Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 20.07.2018 in all areas

  1. 7 points
    32 posty, jesteś już pewna?
  2. 4 points
    Jestem za tym, żeby emeryci nie zabierali głosu w przedmiotowej sprawie [emoji23] Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
  3. 4 points
    I tak powoli,ale systematycznie temat zmierza w kierunku DL,a
  4. 4 points
    Na zdjęciu: Układ smarowania zwany półsuchym, z dwupoziomową miską olejową. To rzadko stosowane rozwiązanie. Więcej: http://www.swiatmotocykli.pl/Motocykle/56,113811,15975698,Wszystko__co_chcecie_wiedziec_o_smarowaniu.html
  5. 3 points
    Gadasz wtedy dopiero się zaczyna zabawa.
  6. 3 points
  7. 3 points
    te, mów za siebie (taki żarcik okolicznościowy:))
  8. 3 points
    Kibel . Loncin dał dupy i coś sknocili w silniku . Koszty pójdą w grube miliony euro , wizerunek szlag trafił , zamiast 850 pojechałem do domu skuterem elektrycznym w trybie eco pro .
  9. 3 points
    No fakt. Klikasz 2 i łączysz się z C - to chyba unijnie zarządzenie musi być
  10. 2 points
    Se wypraszam. Wczoraj jechałem autostradą. 15 minut. Z tego 10 - 140 starczy mi na bliżej nieokreślony czas Di jazdy ze znajomymi z takimi prędkościami szukaj czegoś innego - choćby Triumpha tigera xr.
  11. 2 points
    A F800GS? Choć jeśli wolisz szybciej to Triumph Tiger 800
  12. 2 points
    Heja Jacek, no jak widac cos tam szukam. Może byc też BMW tylko dobry egzemplarz musze znależć, a nie jak poprzedni żółtek. A co masz coś? p.s. KTM odpada - hehehe
  13. 2 points
    takie cóś dodatkowa masz powerbank i router
  14. 2 points
    Ja bym się tak tłustymi literami nie śmiał ...
  15. 2 points
    No i paść wróciła na kołach. 9 krajów ~4500km. bezawaryjnie z jedną glebą i jednym uślizgiem na tym zdradzieckim greckim asfalcie. Może to ich paliwo za 8 złotych dodało rotaxowi zbyt dużo mocy Jak zawsze pozostaje niedosyt i chęć dalszych wycieczek Żałuję że nie byłem w Bośni ale miało 5 dni lać non stop.
  16. 1 point
    Na Deelu ląduje się przejściowo , mając pustkę w głowie i zbyt duży wybór . Wtedy kupuje się bezpiecznie by mieć czym jeździć aż znajdziemy coś co nam odpowiada w 100% , Deel się sprzeda zawsze jeżeli jest ładny i nie walony . Z autopsji . Ja bym sobie kupił coś bardziej turystycznego jako następny motocykl , ale musi się zamknąć w wadze 200-220 kilo , więc za dwa lata pomyślę , może używki R1200rs potanieją +/- do poziomu mojego trzyletniego wtedy F700GS to będę miał motywację do sprzedaży . Deela miałem więc raczej nie powtórzę - to również wibruje około 150/h .
  17. 1 point
    Dzięki f700 jedno również znalazłam i również mam w planach je obejrzeć
  18. 1 point
    O zasilaniu nie było mowy. Pliki mogą być kopiowane automatycznie lub po naciśnięciu przycisku: https://www.wdc.com/pl-pl/products/wd-outlet/my-passport-wireless.html
  19. 1 point
    Ostatnio poojechałem ogładac egzemplarz jak w linku: https://www.otomoto.pl/oferta/bmw-r-bmw-r1200r-13r-ID6AyOwJ.html#7cbf84d844 Dakarowy mi pomogl jako znawca i ekspert, na co Pan sprzedawca sie bulwersował. Ale do rzeczy bo chciałem podzielić się opinią: egzemplarz miał malowany silnik i szlifowane przednie tarcze hamulcowe szlifierką (o zgrozo) żeby ładniej wyglądały. Oczywiscie szlif był zrobiony tylko z zewnątrz, a od środka tarcza miała rant. To mnie odstraszyło. Podziękowania dla Dakarowego !!!
  20. 1 point
    A tak w ramach informacyjnych to dzięki koledze "jezier" dakar został zakupiony. Bez problemów wróciłem motocyklem do domu Fajnie wiedziec że na ludzi z forum można liczyć. Pozdro
  21. 1 point
    A może wróćmy od początku. Zanim wydasz zeta albo sprzedasz motór to wrzuć parę zdjęć i pomierz dokładnie. Jest tu sporo osób które mają pojęcie w temacie i coś wydumaja.
  22. 1 point
    Hej, My klasycznie, na pierwszy trip do Rumunii ;) Można paczeć jak świeżaki łapią gleby ;D pzdr!
  23. 1 point
    Tytułem wstępu W Rumunii (prawie) każdy porządny motocyklista był. Opisów tychże wyjazdów było mnóstwo. Ale każdy z nich inny. Ten będzie najprawdziwszy. Bo mój :lol: Relacja będzie z mojego i tylko mojego punktu widzenia. I siedzenia. Czyli niewielkiej (ale tylko ciałem) motocyklistki na niezbyt wielkim motocyklu – BMW F650GS, o jeszcze bardziej niewielkim (bo rocznym) doświadczeniu. Za to w otoczeniu trzech potężnych Afryk. Z czego jedna miała 6 kufrów i była przepotężna. Było ich trzech: Bliźniak Rychu72 Raf I do tego Jagna (albo Jagnię…ciągnięte na rzeź) Bliźniak i Rychu wiedzieli w co się pakują, bo mieli okazję ze mną pojeździć. Biedny Raf przekonał się dopiero organoleptycznie… A tak bardziej serio: ofiarą nie jestem;) jeździć umiem;) (zdarzyło się nawet prowadzić grupę wycieczkową podczas zlotu na Grodźcu) ale pozaasfaltowego doświadczenia było brak, poza kilkoma króciótkimi wypadami podczas Szparagowych weekendów i sporadycznego jeżdżenia wokół komina po polnych dróżkach. Umowa zawarta w lipcu brzmiała: kostek nie zakładamy, kufry boczne bierzemy, offem nie jeździmy. Złamanie umowy nastąpiło jakieś 20 km po przekroczeniu granicy rumuńskiej :lol: Podsumowując: relacja będzie z punktu widzenia początkującej w offie i innych takich rumuńskich. Doświadczonych prosi się o nie komentowanie typu „ale w czym jest problem?”. Też tak będę kiedyś mówić !
  24. 1 point
    Rano budzimy się w superdomkach produkcji wczesny Ceauşescu, robimy ciepłą kawkę i ruszamy dalej. Nie ma jak kilkanaście km szutrów na dzień dobry :lol: Kurzy się straszliwie, jedziemy pod słońce, więc momentami nie widać nic. Objeżdżamy dookoła jezioro Vidraru, na moście pamiątkowa fotka pod słońce: a tu samo jezioro: Jestem już fachowo brudna: Ostatnie km szutru i wyjeżdżamy tunelem na tamę jeziora Vidraru, wracając na transfogaraską: Po cholerę ten napis? Ale samo jezioro ładne: Wracamy do cywilizacji, czyli asfaltu. Jeszcze sporo ładnych (choć już nie wysokogórskich) zakrętów tranfogaraskiej przed nami. Dobijamy do Curtea de Argeş, gdzie można zwiedzić ładną cerkiew metropolitarną z XVI wieku. Kolejny raz dziwi nas sam zachowania cerkwi w porównaniu do reszty Rumunii… Z Curtea de Argeş bierzemy kurs na wschód, na Sighișoarę i w dalszej perspektywie na wąwóz Bicaz. Ale oczywiście nie ma mowy, żeby jechać cały czas głównymi drogami. Zbaczamy więc z 73 na 730, bo jest ładny wąwóz. Droga płatna, ale nie wiem ile, bo chłopaki stawiają :lol: A później Bliźniakowy GPS proponuje kolejny skok w bok, w drogę 730A. Jaki piękny fragment Rumunii! i jakiś bogatszy zdecydowanie… Wśród zielonych wzgórz porozrzucane domki, o pięknej architekturze i ładnie utrzymane. Coś mi to wyglądało na domki letniskowe klasy wyższej :lol: A jaki asfalt! tu pachniało projektami unijnymi… Tuż za wsią asfalt jak zwykle się skończył… oczywiście za długo nie mogło być miło z tym szutrem, i pojawiło się to co kocham najbardziej: ostry zjazd w dół po kamieniach. Z nadal nie wyłączonym abs-em. Nie. Nie. I jeszcze raz nie. Tym razem padło na Rycha. Biedaczek musiał wspiąć się na górę (było chyba ponad 30 stopni) i zjechać bmw… Ale dalej znów było ładnie: dojechaliśmy do biedniutkiej wsi, gdzie Rychu miał sposobność porozdawania resoraków, których miał pełne sakwy. Trafiły w odpowiednie ręce :lol: Wracamy na nieco główniejszą drogę, nad którą od czasu do czasu pojawia się takie coś: Do czego to? Miał być wiadukt? A może konstrukcja do wieszania „cały naród popiera swego przywódcę?” Dojeżdżamy do miejscowości Bran, gdzie znajduje się jeden z zamków królewskich. Jak na królewski, to dość skromny, przytulny wręcz :lol: Ale warty zajrzenia. Choć tylko ½ ekipy się skusiła, druga połówka wybiera knajpę i bezalkoholowego Bergbiera :D W zamku krótko opisana historia ostatnich króli rumuńskich. Spodobała mi się siostra jednego z nich, Elena bodajże. Wyszła za mąż, kilkoro dzieci, owdowiała, wyszła drugi raz za mąż, rozwiodła się, po czym została mniszką. Nie ma jak spróbować wszystkiego w życiu :D W planach mamy kolejny zamek, tym razem tzw. chłopski, Rasnov, ale gdy chłopaki widzą, ile się do niego trzeba przejść pod górę, to rezygnują. A ja już tam byłam. Więc lecimy dalej, na północ, na na Sighișoarę. Kolejny raz Bliźniakowy GPS proponuje kolejny skok w bok, mamy już późno popołudnie, więc postanawiamy na tym boku znaleźć fajne miejsce na namiot. Nad rzeczką najlepiej. Droga w bok ma numer, a jakże, i drogowskaz mówiący „wieś xxxx 9 km”. (to było chyba 131P, lub 104K) Początek niczego sobie: Ale potem coraz gorzej. Najpierw szuter przechodzi w dwie koleiny na polu, a potem wkracza w las, gdzie gałęzie walą prosto w pysk. Za dużego ruchu to tu chyba nie ma… W końcu stajemy przed kolejną kałużą, nieco większą. Kij zanurzony w kałuży pokazuje głębokość koło 0,5 metra, ale nie bardzo chce nam się cofać te 5 ostatnich km. Objeżdżamy błotko polem, przejeżdżamy przez rzekę, której nie ma (a nad nią chcieliśmy biwakować), jakieś wąwozy z zaschniętego błota , kolejne pola i w końcu znów mamy szuter… Szuter zaprowadził nas do wsi: Ucieszyło mnie to, bo wieś oznacza dojazd do cywilizacji i z reguły do wsi dochodzi jedna asfaltowa droga. Niestety ta reguła nie dotyczyła wsi Cobor… Jesteśmy w środku Transylwanii. Do 1989 mieszkała tu głównie mniejszość niemiecka, która uciekła , kiedy tylko otwarto granice. I teraz jest, jak jest. Domy są albo opuszczone, albo zasiedlone przez Cyganów. Tak czy siak, widok niezbyt budujący… Jest późno, a my w środku niczego. Okazuje się, że najlepsza droga, która prowadzi do Coboru, to właśnie ta, którą przyjechaliśmy… Chłopaki rozjeżdżają się na różne strony wypatrzyć drogi na Jibert (na mapie i w GPSie oczywiście jest). W pewnym momencie z jednego z domów wychodzi Cyganka z dzieckiem i Rychu podchodzi z cukierkami, zagadując do angielsku o drogę. A Cyganka po angielsku odpowiada! Rychu jest tak zaskoczony, że zostawia im chyba z kilo cukierków. Ale odpowiedz Cyganki fajna nie jest: tak, to jest właśnie droga na Jibert i ta droga jest zła. No jak już tutejszy mówi, że jest zła, to można się spodziewać katastrofy… Ale nie bardzo mamy inne wyjście. Wraca Raf z rekonesansu i pada decyzja „jedziemy” A to nasza droga na Jibert: Widok z kokpitu Bliźniaka, droga najładniej wygląda na GPSie… 28 to temperatura niestety… Początek nie jest zły, widać, że traktory czasem tędy jeżdżą: tyle, że dojeżdżają tylko tu: Jesteśmy na środku pastwiska. I co ja mam robić dalej? Zagubione Jagnię wśród owieczek :) Raf rusza na poszukiwanie drogi (GPS twardo ją pokazuje), a Rychu do pasterzy, gdzie po raz drugi doznaje szoku kulturowego. Jeden z pasterzy mówi po niemiecku! I twierdzi, że tam, o tam! , pod lasem hen jest droga do Jibert. W tym samym czasie Raf spod lasu też do nas macha. Co prawda jego AT jakoś dziwnie jakby wygląda… Niższa, czy co… No to jedziemy do Rafa pod ten las… Nawet fajnie, dziur brak, tylko drzewka trzeba wymijać... Raf zdążył już podnieść Afrykę i mamy chwilowo wynik Rychu : Bliżniak : Raf : Jagna 2:1:1:0 . Mowa o bliższych spotkaniach maszyny z powierzchnią ziemi oczywiście… Ale jest droga! I nawet prowadzi w tym kierunku, co trzeba! Niestety radość nie trwała długo (3:1:1:0): Koleiny zaczęły się robić coraz fajniejsze i zakończyły się w kompletnie nieprzejezdnym błotku. Znów omijamy drogę polem (i znów oddaję bmw w dobre ręce :) ) i znów jesteśmy na środku niczego. Już prawie 3 godziny, odkąd zjechaliśmy z asfaltu, a mamy może 10 km przejechanych… Mamy już dość, na szczęście na wesoło… W końcu pojawiają się ślady drogi i widać wieżę kościoła. Mamy nareszcie widoczny cel jazdy! Jeszcze trochę jazdy po pastwiskach i zjeżdżamy do Jibert, gdzie... niemożliwe...a jednak... pod krowimi niespodziankami... był najprawdziwszy asfalt! Co prawda więcej było dziur niż asfaltu, ale jednak! Z naszych planów biwakowo – ogniskowych nie zostało nic, dojechaliśmy po zupełnym już ciemku do głównej 13stki (po drodze wpadaliśmy w takie dziury, że byłam na 100% pewna uszkodzeń moto) i wylądowaliśmy w pierwszym z brzegu motelu. Wieczoru nie bardzo pamiętam, ale zdaje się, że bardzo uszczuplały Bliźniakowe zapasy żołądkowej gorzkiej. A zdjęcia nie bardzo nadają się do publikacji. Z całego dnia (który dla mnie był najtrudniejszy w całej mojej krótkiej karierze motocyklistki) najbardziej pamiętam zdanie Rafa „a myślałem, że w tych dwóch miejscach nie dasz rady”. :D
  25. 1 point
    Ponieważ wszyscy śpimy w jednym pokoju, tym razem Rychu i jego wczesne pobudki górą. Nie szans udać, że się go nie słyszy… i nie widzi… Skuszeni niską ceną pokoju zamówiliśmy wczoraj śniadanie. Za pomocą słowniczka polsko – rumuńskiego znajdującego się na końcu przewodnika. Udało nam się sklecić coś w stylu „śniadanie – jutro – ósma” . Później Bliźniak próbował konwersacji po angielsku, ale gość za barem z promiennych uśmiechem powtarzał każde wypowiadane przez niego słowo. Podobno z doskonałym akcentem :lol: Schodzimy na dół, śniadania ani śladu. Czy w wydawnictwie „Bezdroża” uwzględnią naszą reklamację? Na szczęście do przybytku zagląda angielskojęzyczna mieszkanka wsi (która zresztą robi spore wrażenie na męskiej części ekipy;) ) i tłumaczy, że śniadania ciut się spóźni. W końcu jest: Nie ma co prawda masła, ale nie chce nam się już szukać w słowniku. Rychu próbuje słoniny, nieco twardawej: Już prawie skończyliśmy, a tu wjeżdża jajecznica i … masło. Hmmm. Wylewnie żegnamy się z całą dostępną obsługą (pewnie za miesiąc trafią im się następni goście) i jedziemy dalej. Ruszamy wąską asfaltową dróżką dalej przez wieś. Dróżka kończy się na czyimś podwórku. GPS pokazuje, że droga biegnie obok. No biegnie, ale czy droga? Jakaś babinka-pasterka pokazuje, że jechać, jechać. Dobrze, że mam ciemne okulary, bo mój wzrok mógłby zabić. Ja mam zawrócić na tym kamienistym wąskim czymś, a potem zjechać ostro w dół tym wąwozem? O nie! Zjeżdża mi Raf (mam nadzieję, że Was nie wyklną za siadanie na BMW ;) ) Dalej szuter z kamieniami, jadę sama. I kolejny ostry zjazd w dół, w połowie którego uświadamiam sobie, dlaczego GS tak dziwnie hamuje. A w zasadzie nie hamuje. Bo ma ABS włączony!!!! A na dodatek nie pamiętam, jak go się wyłącza!!! Kolejny raz mam chęć mordu w oczach. Nie umiem się pohamować i głośno mówię (padło na Rycha) co myślę o umawianiu się na jedno i robieniu drugiego. Oraz ciąganiu niedoświadczonych w teren. I jeszcze chyba o roli kobiet w motocyklizmie. :evil: Chłopaki nic nie mówią i puszczają mnie przodem. Na szczęście to był już ostatni ostry zjazd… Przed nami już tylko kamienisty szuter. Za to z brodami. Przecież ja w życiu przez wodę nie jechałam! A tu jeszcze za rzeczką trzeba ostro pod górę skręcić. Miotnęło mi tyłem nieźle, ale jakoś wyjechałam. Następne dwa brody z jazdą na wprost to już lajcik był… Po wyjechaniu na asfalt Bliźniak stwierdza: „Jagna, pod koniec to już chyba trójkę wrzuciłaś!” A co! Jak ktoś ma ochotę, to droga 705D z Cib na południe zaprasza serdecznie :P Dojeżdżamy do cywilizacji, czyli Petrosani, gdzie Bliźniak udaje się na poszukiwania dorabialni kluczy, bo wieczorem miał okazję złamać ten od kufrów i ma mały problem. Ja w międzyczasie usiłuję od różnych bardziej zorientowanych w temacie uzyskać przepis na wyłączenie ABSu. Przepis ten jednak w ogóle nie chce się sprawdzić w rzeczywistości… Dopiero 2 dni późnej wspólnymi siłami wpadamy na rozwiązanie :lol: Ach ta zaawansowana niemiecka technologia… Gnamy dalej w kierunku Transalpiny, po drodze zatrzymując się w Mănăstirea Lainici. Już uświęceni ruszamy dalej na trasę. W końcu mamy tę Transalpinę! Bliźniakowi bardzo podobały się łączki obok drogi. Afryka wręcz nie chciała jej opuścić: Trafiliśmy na sam koniec asfaltowania. Ostatnie resztki: Asfalt nówka: Chyba w najwyższym punkcie Transalpiny: Moje pierwsze agrafki. Muszę stwierdzić, że jako pasażerka bardziej się bałam przepaści... I trochę dalej: BMW też sobie zjechało na łączkę, ale na szczęście nie miało (jak Afryki) potrzeby bliższego bratania się z glebą :D Zjeżdżamy na dół, na północnych agrafkach jeszcze częściowo brak asfaltu, ale jest piękny wyrównany tłuczeń. Na koniec coś nam się myli i zjeżdżamy 7C na zachód, gdzie znów mamy trochę szutrów. Zawracamy i dalej na północ, nad jezioro Oasa, gdzie nawet znajdujemy coś w stylu pola namiotowego. Rychu na pole wjeżdża z impetem: Ale później jest już dobrze ;-)


×