem lub służbowo w Madrycie. Nie miałem okazji poznać tego kraju w taki sposób jak lubię - czyli wioski, małe miasteczka, wąskie asfalty itd. Tym razem udało mi się zupełnie przypadkowo wpakować właśnie w rolniczą Hiszpanię, która mnie oczarowała!:-). Kawka na cudownym spocie była wyśmienita - świeciło słońce, ale w kwietniu było jeszcze na tyle chłodno że poranne promyczki nie gotowały mi mózgu pod łysą glacą. Zamiast tego wygrzewałem się i kontemplowałem tą chwilę. Było pięknie. Koncepcja na przejazd przez Hiszpanię była taka, że wpisuję do gugla "unikaj płatnych autostrad", wybieram drogę prowadzącą blisko wybrzeża i tak sobie spokojnie pyrkam na północ. Udało mi się tak jechać przez... jakieś 3 godziny:-). Po tych ok 3 godzinach pomyliłem się na jakimś ślimaku i skręciłęm w lewo i do góry:-). Na początku próbowałem zawrócić, ale po kilkunastu minutach i wjeździe w górki zaczęło mi się podobać. Początkowa autostrada zmieniła się w ekspresówkę, potem w drogę wojewódzką, następnie powiatową...a na koniec jechałem wąskim asfaltem wśród nieziemsko pachnących pól, winnic i ogrodów Jechałem takimi zadupiami, że obawiałem się gdzie zatankuje paliwo przy końcu zbiornika:-). To była super jazda! Nocleg znalazłem w małym lasku położonym wśród winnic Kolejny dzień też przyniósł fajną jazdę - początkowo w górach, a następnie w okolice Girony i dalej na wschód do wybrzeża. Tam zanocowałem u kolegi motocyklisty z FAT w pięknej willi!:-) Był prysznic, dobre jedzenie i fajne gadki o przygodach. Gienia też była zadowolona, bo stała na twardym podłożu:-) Wyspałem się pięknie w wygodnym łóżeczku i po obfitym śniadaniu ruszyłęm w dalszą drogę Okazało się, że ten kawałek Francji przez który jechałem też jest super!:-). Wczesnym popołudniem zacząłem wspinać się na płaskowyż, którym następnie jechałem dalej na północny wschód. Były wąskie asfalty, zakręty, lasy - zajebioza!:-) Mały problem był taki, że było zimno na tym płaskowyżu i już zacząłem się niepokoić, że wieczorowa pora zastanie mnie na górze i znowu będzie zimno w nocy. Na szczęście zbliżałem się do Lyonu i zacząłem w związku z tym zjeżdżać trochę niżej. Miejsce na biwak znalazłem kilka minut od drogi w fajnym i cichym lesie Rano standard - śniadanie, pakowanie i jazda. Reszta Francji nie była już jakaś strasznie ciekawa i zacząłem się nudzić trochę. Po wjeździe do Niemiec postanowiłem więc nie jechać autostradą na północ jak podpowiadał gugiel. Zamiast tego postanowiłem jechać na zachód przez Szwarcwald i później wbić się na 9tkę. Ogólnie wszystko było fajnie do wieczora. Bo za cholerę nie mogłem znaleźć miejsca na biwak. Niemcy to strasznie gęsty kraj-wszędzie pełno ludzi, domów, szlaków, atrakcji turystycznych...nawet kawałka lasu nie ma spokojnego!:-). Koniec końców udało mi się znaleźć skrawek spokojnego miejsca po 2 godzinach szukania. Za to rano zostałem nagrodzony koncertem! Po zjeździe z gór wjechałem już na autostradę i telepałem się na północ 9tką. Ostatni nocleg wypadł mi na terenach pokopalnianych za Halle.
  6. trolik

    Afryka24

    05-09 kwietnia, 26-30 dzień wyprawy. Powrót do Europy. Wyspałem się pięknie w tym zielonym ogrodzie i po dobrym śniadanku ruszyłem w stronę Marakeszu. Nie będę się rozpisywał na temat tego miasta, bo można się tam wybrać za rozsądne pieniądze z Polski. A naprawdę warto!:-) Ze względu na koszty (i przygodę) postanowiłem nie wracać autostradą, ale spokojnie telepać się drogami wojewódzkimi na północ do Tangeru. W czasie naszego pobytu w Senegalu północna część Maroka została obficie polana deszczem i wracałem sobie wśród zielonych łąk i zielonych lasów. Było to fajne przeżycie po kilku tygodniach spędzonych wśród piachu i wysuszonych gór. Ostatni nocleg w Maroku wypadł mi w fajnym miasteczku godzinę drogi od portu. Kilka godzin później... Pierwszy biwak w Europie wypadł mi mniej więcej w połowie drogi między Algeciras, a Malagą. Jedna z piękniejszych miejscówek do spania na tej wyprawie!:-)
  7. trolik

    Afryka24

    4 kwietnia, 26 dzień wyprawy. Tizi ait imi Rano było tak: Zobaczcie ile się trzeba namęczyć, żeby mieć spokój w nocy! Wyjazd z biwaku do asfaltu to było spokojnie 15 minut telepania się w ofrołdzie:-) Dzisiaj miałem w planie przejazd na drugą stronę Atlasu coby następnego dnia dostać się do Marakeszu. Śnieg na graniach sugerował mi, że może nie być to najłatwiejszy dzień na tej wyprawie. Z pewnością jednak był to dzień zajebistej jazdy! Okazało się, że mam do przejechania nie jedną, ale trzy przełęcze:-) Pierwsze dwie wyposażone były w lepszy lub gorszy asfalt. Wjeżdżając na pierwsze dwie przełęcze miałem wrażenie, że nie posuwam się do przodu - przestrzenie nieporośniętych lasem dolin sprawiały wrażenie niekończącej się, cudowniej jazdy. Pierwsze dwie doliny były dosyć głębokie, było tam trochę roślinności i może po jednej osadzie ludzkiej. W trzeciej dolinie nie widziałem już ludzi - może osady były ukryte w głębi doliny. Tak czy owak miałem wrażenie przebywania na księżycu. Kiedyś oglądałem wywiad z R. Messnerem na temat wspinaczki wysokogórskiej - mówił on o ataku szczytowym. W pewnym momencie zmęczenie, ból i strach są tak wielkie, że umysł "odrywa" się od ciała i wspinacz przechodzi do stanu, który Messner opisał jako "Nirwana". Wjeżdżając do tej przepięknej, samotnej, księżycowej doliny i pnąc się później na przełęcz ja też miałem Nirwanę, ale moja była lepsza-bez zmęczenia, bólu i strachu:-). To był po prostu odlot! W tym momencie przeszły mi wszystkie żale związane z rozczarowaniami pierwszych dwóch tygodni wyprawy. Zapomniałem o Ramadanie, problemach z kasą i takich tam innych pierdołach. Cieszyłem się Nirwaną. Po dojeździe do szczytu przełęczy okazało się, że jednak nie jestem sam w tych górach:-). Było tam jeszcze dwóch pasterzy. Zatrzymałem się chwilę dłużej kawałek za przełęczą .Zjazd w dół też byl super, bo jechałem do ciepłej, zielonej doliny. Okazało się że nie dam rady dojechać do Marakeszu, więc zacząłem szukać miejscówki pod drodze. Potrzebowałem też zjeść coś ciepłego i dużego. Niełatwo było znaleźć takie miejsce w tych górkach. W końcu jednak się udało!:-) Cudowny dzień!
  8. trolik

    Afryka24

    Co poradzić - ten słup tam był. Kłamać nie mam zamiaru:-) pozdrawiam trolik
  9. trolik

    Afryka24

    25 dzień wyprawy, 3 kwietnia. Wąwóz Dades. Pobudka rano była cudowna - czułem jeszcze fajne zmęczenie fizyczne po wysiłku, ale nic mnie nie bolało i nie miałem zakwasów. Lubię się tak czuć:-). Po szybkim śniadanku objuczyłem Gienię i ruszyliśmy w dalszą drogę do wąwozu Dades. Ale najpierw przejazd przez Todrę!:-) Było zajebiście. Pyrkałem sobie powoli ciesząc się każdą chwilą, wspominając wczorajsze widoki tych samych miejsc z góry, kontemplując je dzisiaj z dołu. Piękna pogoda dopełniała całości tego "kiczowatego" obrazka:-). Po jakieś godzinie rajskiej jazdy zacząłem wjeżdżać na płaskowyż, w którym wyżłobiony był wąwóz Todry. Zaczęło mi brakować paliwa, więc zacząłem węszyć po wioskach. W jednej wiosce nie byłem przekonany co do zawartości 5cio litrowej butelki, ale już w następnej miejscowości udało mi się znaleźć dobry stuff:-) Po wzięciu paliwa zacząłem wspinać się drogą 704 w stronę wąwozu Dades. Początek był fajny - trochę asfaltu, trochę fajnego szuterku. Najwyższe miejsce było chyba na przełęczy 2500 m npm jeśli dobrze pamiętam. Po minięciu przełęczy zacząłem zjeżdżać do wioski z nadzieją znalezienia jakiegoś jedzonka. Cała ta sprawa z Ramadanem zaczęła mi już trochę działać na nerwy - nie jem zbyt dużo, wręcz ograniczam jedzenie. Dbam jednak o jakość i aspekt zdrowotny posiłków. Ze względu na Ramadan żywiłem się jakimś szitem z puszek i tylko od czasu do czasu udawało mi się znaleźć gotowane warzywa itd. Trochę mnie to męczyło. Na szczęście w wiosce moje modlitwy zostały wysłuchane!:-) Tego mi było trzeba!:-). Po zatankowaniu brzuszka ruszyłem w dalszą drogę i zaraz za wioską zaczął się wąwóz Dades. Nie był on tak malowniczy jak Todra, ale fajnie się jechało i widoczki były niczego sobie. Poniższy filmik zostanie na długo w mojej pamięci: szukałem fajnego miejsca do startu drona i wydawało mi się, że znalazłem taki spot. Trzeba było zjechać z drogi i podjechać kawałek po kamienistym single tracku. Tak mi się wydawało znaczy...:-). Kiedy wjechałem na ten single track okazało się, że za zakrętem jest zajebiście stromy, kamienisty podjazd na krawędzi przepaści...Zobaczywszy to prawie zemdlałem ze strachu, ale nie miałem już wyjścia - o zawrocie nie było mowy, więc dałem gazu i pognałem do przodu! Brrr, kiedy to teraz piszę to mam dreszcze:-). Tak czy owak było warto, bo dronik wyszedł całkiem spoko: Po wyjeździe z wąwozu ujechałem jeszcze kawałek i zacząłem szukać miejsca do spania. Szału nie było, ale miejscówka była cicha i spokojna.
  10. trolik

    Afryka24

    25 dzień wyprawy, 2 kwietnia. Arete Nord. Poranek był przepiękny - było ciepło, świeciło słońce, a ja w planie miałem dzisiaj fajny wspin!:-) Mój trener dał mi namiar na lokalną szkołę, w której wynająłem instruktora na ten dzień. Jechałem już prawie tydzień bez przerwy i potrzebowałem trochę ruchu, żeby nie zgnuśnieć na tym motorku do końca:-). Było pięknie: nie za trudno, nie za łatwo, jednym słowem w sam raz dla mnie:-) Zejście na dół było prawie tak trudne, jak wspinanie, ale po godzince udało mi się doczłapać do drogi, gdzie pożegnałem się z Alim. Resztę dnia spędziłem na wygrzewaniu się w słoneczku i obżeraniu tadżinami. Todra to turystyczna miejscówka, więc na szczęście dostęp do ciepłego jedzonka był powszechny. Cudowny dzień!
  11. trolik

    Afryka24

    24 dzień wyprawy, 1 kwietnia. Znowu jest ciepło!:-) W nocy temperatura miała sięgnąć zera, więc na wszelki wypadek wieczorem naćpałem się chemii coby spokojnie przespać noc. Wysokość 2 km npm w kombinacji z zimnem, wiatrem i deszczem niszczyła moje zatoki w zastraszającym tempie. Musiałem uciekać w dół, do ciepła!:-). Rano po dobrym śniadanku zebrałem się szybko, pożegnałem z Mohamadem i ruszyłem w drogę do Todry. Pierwsze 2 godziny jazdy to był raj! Poruszałem się nadal po wysoko położonym płaskowyżu, ale słoneczko grzało więc mogłem spokojnie jechać. Do tego piękne, marsjańskie widoki... zobaczcie sami: Po dojeździe do drogi krajowej telepałem się dalej na północny wschód bez wielkich wydarzeń. Plus był taki, że zjeżdżałem coraz niżej i robiło się cieplutko i komfortowo. Postanowiłem wykorzystać tą okazję i wbić się w coś w rodzaju skrótu, który stanowiła droga powiatowa. Nie zyskałem na tym czasowo czy kilometrowo, ale było super-ofrołdu na ten dzień miałem już dosyć, więc jazda po praktycznie pustej drodze w tak pięknym miejscu to był po prostu odlot. Piszę te słowa i znowu przenoszę się do tego miejsca i czasu i czuję tą samą radość i wolność! Temperatura cały czas rosła i późnym popołudniem było już około 30 stopni. Zajechałem do Todry ok. godz 18tej, zrobiłem małe zakupy, poczyniłem uzgodnienia dot. następnego dnia i grzałem się w słońcu jak kot. To był cudowny dzień!
  12. trolik

    Afryka24

    31 Marca, 23 dzień wyprawy. Tisslit Noc minęła źle-wiatr pizgał mi w namiot mimo tego, że spałem za budynkiem. Choroba też nie pomagała, choć było troszkę lepiej. Po śniadanku ruszyłem w dalszą drogę, której celem był wąwóz Tisslit. Zaraz za wioską zaczął się wjazd na przełęcz z pięknymi widokami. Pogoda na przełęczy była zmienna, ale na szczęście nie padało i mogłem cieszyć się widoczkami. Po zjeździe z przełęczy wjechałem na asfalt _drogi wojewódzkiej" i telepałem się powoli do drogi krajowej. Dzień był trochę bezbarwny może dlatego, że było zimno i i szaro, a ja nie czułem się najlepiej. Po jakichś 3 godzinach zacząłem wspinanie na przełęcz, z której miałem wjechać na drogę do Tisslit. Tisslit położone jest na wysokości ponad 2 km npm, co oznaczało zimno..... Do tego zaczął padać deszcz i ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przejechałem w temperaturze 8 stopni i padającym deszczu. Na szczęście droga była całkiem dobra i tylko ostatnie pół godziny jechałem ofrołdem. Po dojeździe do Tisslit zalogowałem się w fajnej miejscówce. Tak czy owak było warto! Nie widziałem jeszcze w życiu nic, co przypominałoby wąwóz Tisslit. Czułem się jak w bajce - widoki były tak nierealistycznie piękne, można było bez problemu wdrapać się na te przedziwne kształty i podziwiać wąwóz z góry. Bajka!! Nie jestem fachowcem od geologii, ale wydaje mi się, że musiała tam kiedyś płynąć całkiem duża rzeka, która wyżłobiła te zajebiste kształty. Jestem wdzięczny też rzece za wyprodukowanie tak pięknego miejsca!! Po kilku godzinach wróciłem do miejscówki, gdzie zjadłem super obiadokolację z Rodziną Mohhamada. Mimo zimna i deszczu po drodze ten dzień był zajebisty!!
  13. trolik

    Afryka24

    30 Marca, 22 dzień wyprawy. Cudowna Jazda! Choróbsko nadal mnie trzymało po obudzeniu, a pogoda nie zapowiadała się zbyt dobrze na ten dzień. Plus był taki, że prognoza na kolejne dni była już całkiem spoko. Nie miałem konkretnego planu, więc po śniadanku i pożegnaniu z rodziną Mohamada ruszyłem w kierunku wąwozu Al Mansur. Pogoda nie sprzyjała niestety i żałowałem trochę tych utraconych widoczków. Na szczęście warunki zaczęły troszkę się poprawiać i zrobiło się cieplej. Potrzebowałem tego ciepełka, bo choroba nie odpuszczała i nie było mi zbyt komfortowo. Po jakichś 2 godzinach wyjechałem z wąwozu i trafiłem na skrzyżowanie dróg. Co dalej? hm.... droga na wprost wyglądała najgorzej, więc tam się skierowałem. Po kilkunastu minutach jazdy zobaczyłem to! Ziemia Obiecana!!! Okazało się, że w dolinie znajduje się kopalnia złota Akka, że pogoda zdecydowanie się poprawiła, że są tam cudowne szutry i piękne widoki, że będę tam sam...mniammmm!!! No to jadziem!! Śmigając w tej odludnej krainie czułem, że wszystkie poprzednie dni telepania się po asfalcie w środku niczego jadąc na południe i później na północ miały jednak sens - zasłużyłem mianowicie na RAJ!:-). Pisząc te słowa przenoszę się tam w tej chwili i znowu czuję tą wolność, przestrzeń i radość. Po drodze spotkałem też dżygita, który również śmigał w tym tym terenie. Po kilku godzinach samotnej jazdy miałem wrażenie, że to Marsjanin, a nie lokales jadący do pracy w kopalni:-). W końcu dojechałem do asfaltu i śmignąłem do wioski po paliwo, wodę i żarcie. Oczywiście ze względu na Ramadan nie było nic ciepłego więc żarłem konserwy rybne przetykane chlebem i cebulą:-) I tak już od 3 tygodni...:-). Po wyjeździe z wioski znowu trafiłem na skrzyżowanie:-). Najgorsza droga wywiodła mnie ponownie do pięknej doliny. Zbliżał się wieczór i rozpocząłem poszukiwania miejscówki do spania. Niestety nie był to łatwy proces, bo albo trafiałem na miękki piasek, albo do wyschniętego koryta strumienia (ryzyko flash flood, bo pogoda nie była stabilna) albo na kamienie. No i tak jechałem sobie kręcąc łepetyną na lewo i prawo w poszukiwaniu dogodnego miejsca aż dojechałem do wioski...z kempingiem!:-) To znaczy czymś w rodzaju kempingu - wydaje mi się, że to miejsce powstało w ramach jakiegoś projektu państwowego - niby wszystko tam było, ale nic nie działało. Koleś siedzący tam był bardzo zdziwiony moim pojawieniem się i nie do końca wiedział co robić. Wieczorem okazało się, że kemping jest również świetlicą wiejską z co najmniej tuzinem chłopaków oglądających tv, grających w bilarda itd. Na szczęście byli w miarę cicho więc zasnąłem bez problemu.
  14. trolik

    Afryka24

    20/21 dzień wyprawy, 28/29 Marca. Odpoczynek u Mohammada Rano obudziłem się chory, ale piękna pogoda i widoczki osłodziły mi życie. Po szybkim przejrzeniu internetu znalazłem miejscówkę do spania pod dachem, bo potrzebowałem trochę ciepła i dobrego jedzenia. Do tego pogoda miała popsuć się następnego dnia, więc decyzja o noclegu pod dachem była tym bardziej uzasadniona. Plan na dzisiaj był taki, żeby pyrkać sobie spokojnie po górkach w kierunku noclegu i przed zachodem słońca zjechać do cywilizacji. Atlas jest zajebisty do mojego stylu jazdy-wąskie, kręte asfalty, ofrołd kiedy tylko chciałem, dobre szutry kiedy na to miałem ochotę. Ta część Atlasu miała jeszcze jedną zaletę: górki nie były zbyt wysokie i prawie na każdy szczyt prowadziła lepsza lub gorsza droga, którą należało wypatrzyć. Była to fajna zabawa, bo czasami wjeżdżałem do wioski w poszukiwaniu drogi na pobliską górkę i wjeżdżałem ludziom na podwórka:-). Było po prostu cudownie! Po prostu tak jak lubię:-). Choróbsko brało mnie coraz bardziej, więc późnym popołudniem zacząłem kierować się no wioski o trudnej do wymówienia nazwie. Arabskie nazwy jestem w stanie jako tako wymówić, ale berberyjskie nazwy to już czarna magia:-). Miejscówka była idealna - w miarę tania, czysta, z dobrym jedzeniem i miejscem dla Gieni. Moja frustracja związana z językiem berberyjskim spowodowała, że poprosiłem Ajuba i Aszrafa o pomoc w rozszyfrowaniu berberyjskich liter. Okazało się to łatwiejsze, niż myślałem:-) Było tak fajnie i czułem się tak źle, że postanowiłem zostać tutaj jeszcze jeden dzień i dojść do siebie.
  15. trolik

    Afryka24

    19 dźień wyprawy, 27 Marca. Wreszcie góry!! Noc minęła mi źle-miałem okno od strony ulicy, a miasteczko okazało się wielkim nocnym parkingiem dla ciężarówek robiących strasznie dużo hałasu. Na domiar złego miałem coraz większe problemy z zatokami, które sa zniszczone po 25 latach windsurfingu i kitesurfingu w ciepłych bałtyckich wodach:-). Na szczęście dzisiaj miałem pozegnac sie z wilgotnym, zimnym wybrzeżem i ruszyć samotnie w góry. Jazda z Grześkiem była spoko-dogadywaliśmy sie bez problemu. Wyzwaniem był jednak czas. Ze względu na prace Grześka mieliśmy napięty plan, który nie pozwalał na elastyczność w wyborze trasy czy tez miejsc które chcieliśmy odwiedzić. Po prosu każdego dnia trzeba bylo robić kilometry na południe lub na pólnoc i tyle. Wiedzialem o tym oczywiście od samego początku, ale mialem nadzieję ze uda sie zaoszczędzic czas na wiecej odpoczynku, skoki w bok itd. Pożegnaliśmy sie z Grzesiem w Guelmim-on pojechał na północ, a ja skrecilem w prawo w góry. Po drodze wziąłem żarcie, wodę i paliwo w malej sennej wiosce i chwile później bylo tak: Nocleg znalazłem na pierwszej lepszej górce, którą udało mi się wypatrzyć. Było cudownie-żadnych ciężarówek, hałasu, krzyków, asfaltu...Po prostu cisza., Natura i ja. Jak ja tego potrzebowałem! Biwak rozłożyłem wcześnie, bo czułem się zmęczony drogą i choróbskiem. Grzałem się na słoneczku, obżerałem i podziwiałem widoki. Przed snem zapodałem sobie jeszcze pół tony chemii, która miała mnie uzdrowić:-). Dzień był ciepły, ale Atlas w marcu na wysokości 1500 m to nie plaża i musiałem założyć na siebie wszystkie ciuchy coby nie zmarznąć na kość. Tak czy owak było zajebiście!!
×