Leaderboard


Popular Content

Showing most liked content since 19.10.2016 in all areas

  1. 32 likes
    Podróżniczy szum łba powoli ustaje, pierwsze co robię po rozpakowaniu klamotów, to przeglądam zrobione zdjęcia, by jeszcze raz poczuć to, co wydarzyło się w ostatnich dniach… Te kilka zdjęć, to nie jest jeszcze relacja z podróży, tę zacznę pisać jak się trochę ogarnę w domu. Myślę, że ten clip pozwoli wczesać się w klimat wyjazdu, proponuję go obejrzeć, a potem potraktować jako podkład muzyczny przy oglądaniu zdjęć. No to jedziemy:
  2. 28 likes
    Kontynuujemy tradycję świadczenia zaufanych usług, nie wchodzimy w żadne "dobre zmiany", nadal pozostajemy przy sprawdzonych układach: jedni jeżdżą i zwiedzają, drudzy relacjonują. Nasza dzielna pięcioosobowa grupa, odprowadzona przy honorowej asyście Krzysia spotkała się w Lublinie i pojechała na wyprawę "Bałkany 2017". 14/08 dotarli do Koszyc. Nocują w 7-osobowym apartamencie. Byli nawet w kościele i na wymarzonym piwku. Rano ruszają dalej. Szerokiej drogi! 15/08 - dla tych co czekają na wieści naszej drużyny: szczęśliwi i pełni energii przejechali trasę Koszyce - Timisora (Rumunia), ok. 500km. Motocykle wyeksploatowane jak kombajny na żniwach. Zasłyszane wiadomości z trasy: "gorąco", "boli tyłek", "jest super", "niech żałują ci co nie pojechali", "bolą uszy, bo kask gniecie", "Długiemu trzeba kupić krawat, bo człowiek w krawacie jest mniej awanturujący się", "jutro dojedziemy do Skopje", "Nie! Nie damy rady!" "damy w tą i z powrotem". Słowem - udany dzień, pełen wrażeń. Podsyłam zdjęcia pięknych i młodych Easy Riders i życzymy udanej wyprawy! 16/08 - Życie korespondenta to jednak nie jest eklerka z bitą śmietaną. Budzą człowieka w środku nocy, żeby przekazać, że mimo, że wczoraj przechwalali się, że dojadą do Skopje i to nawet tam i z powrotem w jeden dzień - jednak się nie sprawdziło. Tak więc dotarli tyko do Nisz (Serbia), wynajęli piękny apartament, ale jak chcieli włączyć fotorelację na messengerze to ja tylko ciemność widziałam, więc chyba w ramach oszczędności za światło nie zapłacili. Ogólnie jest to wyjazd o klimacie terapeutycznym, ponoć ciągle się kłócą i strasznie się z tego cieszą. Jutro mają dotrzeć do swojej Ziemi Obiecanej czyli Skopje, już zarezerwowali nocleg. Czekamy na dalsze opowieści. 17/08 - Moją pierwszą relację polubiło prawie 50 osób i myślę sobie, że lada moment odezwie się ktoś do mnie z informacją, że właśnie zostałam nominowana do nagrody Pulitzera i posypią się jakieś intratne propozycje zawodowe. I co tam, że inni pozostają w puchatych objęciach wakacji, ja tu rozwijam umiejętności, o których sama siebie nie podejrzewałam. Wracając do "szybkich i wściekłych" - dotarli do Skopje. Nie mogli znaleźć zarezerwowanego noclegu, bo numeracja budynków nie ma tam nic wspólnego z logiką, ale trafili gościa na skuterze co chciał sobie zrobić z nimi zdjęcie i spryciarze za fotkę kazali się zaprowadzić pod apartament. Tak więc nocują w wygodnych łóżkach, a nie pod chmurką. Skopje posiada olbrzymią ilość pomników, co widać na zdjęciach. Teraz siedzą i oglądają mapy planując trasę na jutro, na koniec Długi wykona kunsztowne orgiami z mapy, wypiją tyle co na drogę, słowem klawo jak cholera. Zazdrościmy i jedziemy z wami dalej, chociaż palcem po mapie. 18/08 - wiem, wiem, wszyscy czekacie na wieści od pięcioraczków motocyklowego entuzjazmu, dziś przejechali w upale ponad 400km. Obecnie są w Grecji, miejscowości nie byli wstanie wymówić (powodu nie znam), nocują na kempingu, a kemping jest ... uwaga! Z basenem! Upał, rozgwieżdżone niebo i chłodna woda w basenie. Ponoć na granicy słonko ich mocno przygrzało, dlatego pognali zmyć trudy podróży i .... odmoczyć odciski. Martusia bardzo chwaliła Jasinka, że ładną trasę wybrał, był czołowym i tak słodko, landrynkowo dziś podróżowali i ponoć już się tak nie kłócą, a wręcz wznoszą mury świątyni wzajemnego przywiązania i wspierania. Oh, how sweet! Jutro w planach przejazd do Albanii. A teraz pooglądajmy te lukrowane zdjęcia, bo następne mogą być już w innej barwie.
  3. 28 likes
    Witam uczestników wyprawy, oraz wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji do odbycia kolejnych podróży. Białoruś? Tak, to dobry kierunek. Szczerze polecam. Niezwykle bliski nam kraj i ludzie, odległy w wyniku od lat sprawnie działającej propagandy, ale bezsilnej wobec osobistej konfrontacji, do której zachęcam … Zawsze mój podziw wzbudzali Czarniecki i Batory, którzy potrafili prowadzić na tych terenach kampanie, wiodąc ze sobą dziesiątki tysięcy ludzi, godząc emocje, oczekiwania i możliwości uczestników wypraw. Jak w kalejdoskopie rozwiązanie ich problemów widać było w naszej ekipie. Historia i geny, które kierowały naszymi wyborami wzięły górę nad prywatą. Samoorganizacja, to naprawdę niezwykłe zjawisko, fenomen i istota I Rzeczpospolitej, wszyscy działali dla ogółu, a nie dla własnej wygody ( no, ba – każdy chciałby zapierdalać pierwszy po szutrach, a jednak była dyscyplina i każdy, trzymając na wodzy swoje upodobania i bezpieczeństwo, jechał w określonym miejscu i szyku. Szacun. Wielki szacun dla wszystkich uczestników. Wybaczcie. Pierwszego dnia, zaaferowany pomyślnym przebiegiem eskapady nawet nie myślałem o wyciągnięciu aparatu, by robić foty. Całą uwagę skupiłem na celu - dotrzeć szczęśliwie i w pełnym składzie na biwak. To był ciężki dzień, 12 godzin w siodle, a na deser 30-40 km rozmiękniętych w wyniku deszczów, szutrów. Błoto, glina, piach i Kropka jadąca motkiem na szosowych oponkach… Jeden piruet, to naprawdę dobry wynik na takiej trasie . Jesteś dzielna. W Kosowie Poleskim łączymy się z grupą suwalską, to fenomen. Dwa tygodnie wcześniej umawiamy się luźno z Kaesem w tym punkcie na spotkanie. Do celu obydwie grupy przyjeżdżają w odstępie 3 minut. Przypadek? Nie wiem, ale gra muzyka . Kosów Poleski. Tak to tutaj urodził się białoruski rewolucjonista, walczący o niepodległość USA, niejaki Tadeusz Kościuszko. Kościuszko Białorusinem? To jeszcze nic, nie wiem czy wiecie, ale znanym twórcą białoruskiej opery jest Moniuszko, a piękno białoruskiej przyrody rejonu Nowogródka opisywał znany białoruski poeta, Adam Mickiewicz. Pewien szok? Drobny w kurw? Wyluzujmy. Zamiast złorzeczyć Białorusinom, że zabierają nam stu procentowych Polaków zastanówmy się chwilę. Oni mają rację, to byli Białorusini, ale jednocześnie ci ludzie byli gorliwymi obywatelami Rzeczpospolitej poświęcającymi swoje życie dla jej dobra. To jest właśnie ta nić, która łączy nas z Białorusią, 400 lat historii tworzenia wspólnego państwa do którego nikt nikogo nie zmuszał, to był wolny wybór. To jest właśnie główny powód dla którego warto odwiedzić Białoruś. Na biwak w Połonce dojechaliśmy szczęśliwie. Podziękowania dla Andrzejka. AgreSorku wykonałeś rekonesans biwaku i zorganizowałeś opał na ognisko. Wielkie dzięki. Poranek. Po pierwszym dniu jestem jak w szoku pourazowym. Dopiero teraz wyciągam aparat i nieśmiało robię pierwsze foty. Stres powoli odpływa… W wyniku wczorajszych szutrowo-błotnych doświadczeń zapada nieuchronna decyzja. Trzeba się rozdzielić na dwie grupy – szwędająco-szutrowo-namiotową i szosowo-hotelową. W sumie nie jest źle, spotykamy się we wcześniej zaplanowanych miejscach hotelowych. Bonusem jest dodatkowa radość wynikająca z powitań i integracji w miejscach wspólnych noclegów Połonka. To nie był przypadkowy nocleg (wobec przypadków nie należy być biernym, zawsze trzeba podawać im wyciągniętą rękę). Trochę wstępu. Potop szwedzki, wszyscy go znamy, Sienkiewicz, trylogia, Hoffman, Olbrychski… 1655 rok, Szwedzi prawie bez walki opanowują całą Polskę. W tym samym czasie, a nawet ciut wcześniej do podobnego „potopu” dochodzi na wschodzie. Moskwa w 1654 zajmuje prawie całe Wlk. Księstwo Litewskie. Moskale dochodzą do Brześcia, a Litwini biorą w skórę, aż miło. Po paru latach my jakoś się ogarniamy ze Szwedami i wyrzucamy ich z Polski. Litwini nie są w stanie zrobić tego samego z Moskalami, czekają na naszą pomoc. Jest 1660 rok. Po gościnnych występach w Danii dywizja Czarnieckiego wraca do Polski ( to stąd słowa naszego hymnu „przejdziem się przez morze” – ale to inna bajka i inspiracja do kolejnych wypraw) i aktywnie wspiera Litwinów w walce z Moskalami. Do pierwszej bitwy dochodzi właśnie pod Połonką, Litwini wsparci przez Polaków, a bardziej przez naszego ducha walki i zadziorności odzyskują utracone morale. Bitwa. Żółty fluorescent, to trasa rajderów, czerwony krzyżyk, to miejsce noclegu. 1. Litwini. 2. Husaria, szarża na moskiewską piechotę. 3. Obejście lewej flanki Moskali, w tym uderzeniu uczestniczył Imć Pasek. 4. Moskiewska piechota, która przeszła przez groblę (dotarła w okolice kościółka, gdzie spotkaliśmy się z ekipą suwalską). Husaria. Czym była? Husaria to takie narzędzie zbrodni, zbierające krwawe żniwo przez prawie 200 lat… Jak działała husaria? Wyobraźmy sobie 200 GS-ów 1200 ustawionych w linię, jadących ławą kolano w kolano z prędkością ok. 100 km/h wjeżdżających w tłum bezbronnych ludzi. Nie udało się wszystkich rozjechać? No to robimy nawrót, cofamy się ze 200 metrów, ustawiamy linię i jeszcze raz wpadamy zwartą linią na pełnym gazie w w stojący przed nami tłum. Robimy tak aż do skutku, nawet 10 razy… Skuteczne? Baaardzo. Na ogół wystarczały 1-2 uderzenia, a czasami sam widok husarii, by przeciwnik uciekał w panice. Stojących na drodze szarży husarii czekała śmierć okrutna, ale przynajmniej pewna... Szanse pozornie są wyrównane, Moskale i wojska Rzeczpospolitej liczą po 12 tys. ludzi. Tylko pozornie szanse są wyrównane, w rzeczywistości po stronie polskiej są sami weterani i zabijacy. W tym miejscu przypominam – w armii polskiej żołnierze nie służyli by dorobić się majątku, czy oczekiwać zysku, oni już musieli posiadać majątek, który pozwolił by im na taką rozrywkę jak turystyka połączona z możliwością zbijania przeciwników. To całkowita analogia do nas: nie po to się szwędamy by zarabiać, ale po to zarabiamy, by móc to robić. Wracamy do bitwy. Czarniecki miał problem, no bo co zrobić i jak się zachować, aby będąc silniejszym pokazać swą słabość? No cóż, udał ucieczkę, tabory, które stały tam gdzie dzisiaj jest kościółek rozpoczęły odwrót. Moskale, myśląc, że ofiara się wymyka rzucili do ataku za mostek piechotę. W tym momencie do szarży rusza husaria, no efektów nie muszę tłumaczyć. Padł rekord, jeden z husarzy nabił na swoją kopię sześciu ludzi. To był rekord w dziejach husarii. Reszta to już była rutyna - pogoń i dożynki (dożynanie) na odcinku 60 km. Wyróżnił się w tym nasz bohater Samuel Kmicic. A jakże, by Białorusin – chorąży orszański . cdn.
  4. 28 likes
    Kolejny dzień, sobota. Od rana na szlaku, a w zasadzie po za nim… O Jacku można powiedzieć słowami klasyka z „Alternatywy 4”: „ Nad wszystkim czuwa gospodarz domu, nie do on krzywdy zrobić nikomu, wszystkim pomoże o każdej porze…” Jadąc z Ustrzyk Górnych na północ w miejscowości Widełki robimy skok w bok i górską ścieżką kierujemy się na Muczne. Trasa przepiękna, niestety podobnie uznali organizatorzy narciarskiej trasy biegowej. Efekt? Na trasie pozostał solidnie ubity śnieg, który teraz przyjął postać lodu. Raj dla motocyklistów . Bezcenne doświadczenie na zjazdach, motek jedzie szybciej niż obracające się koła. Nieustanna jazda na listonosza, a nawet na zrozpaczonego listonosza… W pewnym momencie pocieszam współtowarzyszy, że jest dobrze, bo nie mamy przed sobą zwalonych po zimie drzew, a jesteśmy pierwszymi, którzy przecierają ten szlak w tym roku. Powrót bowiem pod górę po tym lodzie byłby trochę utrudniony… No i wypowiedziałem. Za kolejnym zakrętem pojawia się przeszkoda. Boczkiem, boczkiem, ale udaje się pokonać przeszkodę. Koledzy pomogli, ja swoje kluczyki oddałem Jackowi – umiejętności i nogi za krótkie. Uff. Przeszkodę udało się ominąć. Lecz kilka zakrętów poniżej… Szybki rekonesans i ocena sytuacji nie są pozytywne. Tego zwalonego drzewa nie da się prosto ominąć, po bokach mokradła i zabagnione rowy, może być problem z przeciągnięciem Artkowego 1200 GS-a. Ale opatrzność czuwa, wczorajsze chwile skupienia w świątyni dały pozytywne efekty. No bo któż inny jak nie OPATRZNOŚĆ pozostawiła by terenowy samochód z leśniczym na środku zagubionej drogi? Wybawca coś tam pomruczał o mandacie, po czym wręczył mi siekierę do rąbania drzewa. Dalej to już poszło gładko, rąbanie drzewa i przeciągnięcie samochodem zawalidrogi. Droga wolna, nie ma już nic. „To już jest koniec, nie ma już nic, Jesteśmy wolni, możemy iść To już jest koniec, możemy iść, Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic „ W głowie kłębią mi się kolejne wizje, a jak ten lód pojawi się nie tylko na zjazdach, ale trzeba będzie podjeżdżać ostro pod górę? Na szczęście limit przepowiedni na ten dzień wyczerpałem i spokojnie dotarliśmy w okolice Sianek. Bajkowo, prawda? Takie chwile i widoki chciałoby się mieć na co dzień. Rozbić tam namiot i pozostać kilka dni. Rozmarzyłem się… Jedziemy dalej. Jacek prowadzi. Zjeżdżamy w dolinę nadgranicznego Sanu. Szczęka opada z wrażenia jakie wywierają mijane krajobrazy. Pod koniec dnia, lajtowo, asfaltami dojeżdżamy w rejon zalewu solińskiego, widoczki i owszem… Niedziela. Najsmutniejszy dzień wycieczki. Trzeba się rozstać z Bieszczadami. Wracamy do domu, na osłodę odwiedzamy ruiny klasztoru w Zagórzu. Było jak zwykle, jest pięknie kiedy ruszy się d…ę!
  5. 23 likes
    19/08 - Helloł! Helloł! Ludzie podróżnicy to mają jednak ciężkie życie: śniadanko, pływanie w basenie i ta adrenalina przed dalszą drogą. Wcale nie zazdrościmy! Wcale, a wcale! 20/08 - Jestem pewna, że nasz pięcioraczki jakimś sposobem zostały nakarmione inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny i noradrenaliny, podejrzewam, że mogli to przyjąć w jakimś płynie, no chyba, że ktoś im to wkroił do sałatki. Odbieram sms, a tam cukier, miód i polewa czekoladowa z ekraniku się leje, palca od telefonu nie mogłam odkleić. Jest super, pięknie, rozkosznie, pluszowo...Ci którzy podpowiadali że na zdjęciach z Grecji widać Meteory - mieli rację. Z netu dowiedziałam się , że to "imponujące skalne ostańce zakończone prawosławnymi klasztorami". Informacja od naszej grupy: Meteory zachwyciły wszystkich i te ochy i achy i ta słodycz słowna. Przejechali do Albanii, są na campingu Moskato, nad samym morzem jest ekstremalnie rozkosznie, taplają się w cieplutkim morzu, dziś zostają na miejscu plażing, odpoczynek i rakija. Kochani podróżnicy jeśli to coś co na was tak działa jest w płynie to ja poproszę tego 2 butelki i to co najmniej takie 0,7l. 20/08 - Kolejne piętro świątyni wzajemnego przywiązania i wspierania wybudowane. Dziś pełen relaks: słońce, morze, żarełko, napoje wyskokowe i ekstremalne lenistwo. Jutro przejadą ok 200km nad jakieś albańskie jezioro i tam będą kontynuować tarzanie w puchatych objęciach wakacji. 21/ 08 - Dziś relacja wprost od uczestnika wyprawy od Marta Chaliburdabez żadnych moich ironicznych, zazdrosnych komentarzy: Jezioro Schoderskie. Rozbici. Zmęczeni. Zadowoleni. Pijemy wczorajszy zapas rakii. Wyjazd opóźniła burza w nocy. Pierwsza część podróży- wrażenia niesamowite. Wiraże, skręty, zakręty, luki i spirale. Podjazdy, wjazdy i zjazdy. Druga część - koszmar. Jazda albańskimi miastami to szczyt odwagi. Każdy jeździ jak chce i na pewno nie znają zasad ruchu drogowego.Podsumowanie. Oczy po pierwszej części - nakarmione. Po drugiej mus odpocząć dwa dni.Trafiliśmy kiedyś na camping- widmo na Litwie. Teraz mamy camping Hichkocka. Ptaki atakują nas mamy nadzieje, ze przeżyjemy;) Przyleciały po 18 i Wrzeszcza;))) 22/08 Sądzę, że nasza grupa walczy o nagrodę "Najbardziej Wkurzający Podróżnik Roku" im więcej irytacji oglądających tym notowania idą mocno w górę. Na przykład ja, siedzę w super nudnej pracy, 10h niewoli, co chwila ktoś podrzuca młotki intelektualne, szef ekscytujący się wydarzeniami dnia i cała grupa wtórujących klakierów trzęsących się na drabinie awansu, i nagle: chrum, chrum....chrum, chrum... - wszystkie zmysły naprężyłam, co to??? A to mój wyciszony, prywatny telefon! Spoglądam ukradkiem .... i skala wQwienia 90/100!Bo ja jestem kulturalną osobą i te 10 zostawiam sobie na nacieszenie oczu chwilą bolesnego zderzenia Jasinka ze słodką, landrynką rzeczywistości po urlopie. Jak wasze odczucia po obejrzeniu zdjęć? Dla wzmocnienia dodam, że to ich 9 dzień podróży, ale nie powiem ile jeszcze przed nimi. 24/08 - Po jednodniowej przerwie wszyscy mieli już nadzieję, że podróż pięcioraczków motocyklowego entuzjazmu- Bałkany 2017, dobiegła końca i że podróżnicy powrócili na łono ojczyzny i zaczęli pracować na wzrost krajowy PKB, co po tak długim wypoczynku będzie dla nas wszystkich natychmiast odczuwalne. Nie, nie, nie, nic z tego! Oni nadal wakacjują: wczoraj przejechali droga SH 20,wyjechali z Albanii dotarli do Czarnogóry, jechali przez kanion rzeki Tary. Widzieli most, ten który był głównym bohaterem w filmie" Komandosi z Navarony". Spali w Zabljaku (fajna nazwa), najwyżej położonej miejscowości Czarnogóry, było strasznie zimno i spali w dresach i kurtkach, a tak zmarzli przeokrutnie, kryształki lodu zwisały im z nosa. Dziś jechali po krętych drogach, cały czas w lewo, w prawo i znów w lewo i dojechali na wybrzeże Adriatyku, do miejscowości Kotor. Jechało sie pięknie, humory dopisują, Heheszki z nich, sami popatrzcie. Dziś Bartuś ma imieniny: życzymy mu puchatego, landrynkowego, słodkiego życia - jak wata cukrowa! Bartuś powiedział, że cieszy się, że piszę dla nich tę relację, bo oni już co raz gorzej słyszą, co raz gorzej widzą i nie pamiętają co było wczoraj- wniosek z tego taki: nie jedźmy na południe tam się ludzie strasznie szybko starzeją.
  6. 22 likes
    Rano, po spakowaniu klamotów opuszczamy biwak nad jeziorem w Połonce i ruszamy w dalszą drogę. Wczoraj przejechaliśmy coś ok. 500 km, a dzisiaj czeka nas chyba jeszcze dłuższa trasa i do tego kilka miejsc w których na pewno chwilę staniemy na popas. Z uwagi na wczorajsze szutrowe doświadczenia modyfikuję wcześniej zaplanowaną trasę na korzyść asfaltu, wywalając wszelkie szutry, które mogą nas spowolnić. Trudno, tym razem nie pojeździmy, ale chciałbym jeszcze przed nocą dotrzeć na działkę do Siergieja, a ostatni odcinek to jakaś zagubiona ścieżka w lesie, która ze względu na opady może i za dnia przynieść pewne atrakcje. Pierwszy przystanek robimy w Lachowiczach, w zasadzie nie ma tu nic do oglądania, ot zwykłe miasteczko, żeby nie powiedzieć „dziura”, ale tak to już będzie na tej wycieczce, że celem odwiedzin będą miejsca banalne, ale związane za to z dramatycznymi wydarzeniami z przeszłości. Tak jest i z Lachowiczami, mało kto dzisiaj wie, że w XVII wiecznej Rzeczpospolitej była to jedna z najpotężniejszych twierdz, a co więcej zyskała sobie miano białoruskiej Jasnej Góry. Nie tyle jednak dzięki świętemu obrazowi, co dzielnej obronie podczas „potopu” moskiewskiego. Tylko dwie twierdze w Wlk. Księstwie Litewskim oparły się wojskom moskiewskim: Słonim i Lachowicze. To właśnie w murach tej twierdzy schroniła się okoliczna szlachta białoruska (tak głównie białoruska), wytrzymując wielomiesięczne oblężenie i kilka szturmów. Prawdę powiedziawszy obrona kilka lat wcześniej ( dokładnie to 5 lat) Jasnej Góry to pikuś w porównaniu z tym czego dokonali obrońcy Lachowicz. Lachowicze zostały wyzwolone kilka dni po bitwie pod Połonką, gdzie mieliśmy ostatni nocleg. Oczywiście wśród oswobodzicieli był imć Pan Pasek. Tu są jego pamiętniki, polecam lekturę: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/pamietniki.html No właśnie, a gdzie jest ta twierdza? Obecnie już jej nie ma, a nawet trzeba pewnej spostrzegawczości, by zlokalizować ją w terenie. To zdjęcie centrum miasta: A to szkice dawnej twierdzy i pozostałości starych map: To teraz już widać, gdzie znajdowała się twierdza: Krzyżykiem zaznaczyłem miejsce naszego postoju. Poniżej filmik z wizualizacją twierdzy: Ruszamy dalej do Nieświeża, tabuny turystów i całkiem ładnie wyglądające miasteczko. Zamek, jak zamek. Rodzili się tu, umierali i bzykali Radziwiłłowie. Zupełnie nie moje klimaty, myślę (sądząc po ilości czasu poświęconego na zwiedzanie), że dla pozostałych uczestników również. Spędzamy tu jednak kilka godzin, jedząc, szwędając się, odpoczywając, a niektórzy nawet wymieniając między sobą buty… Lecimy dalej, następny przystanek to dla mnie miejsce kultowe – przeprawa Napoleona przez Berezynę, podczas odwrotu z pod Moskwy, zimą 1812 roku. Kiedyś, w młodzieńczych latach, kiedy z tornistrem biegałem do szkoły nad biurkiem w swoim pokoju miałem wyciętą z jakiegoś kalendarza i zawieszoną reprodukcję obrazu Suchodolskiego przedstawiającą właśnie ten epizod. To ten obraz: Zawsze marzyłem, by zobaczyć to miejsce w rzeczywistości. Ileż tu musiało być wtedy emocji i ludzkich tragedii. Dzisiaj wygląda tak: Z 500 000 żołnierzy idących z Napoleonem na Rosję wracało 50-70 tys. wygłodniałych maruderów, przemarzniętych i pragnących tylko jednego: wydostania się z tego bezludnego i lodowego piekła na Zachód, do cywilizacji. Na drodze stała ostatnia przeszkoda - rozmarznięta Berezyna, tworząca ponure topielisko dla tysięcy ludzi. Dodatkowo Napoleona osaczały rosyjskie armie. Beznadziejna sytuacja. A jednak udało mu się oszukać i wywieźć w pole Rosjan. Prawie wszystkim udało się przeprawić na zachodni brzeg. Walnie przyczynili się do tego Polacy, którzy jako jedni z nielicznych uczestników tej wyprawy zachowali zdolność bojową do samego końca. Niewielu przeżyło tylko napoleońskich saperów (w tym Polaków), którzy stojąc po szyje w lodowatej wodzie budowali zbawienne mosty. Dodatkową atrakcją miejsca był kot i dwie białoruskie motocyklistki. Proszę o zamieszczenie zdjęć motocyklistek i kota. Powoli Słońce zaczyna zachodzić, więc lecimy na nocleg do Siergieja. Jego działka znajduje się w środku Parku Berezyny, totalne odludzie, brak wody i prądu, ale jest za to wiele innych rzeczy… Jakimś cudem już prawie o zmroku odnajdujemy właściwą drogę i dojeżdżamy do celu. Uff! To był również emocjonujący dzień. To droga dojazdowa, zdjęcia robione za dnia w następnych dniach, ale o tym w następnym odcinku… c.d.n.
  7. 21 likes
    Także ten, ruszamy w dół po mapie i jest to ostatnia część wyjazdu po drodze zajeżdżamy do kolejnego punktu wyprawy który chcieliśmy zobaczyć: Gryfino - Krzywy Las: Lecimy dalej, co prawda nie planowaliśmy wstąpić ale z daleka było widać, więc: I dalej, tu szukaliśmy już konkretnego miejsca, ale niestety słabo się przygotowałem i okazało się że dojazdu brak: Miasto Pstrąże, chcieliśmy dojechać ale okazało się że położone jest na poligonie wojskowym czego nie wiedzieliśmy. Miejscowi mówili że do połowy odległości wjeżdżają bo mają tam pszczoły i przepustki na wjazd ale do samego miasta nigdy nie docierają. I jeszcze ta tabliczka: "ostre strzelanie wejście grozi śmiercią". - wjechaliśmy kawałek ale odpuściliśmy, piach pustkowie, trudno. Lecimy dalej, docieramy na kolejny kemping: http://plazaczocha.pl/index.html Miejscowość Leśna ul. Sucha. pół kilometra od zamku Czocha. Przyjeżdżamy: Warunki bez rewelacji ale w porównaniu do poprzedniego w Międzyzdrojach, cisza spokój, łazienki byle jakie ale cena połowę niższa, 28zł za dobę za wszystko. Teren już górzysty więc noce zimne ale dawaliśmy radę Co nas tam rozwaliło? - z pewnością zachody słońca, a na taki właśnie trafiliśmy rozbijając namiot: Po kręciliśmy się kilka dni po okolicy, odwiedziliśmy Wrocław gdzie czekała na nas przewodniczka - koleżanka Znajdujemy trochę krasnoludków: Trochę starego miasta: most z kłódkami, my nie przyczepiamy bo weźmie się w końcu załamie: W tym dniu ponownie uciekamy na nasz kemping. Następnego dnia lecimy już w stronę domu mieliśmy zajechać na tosta do @FALCON jednak się nie udało, prognozy pogodowe zapowiadały się nieciekawie. Więc na tosta będzie trzeba tam wrócić Ostatnie dwa dni to już powrót w stronę domu, zbieramy się i lecimy, po drodze trafiamy na kolejne punkty z listy: Kolorowe jeziorka (okazuje się że najlepiej trafić tu wiosną), jeziorko purpurowe: Jeziorko niebieskie, które jest niebieskie wiosną a w lecie robi się zielone: A jeziorka zielonego o tej porze roku nie ma bo wysycha, występuje tylko wiosną Lecimy dalej do Osówki: I dalej już autostradą robiąc postoje: Żonkę mi trochę już zaczęło prostować: Ale ok, w końcu to dużo kilometrów. Tego dnia docieramy w okolice Tomaszowa Mazowieckiego i śpimy nad zalewem w agroturystyce, mieliśmy dotrzeć ok 22:30, niestety docieramy ok północy ponieważ navitel wysłał nas leśną wąską i piaszczystą drogą która ciągnęła się ok 10 km a na końcu był zamknięty szlaban który jakoś między drzewami udało się minąć Następnego dnia trochę rozejrzeliśmy się po Tomaszowie odwiedzając skansen rzeki Pilicy i niebieskie źródełka które podobno występują tylko tutaj i w parku yellowstone: I cała na przód do domu (było to uzasadnione ponieważ tego dnia wieczorem wróciliśmy a następnego przeszły już te nawałnice które spowodowały te wszystkie wielki straty), jeszcze tylko obiadek: I szczęśliwie wracamy: Było jeszcze dużo rzeczy które mogliśmy zobaczyć ale tego nie zrobiliśmy, ale dzięki temu jest perspektywa na przyszłość myślę że w przyszłym roku wyjazd również będzie motocyklowy i będziemy chcieli po włóczyć się po Ukrainie, dotrzeć do Odessy, wrócić Rumunią. Czas operacyjny dwa tygodnie, a termin, pierwsza połowa sierpnia, więc jeśli ktoś ma podobny pomysł można by je połączyć. Na pewno napiszę coś w planowanych wojażach ale to bliżej terminu. Lewa dla wszystkich czytających, motocyklistów i podróżników szukających przygód!
  8. 21 likes
    Dla mnie ten wyjazd, to trochę taki rzucony kamień - może nie na szaniec, ale na pomost łączący Polskę i Białoruś, drobny przyczynek do uświadomienia sobie czym była i jest obecnie dla nas Białoruś - naród żyjący tuż za miedzą, a odległy jak Papuasi na Nowej Gwinei. W rzeczywistości, patrząc chłodno na fakty, to jest to jedyny sąsiadujący z nami naród z którym nie mieliśmy większych sporów, czy konfliktów. Przez 1000 lat sąsiedztwa, było wręcz przeciwnie, zgodna koegzystencja – a przez 400 lat wspólnie tworzyliśmy nawet, budowaliśmy i broniliśmy jednego państwa – Rzeczpospolitej. To walę: Pewnie wszystkim jest znany fakt, że bez mała 400 lat tworzyliśmy kiedyś wspólne państwo z Litwą. Tyle teoria, a w praktyce? W praktyce wyglądało to tak, że 90% mieszkańców Wlk. Księstwa Litewskiego stanowili… No kto? Oczywiście Białorusini, ich możnowładcy, szlachta (bojarzy), mieszczanie i chłopi. Czyli de facto unię i wspólne państwo tworzyliśmy głównie z Białorusinami, a Litwa tylko firmowała całe przedsięwzięcie, dając swój szyld. Drugim ważnym faktem jest, iż nikt Białorusinów nie zmuszał do akcesu przystąpienia do Rzeczpospolitej, oni sami żądali przyłączenia do Polski, bo w ten sposób nabywali prawa, o których wcześniej mogli tylko marzyć. I teraz drobna uwaga: w jakichkolwiek publikacjach i tekstach, czytając o niegdysiejszych przedsięwzięciach polsko- litewskich, musimy mieć świadomość, że były to „de facto” działania polsko-białoruskie. To tyle o historii, bo to w końcu forum motocyklowe, a nie historyczne. Po jednym dniu wypoczynku, (trzeci dzień wyprawy) pakujemy klamoty… robimy pamiątkowe foty… Siergieju, dziękujemy za gościnę. Grupa szwędająco-szutrowa w pełnym składzie. …i ruszamy dalej, oczywiście tą samą drogą, którą przybyliśmy… Podążamy ku cywilizacji. W najbliższej wiosce robimy pierwszego STOPA, trzeba naciągnąć łańcuchy, korzystając z kluczy miejscowego warsztatu. Dzisiejszy, czwarty dzień wyjazdu jest lajtowy, do pokonania coś ok. 270-300 km szutrów i bocznych asfaltów, więc jedziemy niespiesznym tempem oglądając Białoruś. Mijamy okoliczne wioski i miasteczka przypatrując się życiu Białorusinów. W wioskach nie ma bieżącej wody w domach. Są za to przydrożne hydranty z których mieszkańcy noszą wodę do domów, a to patent – pozwalający nabrać wodę, ale tylko wtajemniczonym, niezbędny jest bowiem do tego specjalny klucz... i cegła. Charakterystyczne domy białoruskich wiosek, we wschodniej Białorusi drewniane domy to prawie 100% zabudowy, im bliżej zachodniej części, tym udział domów murowanych wzrasta. Szutrowanie… Jadąc jako pierwszy w grupie, oglądam w lusterku niesamowity widok: gromada motocykli jadąca całą szerokością szutrowej drogi w tumanach pyłu przez, który przebijają się światła reflektorów. Cykane foty niestety nie oddają tego zjawiska, gdyż tutaj kolumna jest zbyt rozciągnięta i nie ma efektu skumulowanej chmury pyłu… Po drodze zatrzymujemy się w różnych, dziwnych miejscach. Tutaj to Druck, stare słowiańskie grody pamiętające czasy Rusi Kijowskiej i Waregów. W tym miejscu w 1660r miała miejsce potyczka oddziału Kmicica ( tak, tego z sienkiewiczowskiego „Potopu” z wojskami moskiewskimi. Po pierwszej porażce wojsk Rzeczpospolitej (Kmicic pokpił sprawę), kiedy z odsieczą przybyły chorągwie Czarnieckiego, Moskali rozbito. Po południu docieramy do Mohylewa, tutaj czeka na nas hotel i grupa „szosowo-hotelowa”. Po czterech dniach podróżowania nareszcie możemy się domyć i wyspać bez towarzystwa meszek i komarów. Ale zanim pójdziemy spać ruszamy na podbój miasta :). „Trzej Panowie w fotelach ( nie w łódce) nie licząc psa…” Mohylewski ratusz, najstarsza część miasta – tutaj stał niegdyś zamek. Dniepr – dla mnie niezwykła rzeka, to tędy przed tysiącem lat płynęli Wikingowie podbijając okoliczne ludy i ustanawiając swą władzę. Dawali płatną ochronę okolicznej ludności, mniej więcej to samo co oferuje dzisiejsza mafia… i demokratycznie wybrane władze państw szczycących się wolnością . W jakiejś knajpce. Ten wieczór, to dla mnie wielka nauka i lekcja życia. Mam okazję zaobserwować profesjonalne zachowanie swoich kompanów, którzy niczym skanery omiatają wzrokiem znawców niewieście kształty sunące deptakiem. Co ja naiwny robiłem przez tyle lat??! Marnowałem tylko czas… Upojeni zapewne widokami i atmosferą tego europejskiego miasta wracamy do hotelu, trochę gadamy, a w zasadzie to głośno się drzemy ( no,dobrze - dyskutujemy) w hotelowym hallu, a potem walimy się spać... Bez komarów i meszek...baaajka.
  9. 21 likes
    Skleiłem filmik. Może długawy, ale bardziej ciąć szkoda mi było.
  10. 21 likes
    TATARZY I PODLASIE – IX.2016. Według mnie na wschód można jeździć bez końca. Zawsze coś cię zaskoczy, zobaczysz coś niezwykłego, poznasz gościnność tamtejszych mieszkańców a nade wszystko zaznasz ciszy, spokoju i życia biegnącego innym rytmem. Na taki też wyjazd się nastawiłem – bez napinki. Udało się. Było pięknie. Wylatuję rano z Sokołowa Podlaskiego i pierwsze 111 km do mostu na Narwi (DK 19) gonię asfaltowo. Za mostem skręt w prawo i zaczyna się inny świat. Takie drogi. Kaniuki. Kraina Otwartych Okiennic. Puchły. Cerkiew. Ordynki. Pustelnia. Miejsce modlitwy wśród rozlewisk Narwi. Cały czas wzdłuż Narwi drogami enteej kategorii odśnieżania dojeżdżam do Jeziora Siemianowskiego a następnie do charakterystycznego miejsca aby zrobić fotki. Zdążyłem ustawić moto i ogarnąć statyw a tu już jedzie Policja. Rozmawiamy, pytanie skąd znam to miejsce, gdzie jadę i takie tam. Kończy się na pouczeniu. Dalej jadę wzdłuż granicy na północ. Siemianówka. Cerkiew gdzieś po drodze. Jałówka. Ruiny kościoła Kruszyniany. Meczet. Kruszyniany. Cmentarz Muzułmański. Bohoniki. Meczet. Zarówno w Kruszynianach jak i w Bohonikach liznąłem trochę historii, zwyczajów i opowieści o teraźniejszym życiu Tatarów w Polsce za sprawą ciekawie gawędzących przewodników. Gość z Kruszynian miał kiedyś Transalpa 600. Dalej podróżuję 670 na Lipsk a następnie znowu na przełaj do Mikaszówki. W Mikaszówce planuję nocleg. Żabickie. Bunkry Linii Mołotowa. Śluza na Kanale Augustowskim w Mikaszówce. Śluza w Płaska. Spałem na odludziu. Było to wyzwanie mające na celu przezwyciężenie traumy z lat młodości kiedy to zostałem pobity i okradziony na biwaku. Średnio się udało. Może też za sprawą kolacji składającej się z suchej bułki i wody. Sklepy w całej okolicy pozamykane. Rano, wskakuję do jeziora, zwijam manatki i kierunek na Suwalski Park Krajobrazowy. Giby. Pomnik pomordowanych przez NKWD. Jest też piękny drewniany kościół. Kościół w Sejnach. Synagoga, obecnie galeria. Wigry. Klasztor. Widok z wieży. Szwajcaria k. Suwałk. Cmentarzysko Jaćwingów. SPK. Udziejek. Młyn. Ogarnięty kilka lat temu ale nadal bez pomysłu co dalej. Ja zrobiłem tu restaurację. Kręcę się bez większego planu po szutrach SPK. Trafiając np. na stary cmentarz ewangelicki. I inne rzeczy. Zaczynam odwrót. Kierunek Augustów. Dowspuda. Pozostałość pałacu Paca. W październiku kupił je prywatny inwestor. Co dalej ? Nocleg w Augustowie, tym razem pod dachem. Dalej asfaltowo do domu. Suchowola. Geometryczny środek Europy. Tykocin. Zamek. Kiermusy. Kasztel. Taki wątek na koniec. Przeważnie jeżdżę sam i już się przyzwyczaiłem. Ma to plusy bo sam o wszystkim decydujesz i robisz co chcesz. Są też minusy, jak ten. Krążąc po SPK całkiem przypadkiem, na polnej drodze zrobiłem bramę młodym jadącym do ślubu. Życzenia, zdjęcia, żarty i dostałem buteleczkę której nie miałem z kim wypić. Szerokości.
  11. 20 likes
    Jak obiecałem, a ja zawsze dotrzymuję obietnicy, tak i zrobiłem, i specjalnie dla Ciebie @Dziadek przetłumaczyłem ten artykuł. Zapraszam jednak wszystkich chętnych. Za marzeniem na motocyklu (autor: @Katrina) Onliner.by Wszystko zaczęło się a może, to było moje przeznaczenie. Wpisuję w szukaczu „Koniec świata” przeglądam obrazy, linki i w jednej z nich pierwszy raz widzę dźwięczną nazwę Szykotan. Koniec świata — to przylądek, oficjalnie noszący taką geograficzną nazwę, znajduje się na wyspie Szykotan, południowo-kurylski rejon, obwód sachaliński. Wyspa należy do Rosji, co kwestionują Japończycy. Serce już wali w zawrotnym tempie, i w głowie tylko jedna myśl — „jadę tam!” Myśli aby przejechać bezgraniczną Rosję pojawiały się wcześniej, ale w tej chwili cel nabrał znaczenia, forme i nazwę. Szykotan tłumaczy się z języka ajnuskiego jako „Najlepsze miejsce” (w innych interpretacjach — „Duża osada”. Dotrzeć do go nie jest łatwo, a po to aby dostać się na samą wyspę, trzeba na dwa miesiące przed załatwić graniczne pozwolenie w Służbie Bezpieczeństwa Federalnego FR. Ale decyzja podjęta. Teraz — tylko do przodu! Droga do portu Wanino (10 000 km) zajęła mi 14 dni. Kontynentalne przygody zasługują na oddzielnie opowiadanie, ale po tych dwóch tygodniach mocno zmieniłam mą opinię o Rosji. Osławione rosyjskie drogi okazały się nie takie znowu i złe, chociaż i były odcinki bardzo nieprzyjemne. Bajkał jest ogromny i zachęca by zatrzymać się na dłużej. Spotkanie z tutejszym świtem — bezcenne. Miasta łączą w sobie współczesną architekturę i czar rosyjskiej prowincji. A jeszcze — ogrom. Wszystko tu pobudza wyobraźnię swoimi rozmiarami i przestrzenią, albo kopalnia Korkińska z niemowlęcymi-BiełAZami bądź wielka bezkresna tajga. Im bliżej końca kontynentu, tym większe nasycenie kolorów i jaskrawość piękna naturalnego. Ale nie można zapomnieć by zadzwonić do dyspozytora w pobliżu znaku „Lidoga” i powiadomić go, że się jedzie, inaczej twoje miejsce na promie mogą oddać komuś innemu, a łączności aż do samego portu już nie będzie. Na promie gra sowiecki hymn, pachnie starością a kompleksowe wyżywienie „cieszy” pełnością diety. Ale przez 18 godzin drogi stopniowo rośnie w duszy przedsmak nowych odkryć i wrażeń. Oto i Chołmsk. Wita mnie znak drogowy, informujący, że to „Najlepsze miasto, gdzie szczęśliwy jest człowiek”. Na Sachalinie spędziłam cztery dni, odwiedziłam muzeum krajoznawcze, dowiedziałam się wiele o historii wyspy, Ajnach, Niwcha, miejscowej faunie i florze, znalazłam ślady japońskiego dziedzictwa, spróbowałam gotowanych krabów i wykąpałam się w Morzu Ochockim. Ale Sachalin — nie jest punktem końcowym mojej drogi, a tylko krokiem ku Marzeniu i pora mi już udać się do bliskiej sercu wyspy Szykotan. Dlatego muszą spakować mego wiernego BMW do skrzyni i załadować na pokład statku „Igor Farkhutdinow” (nosi nazwę na cześć gubernatora obwodu sachalińskiego, który zginął w katastrofie helikoptera). W porównaniu z promem „Sachalin- 9” ten właśnie „Farik” (tak delikatnie nazywają miejscowi statek) jest o wiele bardziej komfortowy i współczesny. Prawie 30 godzin drogi, i oto już koła Henry'ego dotknęły szykockiej ziemi. Tu wszystkiego są dwie miejscowości — wsie Małokurylskie i Krabozawodskoje. Długość całej wyspy to 27 km, szerokość — od 5 do 13 km. Ludność — około 3000 osób. Do 1994 roku było tu prawie 8000 mieszkańców, ale bardzo wielu wyjechało po szykotańskim trzęsieniu ziemi i tsunami. Teraz na całej wyspie można zobaczyć tabliczki, ostrzegające o tym, że w przypadku tsunami trzeba uciekać na wzniesienia a budynki na górze są oznaczone jako sejsmiczne. Na wyspie znajduje się przetwórnia ryb, tutaj na dobry zarobek przyjeżdżają tymczasowi robotnicy, jest współczesny szpital, szkoła, urząd pocztowy, cerkiew, filia „Sbierbanku”, remiza, policja, kafejki i kilka sklepów. Mało, ale jest wszystko to, co potrzeba do życia. Stacji paliw nie znalazłam ale są ludzie, u których zawsze można kupić benzynę. Ceny, co prawda, nieludzkie, ale co poradzić —„północny współczynnik”. Wile pojazdów, konstrukcji, okrętów a nawet pomnik mówiący o odkryciu wyspy okrywa się rdzą i zapomnieniem, mocno kontrastując z otaczającym pięknem. Przejdźmy do najprzyjemniejszej i widowiskowej części podróży. Koniec świata. Jak często słyszymy to połączenie słów w codziennym życiu. A on istnieje, i droga do niego, oj jak bardzo niełatwa. Na Szykotanie asfalt obiecują położyć już ponad 10 lat, a na razie cała powierzchnia wyspy to szutrówki, kamienie, piasek, glina, dziury, kałuże, błoto i grząskie błotnisko. Droga na przylądek zajęła mi kilka godzin. Dotarłam na wskroś przemoczona od bryzy rzek, które wypadło przekroczyć, albo od potu, ale to nieważne. Przecież oto on, sam Koniec świata. Serce kołacze ale chcę milczeć i się zachwycać. Dałam radę, dojechałam. Wiecie, jestem bardzo rada, że droga na Koniec świata właśnie jest taka — całkiem nieprosta. Ona i powinna być taka — trudna, aby włożyć wysiłek do osiągnięcia celu. Potem był przylądek Niepokorny i latarnia morska Spanberg. Martin Spanberg — rosyjski żeglarz morski, który odkrył wyspę Szykotan. Latarnia morska zbudowana została przez Japończyków, wokolo wiele zardzewiałych części od jakichś morskich podzespołów, obok swobodnie pasą się dwa konie. Wszystkiego ich na wyspie trzy — jeden żyje w Małokurylskim i dwa tu. Przylądek Niepokorny stał się moim ukochanym. Tu można siedzieć w nieskończoność myśląc o sensie życia i wielkości Przyrody. Jeszcze na wyspie jest ogromna ilość zatok, pagórków i niewydeptanych przez turystów ścieżek. Szczególnie chcę wyróżnić przylądek Szykotanu w pobliżu Małokurylskiego. O zachodzie słońca rozpościera się stąd wspaniały widok. To prawdziwy wierzchołek świata. Pod tobą ścielą się obłoki, horyzont zalewa różowe światło, widać wulkan Tiatia na Kunaszyrze, i wierzę, że nawet widzę Japonię choćby kątem oka. Nie mogłam wyjechać nie spróbowawszy prawdziwej ikry pięciominutówki. Miejscowe dzieci zgodziły się zabrać mnie na ryby! Nadmuchujemy łódź, rozstawiamy krabołowki, zastawiamy sieci. W gruncie rzeczy na wszystko trzeba otrzymywać licencję ale łapaliśmy nie na przemysłową skalę, także będziemy uważać, aby miejscowa fauna nie ucierpiała zbyt mocno. Opływamy na wiosłach Koniec świata ze strony Oceanu Spokojnego. Zaczynają znosić nas fale, trzeba wracać. W czasie kiedy pływaliśmy, w krabołowku już wpadły dwa pierwsze kraby, a w sieciach są już cztery gorbusze! Dzieci wprawnie rozcinają rybom brzuchy, nas trzy dziewczyny z jajami! Otóż to powodzenie! Słona woda morska gotuje się na ognisku, następnie tam wrzucą ikrę, i wuala gotowa — słynna ikra pięciominutowa. Smaczniej w życiu nie jadłam! Soczysta, duża, nawet chleba do niej nie trzeba. Teraz przyszedł czas na kraby, których złapało się wiele. Po prostu je wrzucają do wody morskiej i gotują, aż one staną się pomarańczowo-czerwone. Smakołyk! Jeszcze gorbuszę upiekli w folii z przyprawami. Po prostu święto brzucha po szykotańsku. Doskonałe towarzystwo, wspaniali ludzie. W przedostatni dzień jedziemy na Czetyrkę — tak miejscowi nazywają górę Szykotanu, która ma wysokość 412 metrów. Jest najwyższa na wyspie. Wierzchołek góry cała okryty jest mgłą, ale ruiny wojskowych lokalizatorów w taką pogodę dają wrażenie tego, iż znalazłam się raptem w Stonehenge. Żegnam się niestety z Szykotanem. To moje miejsce mocy, moja święta wyspa. Kto wie, może kiedyś odwiedzę ją znów. Tłumaczenie własne.
  12. 20 likes
    a więc jadymy dalej z Białogardu ruszamy z zamiarem podróżowania blisko wybrzeża, a kierunek to Międzyzdroje Zatrzymujemy się na chwilę w Trzęsaczu, niby nie nastawialiśmy się że tam będziemy, ale skoro i tak przejeżdżaliśmy postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę i rozejrzeć: i lecimy dalej, przed Międzyzdrojami trafiamy na punkt widokowy więc również robimy postój: docierając na miejsce trafiamy na: http://www.campingmiedzyzdroje.eu/ W naszym wspólnym odczuciu, najdroższy i najgorszy ze wszystkich na jakie trafiliśmy. Cały teren odnieśliśmy wrażenie że jest po jakichś starych budynkach, wszędzie kamienie i jakby pozostałości fundamentów, kręcimy się i wreszcie znajdujemy miejsce trawiaste że tak powiem dwu osobowe. Łazienki w jakichś barakach, kuchenki z tego co pamiętam żadnej. Na miejscu pełno Niemców, którym widać wszystko jedno ile płacą i najzwyczajniej chyba również za co płacą, Polaków tam niewielu. Ale nic, rozbiliśmy się czas na żarcie: Tego dnia udało nam się skontaktować jeszcze z pewnym panem z Kamienia Pomorskiego do którego pojechaliśmy i dzięki jego uprzejmości mogliśmy zobaczyć dom bardzo podobny do tego który mamy zaprojektowany i czekamy na pozwolenie na budowę. Obydwa domy to ten sam projekt jednak inne zmiany zostały naniesione na naszym i na jego projekcie: Był weekend więc w najbliższych dniach postanowiliśmy poszwendać się tu i tam i po oglądać miejsce w którym jesteśmy. Co ciekawego zobaczyliśmy: Do tego jakaś plaża na której płaci się za wypożyczenie wszystkiego co się da, sporo złotówek, w sumie to widać że z nastawieniem na naszych zachodnich sąsiadów wszystko przygotowane: I jeszcze Aleja Gwiazd: Żonka znalazła coś dla siebie: A ja dla siebie: Sprawdzamy smak lokalnych lodów: i idziemy na molo: Z którego okiem aparatu postanowiłem się po rozglądać: no i właśnie, ostatnia fota podsunęła mi pewien plan Chwilę później zdobywamy statek: Robimy też wrogie przejęcie steru: kapitan okazuje się całkiem wporzo więc przejęcie jednak nie jest wrogie: Jeszcze rzut oka w stronę brzegu i okazuje się że pojawiła się tęcza: No cóż trzeba wracać do namiotu, żonka po drodze zdobywa jeńca który podobno zostaje najlepszym przyjacielem / przyjaciółką, nie mam pewności nie sprawdzałem, na imię jej "Wypłosia": A wieczorkiem przypomniałem sobie że @Pszemo wspomniał że będąc w tych rejonach każdy spragniony powinien napić się lokalnego browaru, postanowiłem zapobiegać odwodnieniu na zaś i połączyłem przyjemne z pożytecznym: przed wieczorkiem jeszcze szybkie płukanie naszych rzeczy i odkrywamy nową funkcję naszego BMW, jest to funkcja suszarki do ubrań:
  13. 20 likes
    Z tego miejsca "lecim na szczecin", ale też nie tak od razu W pierwszej kolejności kierunek Łeba, lecimy a po drodze całkiem przypadkiem trafiamy na stolemy: Oczywiście najważniejsze żeby przybić żółwika: Po krótkim stopie lecimy dalej, niestety tego dnia również deszcz nas odprowadzał, trafiamy do Łeby, trochę zmoknięci więc pod wydmy podjeżdżamy melexem i mimo deszczu włazimy: Tego dnia jesteśmy umówieni z @Pszemo. Ustawiamy się w Koszalinie, ustawka idealna, na stację chyba BP jak pamiętam wjeżdżamy równocześnie. @Pszemo zabiera nas na wycieczkę do Kołobrzegu: Wieczorkiem walczymy przy grillu, a następnego dnia czas się zebrać i uciekać dalej: W tym miejscu jeszcze raz dziękuję za serdeczną gościnę Cdn.
  14. 20 likes
    A więc skoro już podobno wszystko hula, uzupełniłem foty w poprzednich postach i czas napisać coś więcej. A więc dotarliśmy do miejscowości Bystry koło Giżycka w terminie zlotu na twierdzy Boyen który postanowiliśmy ominąć dlatego mieszkaliśmy obok. Po piątkowym deszczu który nas odprowadził cały weekend był piękny więc bez zawahania postanowiliśmy się ruszyć, słuchając naszego navitela. W sobotę zrobiliśmy lot na Stańczyki nie sprawdzając wcześniej trasy tylko słuchając nawigacji i było tak: I dotarli do wiaduktów: Jeszcze szybkie sprawdzenie okiem aparatu czy wyjazd się podoba: Stwierdzam, hm na pewno się podoba I przyszedł czas wracać, po drodze natrafiamy na miejscowość o pięknej nazwie więc szybka fota: i lecimy dalej, po drodze jeszcze jedno miejsce: i na tym ten dzień kończymy Przychodzi niedziela i plan: Mamerki + wilczy szaniec. A więc mamerki, moim zdaniem mocno komercyjne miejsce, dość droga wejściówka i tak naprawdę dwa bukry, jakaś imitacja ubota i wieża widokowa. Odczucia średnie. Jak się okazało ciekawsze bunkry były po drugiej stronie gdzie wstęp był właściwie wolny. A tak to wyglądało: Plus bunkry do których wejście było wolne: I lecimy dalej na wilczy szaniec, to miejsce uważam dużo ciekawsze. Oczywiście jest to moje odczucie, a w każdym z tych miejsc byłem po raz pierwszy. Szkoda że wilczy szaniec niestety odczuwa mijający czas, obecnie nie ma już wejścia do żadnego z bunkrów, wszystkie powoli się rozkładają, ale z drugiej strony można zobaczyć naturalne pozostałości, odczucia świetne. Pierwsza fota już na wejściu bo jakbym mógł nie zrobić sobie foty z pojazdem, działem lub karabinem: I idziemy oglądać: przy robieniu powyższej foty w oddali było słychać głos dziecka: "mamo a prawda że tam nie wolno wchodzić?" ok ok wiem, nie wolno, nie zauważyłem napisu Zainteresowanie mojej żonki bunkrami wyglądało tak że w pewnym momencie słyszę: "patrz a ja chcę zdjęcie tutaj" patrzę no i ok robię, najciekawsza rzecz którą zobaczyła na wilczym szańcu: Później wracamy, jeszcze wieczorny spacer po Giżycku: A następnego dnia uciekamy nad naszą polską wielką wodę
  15. 20 likes
    5 dzień, wyjeżdżamy z Mohylewa i ruszamy dalej na szlak, kierunek wschód… Pierwszy postój robimy gdzieś nad niewielką rzeczką Basią, tak oczywiście, dobrze się domyślacie, była tutaj bitwa . Jesteśmy bowiem dalej na szlaku Pana Paska, który uczestniczył i w tej potrzebie, barwnie opisując w swych pamiętnikach całe starcie (bitwa nad Basią odbyła się kilka miesięcy po bitwie pod Połonką -pierwszy nocleg). Wyniku bitwy pewnie też się domyślacie, tak wygraliśmy. Konsekwencją tej bitwy był carski rozkaz wydany moskiewskim dowódcom, zabraniający im przyjmowania bitew w otwartym polu z Polakami, gdyż zawsze kończyły się tak samo i robiło się to już powoli nudne… Po krótkiej pogadance i lekcji historii odbytej gdzieś na poboczu drogi, lecimy dalej do następnego punktu wycieczki. Tak, dobrze zgadujecie, to też będzie pole bitwy. Wiem, wiem, to też powoli robi się już nudne… Lenino. To tu w 1943 roku miała miejsce pierwsza bitwa LWP tworzonego u boku armii radzieckiej. W czasach PRL-u bitwa służyła za symbol polsko-radzieckiego braterstwa broni. Jako wychowanek tegoż PRL-u mam uraz i jednocześnie ugruntowany stosunek do tamtych czasów, podobnie jak i do Ludowego Wojska Polskiego, w związku z czym przez wiele lat zupełnie nie interesowałem się bitwą, gdyż wszystko co dotyczyło tamtych czasów pogrążone było w morzu kłamstw i przeinaczeń. Warto jednak spojrzeć na uczestników tamtych wydarzeń po odrzuceniu polityki. Niezwykły jest los i decyzje zwykłych żołnierzy, którym obca była polityka. Ci ludzie, którzy w wyniku represji Stalina znaleźli się w ZSRR mieli tylko jeden cel – wyrwać się z tego raju na ziemi jakim był ZSRR. W tej bitwie szafowano ich krwią, nikt nie robił tego specjalnie, taka była po prostu natura frontu wschodniego i Rosji – życie ludzkie nigdy nie było tam wiele warte… Ginęli tutaj tysiącami i to na stosunkowo niewielkim odcinku (ok. 2km linii frontu), warto w tym miejscu pochylić głowę. Ich śmierć nie miała żadnego wpływu na przebieg ogólnych zdarzeń, ot zwykły bez znaczenia epizod, w którym w ciągu niecałych dwóch dni walk ginie, bądź jest rannych lub zaginionych ok. 3 tys. ludzi… Chylę głowę tak nisko jak tylko mogę... Polacy atakowali z tego wzniesienia, atakując w dół w dolinę rzeczki Mierei… …a potem w kierunku w oddali leżących łąk. Zwiedzamy mauzoleum, cykamy foty. Dać chłopcom zabawkę. A tak się niektórzy oburzali, kiedy stwierdziłem, iż fakty z naszej 1000-letniej historii mówią, iż jesteśmy narodem zmilitaryzowanym i o zgrozo! lubiącym wojaczkę i podboje (o tej agresji wobec innych narodów to jeszcze będzie…). Obserwuję wprawne ruchy kanonierów i uśmiech na gębach. Sami pacyfiści... Jeszcze chwilę rozmawiamy o wydarzeniach z minionych lat i lecimy dalej. Część drogi to oczywiście szuterki, trafiamy na jakiś długi, prosty odcinek na którym trudno się zgubić, więc odkręcamy manetki i kolumna rozciąga się w długiego węża, każdy jedzie swym tempem. W takich sytuacjach poszkodowanym jest zamykający, który ma obowiązek jechać na końcu, na tej pozycji zawsze był to artex, zbierał na siebie cały pył wszystkich uczestników. Artur - wielkie dzięki, dla Ciebie i taty. A pyliło się coraz bardziej, gdyż po kilku dniach ładnej pogody szutry zdążyły obeschnąć. Kolejny postój wypada pod Orszą w pobliżu zakola Dniepru. To na tych polach w 1514 roku doszło do bitwy pomiędzy wojskami Rzeczpospolitej, a Moskwicinami. Starcie było jednym z największych w ówczesnej Europie, na tym stosunkowo niewielkim terenie mordowało się tu w sumie ok. 100 tys. ludzi. Bitwa wygrana przez wojska Rzeczpospolitej. Wiem, że dużo tych pól bitewnych na naszym szlaku i zaczyna się to wszystko się mieszać (a to jeszcze nie wszystko), ale taki był zamysł, by pokazać uczestnikom wyprawy jak wiele się tu działo z naszym udziałem na tych terenach. Na przestrzeni kilku wieków było tu więcej walk niż w tym samym czasie na terenach centralnej Polski. To tutaj przez ponad dwa stulecia toczyliśmy rywalizację z Moskwą, którą to rywalizację przegraliśmy. I to sromotnie. Skończyło się zaborami. Lecz tak na prawdę nic się nie zakończyło, życie toczy się dalej, a piłka w grze... Gdzieś na trasie wita nas Lenin ze słowami: Towarzysze! Zapraszam do baru!” …a w barze: Jemy posiłek w przydrożnej knajpce i jedziemy dalej, oczywiście szutrami i bocznymi asfaltami. Po drodze agreSorek chwyta prawym okiem osę, czy pszczołę. Efekt wiadomy, twarz się powiększa, ale dobrze, że tylko na tym się skończyło… Robimy przymusowy postój. Wieczorem, już po zachodzie słońca docieramy na miejsce noclegowe nad jeziorem. Z tymi miejscami to nigdy nie jest do końca pewne co zastaniemy, gdyż wybierałem je na etapie planowania trasy, posiłkując się jedynie zdjęciami satelitarnymi z googla. Miejsce niby fajne, ale nigdy nie wiadomo, czy za kolejnym zakrętem nie znajdziemy czegoś lepszego. Szukanie taką zgrają motocykli było by kłopotliwe, więc na zwiady rusza zawsze szpica. Tu właśnie „szpica” wraca. Decyzja – na nocleg pozostajemy tutaj. Miejsce nie jest przypadkowe, przypadkom jak wcześniej napisałem trzeba trochę pomagać. Oczywiście będzie trochę historii, tym razem i przez następnych kilka dni motywem przewodnim będą kampanie Stefana Batorego (Batory, to nie tylko nazwa statku, mieliśmy kiedyś też takiego króla), lata kampanii to 1579-1581. Rys historyczny Moskwicini zawsze mieli i mają parcie na zachód, w 1564 roku Iwan Groźny postanowił przesunąć swoje granice nad Bałtyk (wiadomo nie od dziś, że kasiorę trzepie się dzięki handlowi i umożliwiającym go portom), na drodze stało jednak Wlk. Księstwo Litewskie. W zasadzie ówczesna Litwa, to był taki nadmuchany balonik, wystarczyła jedna kampania i praktycznie połowa Litwy (czyli i Białorusi) znalazła się pod skrzydłami Moskwy, tak z grubsza to tereny dzisiejszej Estonii, Łotwy i części Litwy znalazły się w raju, czyli w Rosji. Pech chciał, że ówczesna Litwa była w związku (małżeńskim, ale luźnym i bardzo tolerancyjnym) z Koroną, czyli Polską. A w związku małżeńskim jaj wiadomo, partnera kochamy bardziej jak życie zagląda nam do dupy. Podobnie było z Litwą. Rzuciła się w nasze ramiona z okrzykiem: kochanie ratuj! Bardzo Cię kocham! Już nie będę miała nikogo na boku. Cóż było robić, trza było pomóc kobiecie. W Rzeczpospolitej uchwalono gigantyczne podatki, zgromadzono wojska i kolejno rok po roku ruszyły trzy wyprawy na Moskwę ( na Połock i Psków). Te wyprawy to arcydzieło umysłu ludzkiego w dziedzinie organizacji i logistyki, a przypominam, nie było wtedy telefonów komórkowych. Rosjanie, a raczej Moskwicini po wkroczeniu na ziemie Litwy, budowali bardzo sprawnie zamki, dookoła było dużo lasów, więc budulcem było drewno. Na terenach dzisiejszej pn-wsch Białorusi (czyli tam gdzie się szwędaliśmy) jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać moskiewskie fortece i to w miejscach bardzo przemyślnych- na wyspach wśród jezior, czy w widłach przy ujściu rzek. Poniżej zamieszczam zdjęcie z trasą dojazdu na biwak, tak nie mylicie się na tej wysepce na j. Susza zlokalizowana była rosyjska forteca wybudowana przez wojsk Iwana Groźnego. Wygląd ówczesnej fortecy Susza. Susza Wielka forteca z liczną załogą i do tego na wyspie, prawie nie do zdobycia. Ale prawie, robi wielką różnicę. Jaki wynaleźliśmy sposób na zdobywanie takich zamków? Bardzo prosty. Ówcześnie strzelano z dział kulami żelaznymi, no ale kule grzęzły w drewnianej budowli nie czyniąc żadnych szkód. Do czasu. Do czasu, aż wymyślono, że należy strzelać kulami uprzednio rozgrzanymi w piecu do białości. Nie muszę mówić jaki efekt dawało naszpikowanie drewnianej fortecy rozżarzonymi kulami…Po jakimś czasie wszystko stawało w ogniu, a obrońcy zamku myśleli tylko o jednym: znaleźć się jak najdalej od płonącej fortecy. Proste? Proste. W przypadku Zamku Susza nie trzeba było nawet strzelać, obrońcy sami uciekli pozostawiając cały dobytek i uzbrojenie Polakom. Kiedy przejeżdżaliśmy przez zabudowania wioski znajdującej się na wyspie zastanawiałem się ilu jej mieszkańców wie coś o jej historii… No biwaku: Niektórzy są przed… \ Inni już po… a\\ a niektórzy jak Przemek są akurat w trakcie…dmuchania. Miejscówka jest naprawdę przednia, nad samym jeziorem i z dogodnym zejściem do wody. Nawet komarów jak by ciut mniej. Zabieramy się za rozkulbaczenie motków i stawianie namiotów. Po kilkunastu minutach nad brzegiem jeziora wyrasta miasteczko namiotowe Wieczór to dobra pora na składanie raportów z całego dnia… Potem jest kąpiel. Jest moc . Raportów ciąg dalszy... Trafiamy na klimatyczny zachód słońca, jest naprawdę ładnie. Takie chwile to dla mnie kwintesencja motocyklowego szwędu. Sami zobaczcie. Humory nam dopisują. Potem kolacja. ...a na koniec ognicho i % Jest pięknie. c.d.n. Ostatnie zdjęcie ogniska, to jednak nie ten dzień i nie ten biwak, ale klimat oddaje...
  16. 20 likes
    No to jazda. Rano wstajmy, zapoznajemy się z towarzyszami podróży, jemy śniadanko i ogarniamy motóry. Przekonani, że pozostała ekipa jest już zatankowana szybko się zwijamy i ciśniemy w miasto na tankowanie i wymianę kasy. Błądzimy chwilę po Skopje. Długo to nie trwa, błyskawicznie znajduje się osoba, która nas poprowadzi do kantora. Jedna sprawa załatwiona. W drodze na stacje paliw Wiciowi kończy się paliwo. Generalnie coś wspominał, że ma opary byle tylko do stacji dojechać. No nie dojechał a dopchał bidny. Wracamy na bazę, dopinamy bagaże, ubieramy się i w końcu w drogę :) Ruszyliśmy i po jakiś 3 km stajemy. Myślę sobie, że ktoś coś zapomniał. Jednak nie. Ekipa Warsaw musi zatankować... To tylko małe nieporozumienie. Głowa do góry, będzie dobrze. Ruszamy i próbujemy się wydostać ze Skopje. W końcu się udaje, w końcu mamy pierwsze szutry. Trochę nas męczy tempo grupy, teren nie jest trudny. Czekam aż coś zacznie się dziać. Trochę się kurzy. Brud zapchał mi oczy dlatego gdy tylko stajemy szybko myję soczewki a że pauza chwilę się przedłużyła to i kilka zdjęć udało się cyknąć. Wiciu musi również naprawić wiatraczek w katełemie. Nauczyciel przekazuje cenną wiedzę... A uczeń pilne słucha :) Ekipa trochę jakby zmęczona Uzgadniamy z Neno, że wyrywamy się do przodu. Chcemy trochę poszaleć. Ekipa Warsaw traktuje pierwszy dzień jako rozgrzewkę my jednak mamy napinkę na jazdę. Zaczynają się fajne połoninki. Niestety miałam za nisko kamerę więc efekt jest słaby a droga zaczynała się robić coraz ciekawsza. Pojawiały się kałuże, trochę piachu, trochę gliny. Były też spore koleiny. Można było sobie fajnie pojeździć i pokombinować z doborem ścieżki. W pewnym momencie źle obrałam trasę i trochę mną zamotało. Byłam pewna, że glebnę. Na szczęście udało się wyprowadzić motocykl na prostą. Wiciu jadąc za mną nie miał tyle szczęścia. Pomieszał się widząc moje problemy i sam tam stanął. Zauważyłam go dopiero po chwili. Kosmal z Wojtkiem zdążyli już odjechać, ja natomiast wróciłam do Wicia. Udało się podnieść katełema, zdążyła nas też dogonić ekipa Warsaw. Ogarnęliśmy się i dzida. Droga zaczęła się robić coraz ciekawsza, ostre zakręty, ostro pod górę, ostre luźne kamienie, ostre koleiny. Czujemy, że żyjemy! Powoli wyprzedzamy wolniejszą ekipę i gonimy naszych. W pewnym momencie jednak nie ogarniam jednego zakrętu i omsknęła mi się noga. Koło znaczy. Kilka metrów przede mną stoi Macedończyk z chęcią pomocy. Coś tam do niego mówię po Polsku, generalnie, że raczej sobie poradzę. Materiał videło z trasy. Udało się wyjechać i dojeżdżam do Kosmala i Wojtka. Po jakimś czasie dojeżdża reszta Pałeczkę prowadzącego przejmuje Neno i wprowadza nas na mega polankę. Na zdjęciach nie robi na mnie wrażenia ale na żywo to było coś. Robimy tam chwilę pauzy. Dowiadujemy się też, że dalej nie jedziemy bo mało czasu i ogólnie wracamy tą samą drogą. Trochę słabo. No to zjazd w dół. Dla niektórych równie problemowy jak pod górę :D Mi się tam podobają takie drogi Mojej drzetce też To co dobre szybko się kończy. Czas na biwak. Uwielbiam biwaki, w dodatku w takich okolicznościach przyrody to mniam. Chłopaki jadą jeszcze do wioski po piwo. Wracają po godzinie albo więcej bez piwa. Wioska muzułmańska, piwa w sklepie nie uświadczysz. Odprowadzając motocykl bliżej namiotu wpadam na pewien pomysł. W pobliżu są kuszące skałki, postanawiam spróbować sobie skoczyć. Nie było to odpwiedzialne dlatego, że ani kasku, ani butów już nie ubrałam. Zdjęcie za to ze skoku wyszło zajebiste. :) I nie jest to to zdjęcie. To zajebiste wstawie jak otrzymam je w dobrej jakości :D Nastał wieczór, zaczęły się rozmowy. Tych o polityce nie słuchałam. Ale fajnie posłuchać jak się wszyscy razem nabijamy z Giejesów. Trochę początkowo podchodziliśmy do żartów z pewną rezerwą. Jak się później okazało właściciele Giejesów mają spory dystans i żartują razem z nami. I o to chodzi!
  17. 19 likes
    Heja, W 2016 roku za cel postawiłam sobie gdzieś pojechać. To ,,gdzieś'' miało być w innym kierunku niż wyszło, miało być też dalej. Miał być daleki wschód- nie wyszło. Gruzja miała być- nie pykło. Jakoś wiosną Wiciu zaproponował Albanię. Eee, no dobra. Może to mi wyjdzie. Jadymy. Wyjazd lawetowy -,- Totalnie nie w moim stylu. Staram się o tym nie myśleć. Wszystkiego trzeba spróbować. Przekonuje mnie brak czasu na dojazdy. Z drugiej strony dojazd drzętką 1400 km? Kiepsko dla tyłka. Start. 16.09.16 Spotykamy się w pociągu. Z Wiciem i Kosmalem trochę się już znamy natomiast z Wojtkiem mamy pierwszy raz. Integrujemy się zatem w Warsie. Potem samolot, nawet dwa i lądujemy w Skopje. W hotelu pusto i cicho. Ekipa już poszła spać. Towarzyszy podróży poznamy dopiero rano. Zerkniemy chociaż na ich motocykle. Dakarówka, jakieś GSy 800, drz400s, xtzty, xtrka, 950, i ja. Wszystkie motocykle wacacane, obładowanie tjuratechami, rotopaxami, z nowymi oponkami. Tylko ja na starych kapciach z sikającą lagą. Fajnie się zaczyna :) Integrujemy się chwilę z organizatorem, przepakowujemy i kładziemy spać. Jutro zaczyna się przygoda. Podekscytowanie nie pozwala szybko usnąć. Wyobraźnia pracuje. Będzie dużo offu, będzie niezła orka po kamienistych szlakach, będą biwaki, ognisko, rozmowy, nie będzie miętkiej gry. No, fajnie będzie. Na pewno :)
  18. 18 likes
    No to lecimy nad wielką wodę. Po drodze szybka fota w Elblągu podczas postoju spowodowanego niedoborem kawy: i dalej w stronę morza, zatrzymujemy się na rybkę w Kątach Rybackich: I lecimy szukać campingu bo orientacje mamy ale nic wcześniej nie załatwialiśmy, docieramy do Sobieszewa, chociaż właściwie okazało się że obecnie jest to Gdańsk ul. Lazurowa, wydaje mi się że kiedyś było to Sobieszewo. Trafiamy na http://camping69.com/ Obydwoje twierdzimy że jeden z najlepszych na jakie trafiliśmy, cena podobna to tego na mazurach, z tym że jest kuchenka, darmowa łazienka i właściwie wszystko co może być potrzebne i recepcja 24h, naprawdę godny polecenia. Do tego numer również ciekawy Rozbijamy się gdzieś w rogu jak zawsze: i jest morze, już obydwoje chcieliśmy je w końcu zobaczyć: Jeszcze patrzę co można zobaczyć w okolicy przez oczko aparatu: O kurde piach się przykleił i w dodatku palec mi zarasta Trójmiasto odpuszczamy, w tym miejsce przez kilka dni zajmujemy się nic nierobieniem. Zrobiliśmy sobie jedynie wycieczkę pieszą do rezerwatu nad ujściem Wisły, gdzie przez lunetę można było zobaczyć foki
  19. 18 likes
    6 dzień. W nocy trochę pokropiło, ale poranek przywitał nas ładną pogodą. Kolejność wiadoma: siusiu, śniadanko, ząbki, pakowanie bambetli i w drogę! O dziwo, pomimo tak licznej ekipy kolejność i sprawność wykonywanych czynności jest nienaganna. Wkrótce cała ekipa szwędaczy jest gotowa do drogi. Pierwszy przystanek dzisiejszego dnia to Uła, senna mieścina, a raczej wioska. Zapewne niewielu jej mieszkańców wie, że w 1579 znajdował się tutaj zamek, a raczej warowny, drewniany gród zdobyty w tymże roku przez Polaków. Szkic zamku. Dzisiaj w centralnym punkcie byłego grodu znajduje się cerkiew. Tankujemy paliwo na jakiejś stacji i ruszamy dalej, dzisiaj będziemy jechać samymi zadupiami, więc nie ma co liczyć, że szybko napotkamy kolejną stację. Lejemy do pełna i w drogę! Dzisiejsza trasa to chyba najtrudniejszy dzień wyprawy, w sumie przed nami ponad 200 km szutrów, najpierw suchych, a potem to już rozmiękłych w strugach deszczu… Tereny przez które jedziemy są praktycznie bezludne, to kres, kresów Białorusi, jej północno wschodnie rejony, tuż przy granicy z Rosją. Zdjęć robię niestety niewiele. Jedziemy godzinami, szutry, szutry, szutry. Czasami szutry zamieniają się w polną drogę… Po kilku godzinach takiej jazdy Przemek rzuca: może już skręćmy na asfalt, na główną drogę? Nie da rady, my już jedziemy główną drogą… Do asfaltu i cywilizacji mamy ze 100 kilometrów… Nie mam zdjęć, teraz żałuję, że nie zrobiłem stopa dla kilku fotek. Widoki były niesamowite, bezludne tereny, opuszczone domy, a nawet całe wioski, czasami wioska, którą widziałem w nawigacji była polem łubinu w bezkresie lasów i bagien. Tutaj można poczuć smak Kresów… Po kilku godzinach jazdy docieramy do wioski gdzie są mieszkańcy i sklep To właściwa pora i miejsce na postój, odpoczynek i jadło. Kawalkada tylu motocykli na takim zadupiu musi budzić pewną sensację, wkrótce podchodzi do nas starszy jegomość, w ręku wiaderko – wiadomo, woda bieżąca tylko w jednej studni we wsi. Obraca kilka razy do domu z wiaderkiem i w końcu do nas podchodzi. Nie wygląda na wioskowego chłopa, zadbany, uczesany i ręce pomimo sędziwego wieku nie wydają się by zaznały fizycznej pracy. Wie, że Polacy, rzuca krótkie pytania niczym śledczy KGB: skąd, po co, gdzie i dlaczego. Mówi coś o Iwanie Groźnym, Armii Radzieckiej i wdzięczności jaką powinniśmy darzyć naszych oswobodzicieli spod hitlerowskiego jarzma. Widać, że bierze go kurw, pewnie po raz pierwszy widzi Polaków, oczywiście pewnych siebie, roześmianych i buńczucznych. Czary goryczy dopełniał zapewnie fakt, iż zdaje sobie sprawę, iż każdy z motków był więcej wart niż jego chata do której nosił wodę. Ale tym bardziej był agresywny i wojowniczy. No ale trafiła kosa na kamień. Oczywiście jako pierwszy harcownik do boju ruszył Kaes, rozpoczynając polityczną debatę. Po chwili na środku wioskowej drogi rozpoczęła się głośna polityczna dyskusja. No, ku…a pięknie, zaraz się zbiegnie cała wieś i będzie mordobicie. Nieco uspokaja nas AgreSorek stwierdzając, że jak przyjdą w wieku naszego rozmówcy, to damy radę . Ostatecznie sprawę załatwia Przemek, przemawiając do gościa krótko i treściwie: spierdalaj chuju! Podziałało. Tym miłym akcentem żegnamy wioskę, wsiadamy na motki i jedziemy dalej. A dalej tylko szutry, szutry i w końcu deszcz, na dodatek w niektórych motkach zaczyna kończyć się paliwo. Desperacko jedziemy dalej, mając nadzieję, że w końcu trafimy na jakąś stację, przecież to niemożliwe, aby tutejsi mieszkańcy dojeżdżali 100 km po paliwo… Jest stacja! Tankujemy i w drogę, ale … w strugach deszczu. Rozmiękłe szutry nie są najlepszym podłożem do jazdy, motkami wozi na lewo i prawo. Jedyna rada: zapier…ć. Widzę zmęczenie w grupie, to zrozumiałe, jedziemy już z 8-10 godzin i to w dość trudnych warunkach… Po jakimś czasie docieramy do asfaltu, którym można dojechać na zaplanowany nocleg w hotelu w Połocku. Lecz ja mam inne plany, chcę dotrzeć do pewnej niewielkiej i zapomnianej wioski. Jestem zdeterminowany, muszę tam być. Rozdzielamy się, do hotelu tylko rzut beretem, więc większość jedzie na zasłużony odpoczynek. Zostajemy w cztery motki. Ruszamy po błotnistej drodze ku zagubionej wiosce leżącej na szlaku wypraw Batorego… Sokół. Dzisiaj ta nazwa pewnie nie mówi nic okolicznym mieszkańcom. Była tu twierdza, drewniana, wybudowana przez Moskwicinów w 1566 roku, kiedy zdobyli te tereny na Rzeczpospolitej. Dzisiaj będziemy nocować w Połocku, który z rąk moskali został odbity przez Batorego w 1579 roku, po miesięcznym oblężeniu. Lecz największy dramat pierwszej wyprawy Batorego (której efektem było właśnie odbicie Połocka) wcale nie odbył się pod murami Połocka, lecz tutaj w tej położonej w widłach rzek twierdzy oddalonej o kilkanaście kilometrów od Połocka. Oblężenie Połocka trwało ponad miesiąc, zapamiętali je dobrze piechurzy niemieccy zwerbowani przez Batorego na wyprawę. Którejś nocy popili się, pech chciał, że tej nocy Rosjanie zrobili wypad z twierdzy, biorąc pijanych Niemców w niewolę. Z jeńcami postąpiono okrutnie, przebito im brzuchy, przewleczono liny i zawieszono na murach, by godzinami konali na oczach atakujących… Takie czasy… Połock padł. Obrońcom pozwolono odejść, ale kurw wśród wojska pozostał. Żołnierze chcieli zemsty, a potencjalna ofiara i sprawca odeszli wolno. To już teraz wszyscy się domyślają co wydarzyło się pod twierdzą Sokół. Zemsta rozkoszą Bogów… Połocka broniło ok. 10 000 ludzi, zginęło ok. 1000. Sokoła broniło 5000 Moskali. Sokół był drewnianą twierdzą, a na nie mieliśmy swoje sposoby, strzelano do niej rozżarzonymi kulami. Po kilku godzinach ostrzału twierdza stanęła w płomieniach, a jej załoga rzuciła się do ucieczki. Na to tylko czekali atakujący - jazda polska i piechota niemiecka zapędzały nieszczęśników z powrotem do płonącej twierdzy. Nie brano jeńców, widowiskiem i zemstą stało się mordowanie przeciwników. Ginęły ich tysiące, tylko niewielu udało się przedrzeć przez nurty rzeki, bo i tam czekali rządni krwi zdobywcy. Skalę dramatu potęgowała szczupłość miejsca na którym rozegrał się cały dramat, to obszar zaledwie 300x300 metrów. Pod Sokołerm w ciągu kilku godzin zginęło pięć razy więcej Moskali niż w trakcie miesięcznego oblężenia Połocka… Odwiedzając wioskę stanęliśmy w pobliżu fosy otaczającej niegdysiejszy zamek, tyle zostało z miejsca w którym wydarzył się największy dramat pierwszej wyprawy Batorego… Deszcz przestał padać. W promieniach słońca w cztery motki dojeżdżamy do hotelu. Jesteśmy wykończeni całym dniem jazdy, docieramy na miejsce. Ulga. Wyciągam z sakwy pół litra jakiejś białoruskiej wódki, którą wożę od wczoraj w sakwie, a która jakimś cudem nie stłukła się na tutejszych bezdrożach. Puszczam ją w ruch pomiędzy kompanami towarzyszącymi mi do końca. Nie zdejmując kasków pijemy z gwinta. Po chwili butelka zostaje osuszona, to był piękny dzień. Białoruska rzeczywistość. Ekipa „hotelowa” i „szwędaczy” w komplecie. cdn.
  20. 18 likes
    Po dojechaniu polną drogą przez las na nocleg na działkę Siergieja, znajdującą się gdzieś po środku bezkresnych lasów Parku Berezyny czuję pewną ulgę. Po dwóch dniach bardzo intensywnej jazdy czeka nas dzień wypoczynku. To nic, że nie ma prądu, ani bieżącej wody, a w zamian są roje komarów i meszek. Mycie głowy to wspaniały luksus nawet i w takich warunkach. Domek i działka Siergieja znajdują się na leśnej polanie, która niegdyś była ludną wioską, teraz stoi tylko jeden dom – Siergieja, a z sąsiednią wioską łączy go zarastająca ścieżka, którą właśnie przyjechaliśmy. Miejsce to urokliwe, gdzie fizycznie odcinamy się od cywilizacji. Jak dla mnie jest genialnie i myślę, że to nie tylko moje odczucia… Namioty rozstawiamy przy akompaniamencie brzęku roi komarów, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Potem to już standard: piwo, kolacja, nocne pogaduchy i walę się jak kłoda w namiocie. Budzę się dopiero nad ranem, kiedy jakiś kret, akurat właśnie pod moim namiotem postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza… Ten dzień to całkowity chillout. Każdy może robić co chce, jedni mają niedosyt jazdy i szutrują po okolicy, drudzy per pedes idą na zwiedzanie sąsiedniej, opuszczonej wioski. Ja z Przemkiem pozostaję w trzeciej grupie – zajmujemy się degustacją. Przedtem jednak wraz z Przemkiem i Siergiejem jedziemy jego samochodem po wodę i zaopatrzenie dla całej ekipy do najbliższego sklepu (jednorazowo to pani w sklepie pewnie już dawno nie miała takiego utargu) . Ku uciesze ekipy, Siergiej wyciąga z garażu swojego motura. Do następnych fotek niezbędny jest podkład muzyczny: Ogólnie, to byczymy się, szwędamy po obejściu, nikt nie narzeka na nudę. Czarek i Przemek dokonują prezentacji liofilizowanej żywności. Potem to już ognisko i dłuuuuga kolacja. . Mięsiwo było pieczyste, było i gotowane, były i ogóreczki… Sprawami kulinarnymi zajmował się Kaes. Do wyboru, do koloru. I najważniejsze: były długie, polsko-białoruskie przy ognisku rozmowy. Nasz gospodarz – Siergiej, któremu jesteśmy niezmiernie wdzięczni za okazaną gościnę. Wiemy, że to specjalnie dla nas przygotowałeś całe obejście. Z pewnością będziesz czytał relację, więc korzystając z okazji jeszcze raz: bardzo Ci dziękujemy i gorąco pozdrawiamy! c.d.n.
  21. 18 likes
    Hej, My klasycznie, na pierwszy trip do Rumunii ;) Można paczeć jak świeżaki łapią gleby ;D pzdr!
  22. 18 likes
    Google twierdzi, że poniższe zdjęcie zostało zrobione o 5:30 rano. Nie wiem, z pewnością ja byłam wtedy w ciepłym śpiworze w namiocie. Mimo bliskości wody, noce są ciepłe i suche, fajny ten wrzesień ;) poranne mgły: rano ruszamy znów na track, mniej więcej równolegle do DK 22, w kierunku Chojnic. Może w końcu uda się dotrzeć na te legendarne Kaszuby ;) Betonowa droga z lat 30.tych i ochrona przeciwczołgowa. Ciekawe, czy jeszcze działa ;) W okolic Bornego musimy jeszcze powalczyć z drogami leśnymi (ale dopuszczone do ruchu), gdzie na szutrze znajdują się resztki asfaltu, niekiedy wystające na 10 cm. Slalom to mało powiedziane. Ale dalej jest lepiej. Niekończące się leśne dróżki Jagna i jej ulubione wersja of fu, czyli lajt-off ;) Gdzieś przed Człuchowem trafił nam się ulubiony motyw tracka robionego palcem po mapie, czyli oficjalnie droga jest, a realnie, no cóż ;) Ale przecież widać, że jakiś traktor jechał jakiś czas temu, no to co, ja nie dam rady? Ale kilkaset metrów dalej krzaki były wyższe od Rafa, więc wybraliśmy jazdę ścierniskiem. Obiad w Chojnicach i kierujemy się na północ. Można powiedzieć, że w końcu jesteśmy na Kaszubach! Pogoda robi się bajeczna: Tylko ciut offa nam zakostkowali! Jedziemy cały czas na północ wzdłuż jeziora Charzykowskiego: Dróżki rewelacyjne Raf szaleje na KTMie, moja DR tyle nie wyciąga ;) Nie wiem, po czym takie czerwone rżysko: (ale z chęcią się dowiem ;) ) Taaa daaaam! Swornegacie do już stuprocentowe Kaszuby! ruszamy w szuter-autostrady (legalne!) na północ. Mostek nad Brzycą: Piękne lasy, piękne szutry, piękne Kaszuby. Laska też piękna ;) W lasach są zagubione małe wsie, albo pojedyncze gospodarstwa. Układając tracka, byłam pewna, że w dużej mierze prowadzi lokalnymi asfaltami (tak wyglądało na zdjęciach satelitarnych), a tu proszę - piękne szutry i piachy! Jedna z takich zagubionych wioseczek: Myślałam, że do Kalisza ciut dalej ;) I w prawo ładnie, i w lewo! Jadąc trackiem na północny wschód widzimy dziesiątki pięknych dróg we wszystkie strony. Jest potencjał na dłuższe latanie! cdn
  23. 17 likes
    No to lecimy z tym koksem. Tak się kręcę i kręcę po tych moich przydomowych okolicach i co nóż coś nowego odkrywam, albo wracam w ulubione miejsca. Tym razem padło na Beskid Niski, a wycieczka zaplanowana w towarzystwie starego kompana z lat szkolnych który stał się od niedawna posiadaczem zacnego Dakar-a, i tym samym nowym kompanem do wycieczek ( szkoda ze z Tarnowa ), ale damy radę. Umawiamy się wiec tak mniej więcej dla każdego po drodze, w Jurkowie nad zalewem o jakże oryginalnej nazwie - Chorwacja. , na początek skoro dojechały naklejki to od razu robimy "inicjację" Dakara to ja tez skorzystałem z okazji i walnąłem sobie naklejkę która jeździ od prawie roku w tangbagu I lecimy. Żeby sobie urozmaicić dojazdówke fundujemy sobie przeprawę Potem chwila dla reportera z widokiem na zaporę w Czchowie i odwrót na pierwsze w tym dniu szuterki Jadąc dalej w kierunku Ropy trochę za późno skręcam, ale jakaś droga jest ( przynajmniej na mapie ) Niestety jak się później okazuje nie pierwszy raz na tej wycieczce zmuszeni jesteśmy do odwrotu, poza asfaltem i szutem jest tak mokro ze zawracam z leśnej drogi po 10 metrach, ale jazda w zaparte na ślepa drogę rekompensują widoki ... Kolejny punkt trasy - Zapora Klimkówka i podobno niedaleko są Łosie , tyle ze z parkingu z tzw. punktem widokowym nie wiele widać, trzeba by kawałek iść, a my chcemy jeździć, nie chodzić wiec jedziemy dalej. Kiedy tylko wyglada ze da się przejechać wybieramy alternatywne, ale ciekawsze drogi Plan jest taki żeby dojechać do Południowej granicy Polski, tam gdzie na mapie nie ma już drogi. i finalnie udaje się dotrzeć do niezwykle malowniczego miejsc na kocu Polski Bilans bardzo udanej niedzieli: 340 km, kilka miejsc w które warto było by kiedyś wrócić, sporo udanych fotek i jeszcze więcej niezapomnianych i nieuchwyconych widoków.
  24. 17 likes
    Podsumowując moje poszukiwania - tak jak już pisałem wcześniej, kupiłem KTMa. Jest coś tam do zrobienia, ale generalnie ładny motocykl. Ma już wszystko, co mi w sumie może się przydać - stelaże pod kufry, bak safari 14 litrów, owiewkę i stelaż, na którym chyba był kiedyś roadbook, a teraz można zainstalować nawigację. Dzięki wszystkim za rady, opinie, rozmowy telefoniczne. Sam nie wiem ile piw mam postawić, chyba przy każdej okazji muszę coś mieć w plecaku
  25. 16 likes
    25-08 - w dzisiejszej relacji zobaczycie Państwo: imieninowe szaleństwa w Czarnogórskim Kotorze, przejazd w upale do Bośni i Hercegowiny, zakwaterowanie w owocowym, rajskim sadzie w Mostarze. Oraz uwaga! Uwaga! Po drodze spotkali dwóch chłopaków: Holendra i Nowozelandczyka, którzy jadą przez cały świat skuterami Vespami z lat 50-tych, chłopaki są w drodze od 11 tygodni i planują podróż na 2 lata. Nasze pięcioraczki dołączają do skuterów i szybko na żywo ich nie zobaczymy, ale jakich zdjęć się naoglądamy... uhuhu.... 26/08 - Wiem! Wiem! Wszyscy są już znudzeni, ile można drażnić przodowników pracy, którzy tylko na chwilę zaglądają na fb, to już ich 13 dzień podróży, więc w expressowym skrócie: dziś zwiedzali bajkowy Mostar w Bośni i Hercegowinie, upał, ponoć w mieście 40st. Nocują w sadzie, który już znamy z wczorajszych zdjęć, jutro w planach Medziugorie, ciekawe czy mają tam różańce z drzewa różańcowego. 27/08 - Dziś Telexpress, prowadząca: Marta Chaliburda Bośnia i Hercegowina, Chorwacja i znowu Bośnia i Hercegowina. Medjugorue, Jajce i Banja Luka. Upał nas nie opuszcza. Najpierw drużyna strażacka w gotowości. Potem gotowość w modlitwie. W Bania Luce gotowi z Zoranem- właścicielem hostelu - pić piwo "Jelen". Bania Luca z Zoranem w hostelu "Topić" - nie utopił, więc może "Topić" znaczy "to pić" - a to to tak! 29/08- wczoraj nie było relacji, bo nie mieli wifi, a dziś... Dziś u mnie w pracy była ewakuacja biura, a ja awansowałam na koordynatora ewakuacji (jak zwykle fucha charytatywna, jak i wiele moich pozostałych - ja królowa biznesu). Syreny wyją ioo! ioo! iooo! Ja w odblaskowej, stylowej kamizelce walczę o złote skrzydła ratownika, kieruję wszystkich na miejsce zbiórki, ratuję im życie, bo przecież spłoną żywym ogniem, a tu nagle.... chrum...chrum...chrum - już wiem, że to mój wyciszony dzwonek, który jakoś przez przypadek samoistnie mi się zmienił, może wtedy jak przysiadłam na torebce. Zaglądam, bo przecież co tam, że zgiełk, że połowa współpracowników zagubionych jak z serialu "Lost" i nie wie co ma ze sobą zrobić, ja chcę wiedzieć kto to i czego chce... No i sami popatrzcie...
  26. 16 likes
    Trzy dni na GSiku.... sumarycznie ponad 1000km, piękne trasy i pewno z tysiąc zakrętów wiec postanowiłem się podzielić.... Plan był taki żeby pierwszego dnia zaraz po pracy pognać do Szarocina obok Kamiennej Góry (tam mój kolega kupił gospodarstwo rolne i zapraszał od dłuższego czasu). Oczywiście warunek taki żeby unikać głównych dróg, ludzi, samochodów etc.... Trasa przebiegała tak Aż do granicy całkiem średnio... tzn duży ruch... ale później ku mojej dużej radosze było już dużo lepiej....coraz lepiej... a później już nawet bosko. kawałek po przekroczeniu granicy widoki zaczęły być boskie. Od Zlotej Hory do Starego Mesta prawdziwy cymesik... Jakość drogi jakby dedykowana dla Trolika :). Samochodów za to z tego powodu zero. Bo co Trolikowe niech będzie Trolikowe a co asfaltowe niech będzie dla innych :). ... jeszcze z innego ujęcia i wspinamy się dalej aż do przełęcze Płoszczyna i wjeżdżamy do Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego.... Pogoda również cymesik :). Przejazd przez przełęcz płoszczyna i znów strona polska... też urocza. Nooo i znany wszystkim kamyczek.... Trochę się bałem że runie przygniatając mojego rumaka a ja będę musiał piechotką dymać do domu ale ostatecznie ludzie zabezpieczyli go patyczkami z lasu.... odetchnąłem z ulgą i pozwoliłem sobie pstryknąć fotkę Później znów strona czeska... kolejna granica i ostatecznie o 20 byłem w Szarocinie. Zwracam uwagę na kompleks pocysterski w Krzeszowie. Jak będziecie tamtędy przejeżdżać należy się tam zatrzymać. Ogromna bazylika, mauzoleum piastów śląskich, podziemia itd. Otwarte do 18stej. Jeśli chodzi o turystów to rozpracowane od a do z. Zajmą sie Wami profesjonalnie. W Szarocinie... no cóż. Nie wiedziałem się z kolegą z 10 lat. "Opowiadania" było dużo tak więc rano nie mogłem wyruszyć na pętlę karkonoską zbyt wcześnie :). Z drugiego dnia zdjęć nie ma zbyt wiele.... jakoś zawsze wolę się napawać widokami niż mącić sobie te chwile wyciąganiem czegoś na czym można uwiecznić te chwile. W każdym razie było tak... przełęcz Okraj, Mała Upa i aż do Szpindlerowego Młyna.... Zapora w Szpindlerowym to w zasadzie jedyna większa atrakcja.... Samo miasteczko to raczej kurort narciarski. Pogoda jak widać niezbyt ale na szczęście ani kropla deszczu na szybkę przez cały dzień nie spadła. Dalej przez wioskę Benecko, Vitkowice, Rokitnice później trasą 290 w Czechach aż do Nowego Miasta nad Smrekiem.... (nota bene trasa zaskoczenie.... baardzo malownicza). Później na Świeradów Zdrój.... na smaczną wodę.... Pijalnia wody bardzo ładna.... Po piciu powrót do Szarocina.... na picie. Niedziela rano... powrót.... trasą trochę inną (przez Nachod potem Ceska Cermna, Borova, Novy Hradek, Olesnice w Orlickich Horach do trasy 310 i tą jędziemy aż do 311).... i odziwo.... proszę..... Trasa 311 leci wzdłóż granicy..... w zasadzie to trasa równoległa do naszej Trasy Sudeckiej tyle tylko że duuużo dłuższa i wg mnie dużo ciekawsza i ładniejsza. Jedziecie, jedziecie i nic.... wąska droga, dużo zakrętów widoczki jak ta lala, samochodów zero i od czasu do czasu motocyklista. Aaaaa co kilkanaście kilometrów wioska i karczmą.... w jednej sam się posiliłem. Trasa 311.... Dalej do 312 i zadupiami w kierunku Głuchołazów..... aż tu nagle.....zakaz wjazdu. Chwila namysłu i jadę.... już wiem dlaczego był zakaz wjazdu:). Boczkiem po kamieniach oczywiście się udało.... Później już miało być prosto i raczej nudno.... na trasę 44 bo kupę serpentyn aż do Jesionika i dalej do domu. I kurde zaś zakaz wjazdu. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem okrągły biały znak z czerwoną obwódką olałem i jadę dalej.... droga w remoncie... trochę maszyn drogowych i perfekcyjny nowy asfalt.... W głębi ducha śmieję się z innych że nie pojechali tak jak ja.... Kawałeczek dalej jednak już wiedziałem że pomysł jednak nie był za dobry..... Zabłyskało coś na niebiesko.... czeski punkt sprzedaży mandatów. Pan pyta czy nie znam że tutaj jest zakaz no to mu odpowiadam że znam i pytam czy będzie pokuta. On że będzie. Więc pytam ile. On 500 korun czeskich. Mówie że mam tylko 200 (zostawiłem na piwko które miałem kupić tuż przed granicą). Na co on machnął ręką i stwierdził "dwieście też je dobre". Pokuta jak widać zapłacona a dalszy powrót do domu obył się bez przygód. Niestety wieczorkiem musiałem się napić polskiego piwka. Ostatecznie też nieźle. Ten weekend uznaję za niezwykle udany. A jakby tak ktoś chciał ze śląska lub okolic się gdzieś karnąć w weekendy to zapraszam....map Ci u mnie do oporu... pomysłów mnóstwo chęci i zdrowie póki co dopisują.....
  27. 16 likes
    Wyjazd udał się wyśmienicie, pogoda dopisała, widzieliśmy sporo fajnych miejsc, do których warto będzie wrócić. Wrzucam kilka fotek uzupełniających relacje kolegów. Zajazd znany niektórym z ubiegłego roku. Wygląda podle, ale żarcie i wyroby do kupienia pierwszorzędne. Zjedliśmy gołąbki w sosie grzybowym, a ze sobą zabrali słoiczki z mięsem i kiełbasę. Dojazd do Wetliny przez Roztocze bardzo fajny, zajął nam cały dzień, ale o to przecież chodzi. Przy okazji można zauważyć różnicę między dobrym assistance jego brakiem. Poza tym była głównie jazda, a czasem trochę żarcia i gadania. Z mojej strony tyle, zapewne jeszcze pojeździmy we wspólnym gronie. Za jakiś czas pewnie powstanie jeszcze jakiś filmik, to wrzucę na forum.
  28. 16 likes
    Na początku 1945 żołnierze niemieccy opuścili Groß Born, po czym zajęła je Armia Czerwona. Utworzono tu doskonale strzeżoną bazę Północnej Grupy Wojsk. Mimo że obszar ten został w 1945 formalnie włączony do Polski, a w ewidencji gruntów figurował pod nazwą „tereny leśne”, to faktycznie był on oderwany od Polski. Do 12 października 1992 wojsko radzieckie (później już rosyjskie) liczyło 15 tysięcy żołnierzy. W kwietniu 1993 miasto zostało przekazane polskim władzom cywilnym i rozpoczął się proces zasiedlania. Teraz miasto liczy prawie 4,5 tys. mieszkańców. Borne to schludne, ładnie rozplanowane miasteczko składające się z kilkudziesięciu bloków – przedwojennych koszarowców. Na mnie zrobiło wrażenie nieco sanatoryjne ;) Podobno przeprowadziło się tu dużo górników na emeryturze, może dlatego ;) Nico gorzej jest na obrzeżach, gdzie można znaleźć jeszcze niezamieszkałe budynki, choć nie są to jakieś rozpadające się ruiny. Po prostu opuszczone budynki. Najważniejsze dwa „zabytki” niestety są w najgorszym stanie. To ruiny (w zasadzie fundamenty) willi Guderiana – jednego z najważniejszych hitlerowskich generałów, oraz kasyno. Pamiętam, jak w 2003 był to po prostu zamknięty budynek – do remontu. A teraz? Ehhh… Kolejny przykład, że trudno zmusić osobę prywatną o dbanie o zabytki… a w środku takie smaczki, jak sala koncertowa na 1000 osób. Chyba nie musze pisać, że Rosjanie oddali nam to w stanie bdb? Tu jeszcze przedwojenny stan: Na szczęście większość budynków w mieście jest użytkowana i wygląda tak: Choć da się zauważyć mnóstwo mieszkań na sprzedaż. Dla zainteresowanych całkiem fajny artykuł. my postanawiamy zajrzeć na leśne pole namiotowe, którego koordynaty mamy w Garminie. Zakupy w Biedronce (motków pod sklepem pilnuje nam miejscowy żulik-inteligent, przy okazji przeprowadzając z nami bardzo interesującą rozmowę), tradycyjnie śledź w tomatach w puszce + białe wytrawne i możemy jechać. Jedziemy na zachód, betonową drogą, zapewne również made in III Rzesza. Gdzieś po prawej nad jeziorem Pile, ma być pole. Tyle, że nie ma żadnej drogi w bok. Coś nie tak. Już mam zawracać (niestety mapa leśnych pól namiotowych online na telefonie nie chce działać i nawet nie ma jak sprawdzić), gdy Raf zauważa ścieżkę w bok. I nawet po kilkuset metrach jest znak „do pola namiotowego” A pole normalnie pięciogwiazdkowe! - a kupiłaś zapałki? - eeee, myślałam, że Ty kupisz… No pięknie. mamy kuchenkę, mamy garnczek od Kuby i co?? Znów będziemy skazani na wino? I bez ogniska? Mamy jednak szczęście. Na pola zajeżdża na chwilę terenówka, a my napadamy kierowcę z pytaniem o zapalniczkę. Jesteśmy gotowi odpalić nawet papierek od zapaliczki samochodowej, kiedy pan z uśmiechem wręcza nam zapałki. Miłego ogniska! Uff, znów nas ktoś „ratuje” ;) I możemy spędzić romantyczny wieczór przy ogniu, w środku lasu... cdn.
  29. 15 likes
    Niemcy chyba mało komu kojarzą się turystycznie. A szkoda. To wymarzony cel podróży, szczególnie dla tych, co lubią wszystko wiedzieć wcześniej i dokładnie planować. Każda atrakcja jest dokładnie opisana, ma swoją stronę www oraz ulotki w pięciu językach No i muszę się przyznać - mam takie wrodzone skrzywienie, że po prostu lubię ten kraj Kiedy więc pojawiło się pytanie „gdzie na długi weekend”, pomyślałam sobie o Niemczech. Rafa przekonałam obiecanką „będę Ci wszystko tłumaczyć na polski” oraz kolekcją starych motocykli. Oraz oczywiście górkami, za którymi wiecznie tęskni Padło na Saksonię, a dokładnie na pogranicze niemiecko-czeskie czyli Erzgebirge inaczej Krušnė Hory tudzież Góry Kruszcowe, o których nasłuchałam się na wykładach z mineralogii oraz geologii złożowej. Ale o tym już Rafowi nie mówiłam Do tego zupełnie przypadkiem tuż przed wyjazdem wpadła w moje ręce mapa „Aktrakcje turystczne w Saksonii” – po polsku, za darmo – i utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest tam co robić przez miesiąc. Samych zamków jest tam prawie 50! Jedziemy więc na saksy! (jeśli nie znacie tego powiedzenia – na saksy (głównie do Niemiec, ale i ogólnie na Zachód) jeździło się przed ’89 zarobić „prawdziwe” pieniądze. Wymawia się „zaksy” – ta jak „zaksen” czyli Sachsen/Saksonia) Niemcy to naród oszczędny, zatem my też podeszliśmy oszczędnie do wyjazdu i znaleźliśmy nocleg po stronie czeskiej, za to w cenie polskiej. Zresztą wioska Abertamy okazała się być poniemiecka, więc wielkiej różnicy nie było. Daleko nie mieliśmy – coś koło 350 km, trochę Niemcami, trochę Czechami. Na szczęście przestało padać tuż za polską granicą (ciekawe…). Pierwszy odcinek wzdłuż niemieckiego poligonu z polskimi tabliczkami „wstęp surowo wzbroniony” – ach, ci grzybiarze… Ciekawe, że po drugiej, polskiej stronie Nysy jest ogromny, „tajny” magazyn amunicji Pierwszy przystanek to zamek Stolpen na wschód od Drezna (51.048027, 14.083816). Zamek widoczny z daleka: Pewnie kojarzycie nazwisko hrabiny von Cosel. Ta kochanka polskiego (i saksońskiego) króla Augusta II Mocnego. Miała 36 lat, kiedy to znudzony nią król zamknął ją w twierdzy Stolpen. Na całe 49 lat – do śmierci. A teraz zamek reklamuje się hasłem „Stolpen. Już się nie uwolnisz”. Niemieckie poczucie humoru? Sam zamek liczy sobie około 800 lat. Góruje nad malutkim, sennym miasteczkiem, gdzie jedyna czynna knajpa była zarezerwowana na jakąś imprezę… Na rynku pomnik ze słupów bazaltowych, których w tej okolicy jest mnóstwo Co jest piękne w takich starych miasteczkach – ile widzicie reklam na budynkach?? Brama wjazdowa do zamku (z piaskowca): Dziedziniec dolny, ściany stanowią naturalne przedłużenie bazaltowych kolumn: a w ścianie kolumny pocięte na sześcioboczne plasterki (przepraszam, ale nie umiem w takich miejscach nie widzieć geologii ) od drugiej strony jak płotek: Dziedziniec górny: a do tego studnia o głębokości ponad 80 wykuta w bazalcie. Przez 4 górników, przez 28 lat. Gorzej, niż więzienie W lochach trochę rzeczy muzealnych, w tym całkiem przyjemna wystawa skał Podsumowując – dobrze wydane 6 EUR. Ale możecie się tam wybrać w swoje urodziny i będzie za darmo Wrzucamy na ruszt Kartoffelsalat i lecimy dalej. Może tam?
  30. 15 likes
    Tym razem nie zapłaciliśmy nic na nocleg, bo się Panu leśniczemu nie chciało zajrzeć na pole, a my nie chcieliśmy się narzucać ;) Ostatnia kawa na wyjeździe. Kuba, raz jeszcze dzięki za garnczek! W ramach rekompensaty możemy zdradzić patent na przyśpieszenie gotowania: Tu akurat była puszka po greckich gołąbkach z lidla, ale pewnie inna też się nada ;) Po śniadaniu stwierdzamy, że jakbyśmy się pośpieszyli, to na drugie śniadanie będziemy w domu, ale jak to tak byłoby bez offa ;) Ze względu na nieplanowany spływ kajakowy na początku wyjazdu mamy nieprzejechany kawałek Zbąszyń – Międzychód, jest więc okazja. Tyle, że mój prehistoryczny garmin nie ma opcji odwracania tracka, więc korzystanie z niego jest mega uciążliwe. Ale się da ;) Prawie jak w domu ;) Pamiętam tę drogę z lat 90.tych, kiedy to z przyjaciółką, chyba po drugiej klasie LO, wybrałyśmy się „w Polskę” rowerami. Była straszna susza, a droga do Starej Jabłonki tak piaszczysta, że kilka km musiałyśmy rowery pchać. To była wyprawa! W dodatku chyba pierwsza w życiu samodzielna i od razu na dwóch kółkach! :) Dziś droga zupełnie inna, wysypana szutrem… Naprawdę byłam tu ponad dwadzieścia lat temu??? Ze Zbąszynia jedziemy już bocznymi asfaltami, zahaczając o moje „rodzinne gniazdo” czyli gospodarstwo, które jest w rękach mojej rodziny od co najmniej XVIII wieku, teraz prowadzone przez kuzyna. Po obowiązkowym niedzielnym cieście uciekamy (skutecznie) przed deszczem do domu. I od razu wpadamy w wir pracy, najpierw przejeżdżając przez rozbudowywany węzeł Zielona Góra Północ (gdzie Jagna ma nadzór) a później wizytując winniczkę na ogrodzie. Najwyższy czas na winobranie! The End ------------------ Drogi czytelniku – tę relację pisało mi się szczególnie miło, widząc spore zainteresowanie takim niezbyt spektakularnym, zwykłym wyjazdem po Polsce. Choć nieprawda – każdy wyjazd może być niezwykły. I na taki zwykły – niezwykły wyjazd Kaszuby nadają się idealnie! Dziękuję za komentarze, uwagi, opisy. I zabieram się za poprawianie tracków ;) Do usłyszenia!
  31. 15 likes
    Przejechaliśmy offem (no dobra, lajtoffem ;) ) całkiem spory kawałek i szczerze mówiąc jesteśmy całkiem zmęczeni. Ja ogólnie, a Raf narzeka na kanapę (było sprzedawać Afrykę?), a dokładniej na stan swoich czterech liter. Podczas wieczornych zakupów w Kartuzach zapada decyzja. Szukamy czegoś pod dachem i zostajemy na 2 noce, żeby jutro polecieć na pusto na Hel. Hel jest niespełnionym marzeniem człowieka z południa, czyli Rafa ;) Znajdujemy pierwszy lepszy nocleg na Google Maps i okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Ładny pensjonat na skraju Kartuz, a właściciel enduro-maniak ;) Bardzo podoba nam się śpiewny kaszubski akcent (choć z kaszubskiego słownictwa słyszymy tylko „jo” na końcu każdego zadania ;) ) Wieczorem stwierdzamy, że DR nie ma już w zasadzie z przodu kostek. W teren może jeszcze, ale na asfalcie katastrofa. A tu planowane odwiedziny w Białej i asfaltowy powrót do domu, czyli jakieś 1000 km razem. A w domu opona wyglądała na taką, co jeszcze pożyje… Co robić? Kombinujemy, myślimy, googlujemy, piszemy na forum. Tymczasem rozwiązanie czai się za rogiem w postaci sklepu Hard Enduro w Kartuzach ;) Jo! Rano zamawiamy oponę i ruszmy na Hel. To co jest musi starczyć ;) W pięknych okolicznościach przyrody i pogody postanawiamy wyregulować łańcuchy DRkowy wygląda ok., ale szarpie. Po podciągnięciu przestaje ;) Problem braku klucza 24 rozwiązujemy z pomocą 2 złotych: Słaba ta polska waluta, naprawdę ;) Teraz czas na KTMa, prosto po pierwszym przeglądzie. Nie wiemy, czy panowie z serwisu sprawdzali napęd i czy używali przy tym klucza dynamometrycznego. Wiemy natomiast, do czego nadaje się KTMowy klucz z narzędziówki ;) Tak więc KTM pojechał dalej bez regulacji ;) Jo!
  32. 14 likes
    Aaaa... takie tam... taptarapta
  33. 14 likes
    Na prośbę Mili dodaję zdjęcie kotka.
  34. 14 likes
    Początkowo plan był taki, żeby z Rozanem poszwędać się w rejonie Bieszczad i Beskidu Niskiego. Niestety okazało się, że muszę być z powrotem jeden dzień wcześniej ze względu na pracę. Wyjazd na południe tracił więc sens, bo poświęciłbym dwa dni na dojazd po to, żeby poszwędać się dwa dni. Postanowiłem więc odwiedzić rodzinkę w Pruszczu Gd. jadąc do nich ofem. Plan był taki, żeby jechać półtora dnia w jedną stronę wraz z noclegiem w terenie. Pierwszy dzień zaczął się od kiepskiej pogody Wciąż uciekałem przed jakąś chmurą lub goniłem ją. W związku z tym było mokro i błotno, ale dało się jechać.Chwilami niebo rozjaśniało się i było całkiem ładnie Po drodze zaliczyłem kilka gleb i uszkodzenie tuby narzędziowej. Na szczęście udało mi się znależć narzędzia porozrzucane na drodze :-) Od czasu do czasu robiłem sobie przystanki nad różnymi jeziorkami. Po drodze odwiedziłem były poligon w Okonku. Chmury powodowały, że widok nie był najfajniejszy. Postanowiłem więc przenocować tam w drodze powrotnej. Często mijałem spiętrzenia wody z tamą. Nocleg wypadł mi w Małych Swornych Gaciach. Na dojeździe zaczęło padać, więc zalogowałem się na zamkniętym jeszcze polu namiotowym. Poranek za to był słoneczny, a cały namiot był biały od szronu - słabo to widać niestety na zdjęciu Miałem problem z ładowaniem telefonu, więc nie robiłem więcej zdjęć tego dnia bo potrzebowałem prądu do nawigacji. Z tego też powodu ostatnie 80 km musiałem jechać asfaltem. Jestem w domku :-) Następnego dnia po południu ruszyłem w drogę powrotną i of zaczął się już dwie ulice dalej. Kaszuby to szutrowy raj :-). Następne 3-4 godz. nie robiłem zdjęć, bo było po prostu zbyt zajebiście żeby zejść z motocykla. Cykli - dziękuję za sugestie trasy od Pruszcza do Kornego i okolicy :-)! Tyle szutrów w życiu nie widziałem. Tam są normalnie całe autostrady szutrowe, do tego piekne jeziora, pagórki i w ogóle zajebiście! Przez te wszystkie godziny przejechałem może 20 km asfaltem w celu dojazdu do kolejnej sekcji szutrowej Wieczorem zajechałem do Okonka w sam raz na zachód słońca Na nocleg wybrałem wiatę pod trybuną, z której komunistyczni siepacze z wypiekami na twarzy obserwowali pędzące zagony komunistycznych czołgów. Noc była trochę kiepska, bo głodny lis buszował w śmietniku i robił mnóstwo hałasu. Przegoniłem go kilka razy, ale przestał dopiero ok 3ciej. Po śniadanku ruszyłem dalej. Czasami trafiałem na takie drogi Trafiłem również na fajne miejsce - to taki mały ośrodek edukacyjny: środek powiatu drawskiego. oprócz wieży widokowej były tam tablice edukacyjne oraz przykłady znaków geodezyjnych. wszystko bardzo fajnie pokazane Podsumowując przejechałem ok 900 km, z czego jakieś 70-80% ofu. Motorek pięknie się sprawił, ale zauważyłem, że padły kierunkowskazy pod koniec trasy. W weekend będę się tym zajmował razem z nową tubą narzędziową. Byłem w różnych fajnych miejscach - zapomnianych przez Boga wioskach z dala od asfaltu, nad pięknymi jeziorami, na pięknych szutrach i zielonych polach i pagórkach. Po raz kolejny przekonałem się, że nie trzeba daleko jechać, żeby znaleźć się w w fajnych i ciekawych miejscach-wystarczy motorek z funkcją ofu :-) pozdrawiam trolik
  35. 14 likes
    Wrzucam Wam przetłumaczony przeze mnie artykuł o motocyklistce z Białorusi, która swoim F650GS wybrała się aby wykąpać w źródłach termalnych Islandii. Zapraszam. Dziewczyna, motocykl i nieprawdopodobna Islandia. Reportaż z północy Europy. 24 lipca 2016 Onliner.by Autor: Andriej Żurow. Foto: Jekatierina Archipowicz W tym roku malusieńka Islandia nagle stała się bardzo popularna dzięki swojej drużynie piłkarskiej, która to, wykazawszy upór i monolit, odniosła zwycięstwo nad Anglikami na mistrzostwach Europy. Z tego też powodu znana mińska motocyklistka Jekatierina Archipowicz (w kręgach motocyklowych znana jako Moto-Katrina) postanowiła udać się na wyspę znacznie wcześniej. Rozumie się, że swoim BMW F650GS. Co na nią czekało w 10-tysięcięcznej kilometrowej podróży? — Pokochałam ten kraj, kiedy zobaczyłam film „Sekretne życie Waltera Mitty”. Główny bohater jeździł na deskorolce i zwiewał od buchającego Eyjafjallajökull (jeżeli pamiętajcie, to ten nieduży wulkan narozrabiał zamykając powietrzny obszar w 2010 roku). Pejzaż na ekranie kina naprawdę robił wrażenie i wydawał się być narysowanym obrazkiem. Serce zabiło mocniej, i przyobiecałam sobie, że zobaczę to wszystko na żywo, — przyznaje dziewczyna. Według niej, nie jest ona totalną romantyczką, która może rzucić wszystko dla jakiegoś marzenia, ale zwyczajnym biurowym pracownikiem, podróżującym w czasie urlopu za zaoszczędzone pieniądze. Zbierała długo — ponad rok. — Na Islandię można dotrzeć na dwa sposoby: promem i samolotem. Drugi wariant dla mnie nie jest korzystny — zaznacza, pozostawał pierwszy, — kontynuuje motocyklistka. — Promową przeprawą pomiędzy Danią a Islandią zarządza kompania Smyril Line. Ogromna ośmiokondygnacyjna piękność Norrona dwukrotnie w tygodniu dostarcza wszystkich amatorów przygód z duńskiego portu Hirtshals do islandzkiego portu Seyðisfjörður (nazwy takie, że język można połamać!). Koszt waha się od € 300 do € 2000 i zależy od mnóstwa czynników. Jekatierina rezerwowała bilety wcześniej — prawie siedem miesięcy przed podróżą. Wybrała również najtańszy wariant — coś w rodzaju plackarty na pociąg, i na dwie noce to zupełnie wystarczyło. Przewóz motocykla wyszedł nieco taniej, niż samochodu. Na witrynie działa wygodny kalkulator cenowy. Jest jeszcze mały myk:, jeżeli weźmiecie bilety z 2,5 - dziennym przystankiem na Wyspach Owczych, to koszt wyjdzie poniżej € 150 — 200. — A Wyspy Owcze są godne odwiedzenia i nie mniej atrakcyjne, — zaznacza Moto-Katrina. — Właśnie tak zrobiłam — kupiłam bilet bezpośrednio do Islandii z przystankiem w Thorshavn (stolica Wysp Owczych) w drodze powrotnej. W sumie bilet w obie strony kosztował € 520 (nie drożej niż polecieć do Turcji). Do Danii motocyklistka jechała trzy i pół dnia. Trochę pojeździła po Berlinie, znalazła się w Hamburgu na meczu piłkarski nożnej Niemcy — Słowacja i uporała się z zepsutym akumulatorem w firmowym centrum serwisowym BMW, w tym samym czasie testując nowy model producenta — F700GS: — Prowadzi się cudownie, w dynamice w kilka razy żywszy od mojego, nieco za twarde siedzenie, doskonałe zawieszenie, mocne hamulce, ale bardzo bałam się wywrotki: podpisałam dokument o wpłacie € 2000 w razie uszkodzeń z mojej winy. Kilka godzin przed odprawą promu zaczęły ustawiać się długie kolejki rowerzystów, motocyklistów i automobilistów. — Umiejętności pracownikom przy załadunku można pozazdrościć. Wydaje się, że jakby całe życie dobrze grali w tetris. Odległość między samochodami — nie większe niż 10 centymetrów. Trzy pokłady skompletowane do pełna! Przy czym wiele osób jedzie do Islandii różnymi pojazdami. Zajęć na statku jest niewiele, dlatego wiele osób robi zakupy w sklepie Duty Free, mieszczącym się na piątym pokładzie. Na Norronie jest kilka restauracji, kino, basen, sala fitness, mini jacuzzi, sale gier, ale zgodnie z opinią Jekatieriny, to wszystko szybko się nudzi. - Kontakty z innymi turystami - to naprawdę korzystne zajęcie - powiedziała. Na kołysanie dobrze pomagają tabletki. Wieczorem drugiego dnia pogoda trochę się popsuła, okrętem kołysało, i nie wszyscy dobrze sobie z tym radzili. — Rano przybyliśmy do portu Seyðisfjörður, — mówi motocyklistka. — Kiedy prom podpływał do brzegu, tłumy turystów umiejscowiły się na górnym pokładzie, ale byliśmy bardzo rozczarowani, ponieważ niczego nie zobaczyliśmy z powodu gęstej mgły. Kontrola trwała dosłownie dwa-trzy minuty i polegał na tym, że w garażu proszono о przejazd po czterech motocyklistów. Tam pies obwąchiwał kufry. Nawiasem mówiąc, paszport i inne dokumenty dla właścicielki BMW skontrolowano tylko na granicy z Polską i więcej nigdzie: ani na promie, ani na kempingu czy w hostelu. — Chociaż na Wyspach Owczych obowiązuje specjalny reżim wizowy (formalnie one należą do Danii ale są autonomicznym terytorium i nie należą do strefy Schengen), ale tam również nikt o paszport nie prosił, — zauważa Moto-Katrina. —Żegnając się z towarzyszami podróży naciągnęłam płaszcz nieprzemakalny, ochraniacze na stopy i udałam się do Egilsstaðir (islandzkie miasteczko, w którym mieszka 2,5 tys. osób), — dla Jekatieriny podróż dopiero się zaczynała. — Pogoda nie rozpieszczała, tablice informacyjne mówiły o temperaturze +4 stopniach Celsjusza a z nieba lał intensywny deszcz. Przez następne trzy dni było jeszcze gorzej. Ale rozpościerające się widoki zmuszały aby na amen zapomnieć o wszystkim tym, co działo się wokoło. Przecież Islandia to fantastyczny kraj! Pierwsze kilometry zupełnie przeniosą was do innego świata (a może, to po prostu inna planeta?). Opisać widoki słowami jest bardzo trudno. No i aparat fotograficzny dobrze nie potrafi oddać całego bogactwa barw tego cudownego kraju. Każdy zakręt, każdy odcinek drogi nie był podobny do poprzedniego. Tutaj czarny wulkaniczny piasek zmienia się w surowe skały bazaltowe, a tam przepiękne fioletowe pola kwiatów, wartkie strumienie, wodospady i majestatyczne góry. I wszystko to już w pierwszym dniu podróży. Jedna z lepszych wskazówek — to, co stale chce się fotografować. Dziewczyna zmuszała się aby nie zatrzymywać, widząc kolejną owieczkę albo konie specyficznej islandzkiej rasy, których nie ma więcej nigdzie w świecie. Udało się to nie zawsze. — Pierwszego dnia, pomimo uprzednio ustalonego planu i obiecaniu samej sobie by nie łazić po bezdrożach, powoli lecz nie bez trudności dojechałam do najpotężniejszego wodospadu w Europie — Dettifoss. Dodam, że to tu nakręcono epizod do filmu „Prometeusz”, — opowiada Moto-Katrina. Numeracja dróg w Islandii jest prosta. Jest główna obwodnicą Nr 1, otaczająca brzegiem cały kraj. W 99,9% jest asfaltowa i doskonałej jakości. Przejechać nią można każdym pojazdem. Są drogi dwucyfrowe, i one zazwyczaj są również asfaltowe, ale nieco gorsze. Czasem spotyka się szutry, które nie są do przewidzenia. Jedzie się po dobrym asfalcie i nagle zauważa się odpowiedni znak. Trzycyfrowe drogi praktycznie wszystkie są żwirowe. A jeżeli przed dwoma albo trzema cyframi w oznaczeniu drogi stoi indeks F, to pchać się tam można tylko pojazdem z napędem na cztery koła, przed sobą ma się piasek, brody, ostre kamienie i inne radości dla amatorów offroadu. Do wodospadu Dettifoss z obu stron prowadzą trzycyfrowe drogi, większość jest podobna do starych desek do prania. Ale pięknie! Motocyklistka nocowała w okolicach malowniczego jeziora Mývatn (znajdującego się na północy kraju). W pobliżu niego są źródła termalne, podobne do słynnej Niebieskiej Laguny w pobliżu Reykjavíku. Wzdłuż dróg często spotykane są oto takie piramidy. Budowane są aby przynosiły szczęście i dawały wiarę, że budując taką piramidę, daje się życie małemu trollowi. — Rankiem odwiedziłam park Dimmu Borgir (w tłumaczeniu — „ciemna siła”) i najpiękniejszy wodospad Goðafoss (w tłumaczeniu — „wodospad boga”); przy przyjęciu chrześcijaństwa wrzucano do niego pogańskie bożki). Odwiedziłam miasto Akureyri (północna stolica Islandii) i wpadłam aby wykąpać się w najpiękniejszym basenie w miasteczku Hofsos, — melduje Moto-Katrina. Basenów w Islandii jest bardzo dużo, praktycznie w każdym mieście. Oznaczone są specjalnymi znakami, wstęp kosztuje od € 5 do € 10. W Hofsos jest basen godny uwagi, dlatego że jest położony na skale, a na dole rozciąga się Ocean Atlantycki. Po długich godzinach w deszczu i zimna jest bardzo pięknie i ciepło. — Następny dzień wypadł niezbyt pomyślnie. W planach było odwiedzenie przylądka Látrabjarg — nawiasem mówiąc, to najbardziej zachodni punkt Europy. To miejsce zamieszkane przez maskonury zwyczajne, uważane za symbol Islandii (bardzo sympatyczne ptaki). Po tym jak przejechałam ponad 300 kilometrów, nawigator zaczął uparcie kierować mnie na drogę z indeksem F, co całkiem nie było dobre dla moich drogowych opon. Musiałem zawrócić i dotrzeć do Reykjaviku. Na wjeździe do stolicy jest tunel Hvalfjörður, który łączy miasto z portem Akranes. Jego długość — 5770 metrów, a 3750 z nich przechodzi pod dnem morskim. Najniższy punkt tunelu — 165 metrów niżej poziomu morza. Przejazd jest płatny, dla motocykla koszt wynosi około 2 $, dla samochodów — od 10 $. Przy wjeździe do stolicy pogoda raptownie się poprawiła, wyjrzało słońce i ociepliło się do +9 stopni. Jechać było o wiele przyjemniej a i krajobrazy słonecznej Islandii były niezwykłe. Do czasu wyjazdu dziewczyna nawiązała kontakt poprzez stronę CouchSurfing z islandzkimi motocyklistami, którzy uprzejmie zgodzili się dać jej schronienie i pokazać okolice. Wreszcie przyszedł czas aby odwiedzić słynne w całym świecie termalne źródło Niebieska Laguna. To bardzo malownicze jezioro z leczniczymi błotami, barem i innymi rozrywkami dla turystów. Należy zauważyć, że tak po prostu nabyć bilet, i przyjechać tam nie można. Trzeba najpierw zarezerwować określony termin poprzez stronę internetową. Koszt — od € 50. Okolice Reykjavíku bogate są w gejzery, jeziora i inne przyjemne dla oka osobliwości. Tu motocyklistka po raz pierwszy poznała co to są te gejzery: — One mają wstrętny zapach stęchłych jaj, i potem właśnie po tym zapachu zaczniecie odnajdywać gejzery we wszystkich zakątkach Islandii. W dni wolne w mieście funkcjonuje pchli targ Kolaport. Z pozoru — zwykły second-hand, ale można niedrogo nabyć tam dzianinę z owczej wełny, ozdoby z kamieni wulkanicznych i wielorybiej fiszbiny, a także skosztować można legendarnej hakarl (narodowa potrawa, suszone mięso grenlandzkiego rekina). Świeże jest uważane jako trujące. — Przyznaję, że nie zdecydowałam się spróbować, — opowiada dziewczyna. — mają bardzo silny i ostry zapach amoniaku. Ale miejscowi mówią, że to najlepszy środek na wszystkie choroby. Jeść hakarl trzeba popijając narodowym napitkiem — brännvinem (to wódka z kartofli z dodatkiem kminku). W czasie podróży motocyklistka znalazła się na meczu piłkarskim Islandia — Francja. Śródmieście Reykjavíku wypełniło się kibicami, zgodnie kibicujących w szczególny sposób i głęboko przeżywających każdą akcję ulubionej drużyny. Ale Francuzi i tak zwyciężyli. — Dosłownie, policji praktycznie nie ma, — dzieli się wrażeniami właścicielka BMW. — Widziałam ich tylko dwukrotnie, i to w okolicach Reykjavíku. Na drogach stoją fotoradary, o których uprzedzają znaki, — i to wszystko. Pełna swoboda. Ale podobno, jeżeli złapią, to kary są ogromne. Zjazd z drogi w nieprzepisowym miejscu karze się mandatem do € 4000. Konsultując się z islandzkimi znajomymi Jekatierina postanowił przejechać się „złotym pierścieniem” Islandii (można go objechać w ciągu 3 — 4 godzin), a następnie udać się promem na archipelag Vestmannaeyjar i spróbować mimo wszystko znaleźć maskonury. „Złoty pierścień” składa się z Narodowego Parku Thingvellir, Doliny Gejzerów i wodospadu Gulfoss. Bardzo piękne miejsca, ale zatłoczone. W Dolinie Gejzerów najważniejszy — Strokkur. Sapie on za wszystkich współtowarzysz, co 5 — 7 minut wyrzucając strumień gorącej wody na wysokość do 30 metrów. — Prom na Vestmannaeyjar i z powrotem kosztuje koło 50 $, — mówi dziewczyna. — Wszystkie wyspy można objechać w cztery godziny. Ale przecież przyjechałam na poszukiwanie maskonurów! Krążąc kilka godzin i będąc zdenerwowana napisałam Islandczykom, że ktoś mnie oszukał, i że nie ma tu tych ptaków. Otrzymałam odpowiedź „stój tam, gdzie stoisz” po 5 minutach zaskoczona próbowałam nadążyć za niebieskookim Islandczykiem na czerwonym sportowym motocyklu, każącym mi jechać za nim. Doprowadził mnie na wysoką skałę, obok której już kilka razy przejeżdżałam, wskazał na urwisko i jaskinię w najniższej części i w mgnieniu oka zniknął za horyzontem. Zostałam sama z owieczkami i ze strachem patrzałam w dół próbując wypatrzyć pomarańczowo dziobych puffinów (angielski nazwa maskonurów). I praktycznie w najniższej części z jaskini znajdującej się w skale pojawił się pierwszy maskonur. Ostrożnie schodząc z 15 metrów, stałam bez ruchu i próbowałam sfotografować przystojniaka. Ale był za szybki i wzbił się w powietrze z charakterystycznym trzaskotem dzioba. W następnej godzinie puffiny pojawiały się wokół mnie co kilka minut, i nawet udało mi się zrobić kilka zdjęć. Jednym z najważniejszych turystycznych miejsc Islandii jest lodowiec Vatnajökull, zajmujący 8% powierzchni kraju i przylegająca do niego lodowa laguna Yekyulsaurloun. Jeszcze trochę o jedzeniu. Będąc w Islandii, po prostu musicie spróbować najłagodniejszej baraniny. Przygotować ją można na jednorazowym grillu (kupić ją można w sieciach supermarketów Bonus i Kronan). Przygotowuje się ją szybko, a zjada jeszcze szybciej. Lepiej uzupełnić menu narodowymi naleśnikami (bardziej przypominającymi pitę) — flatke. — Tydzień na wyspie zupełnie wystarczy, aby zakochać się w tym nieprawdopodobnym kraju, ale to bardzo mało aby całkowicie zanurzyć się w jego wszystkie tajemnice, — podsumowuje motocyklistka. — W drodze powrotnej spędziłam trzy dni na Wyspach Owczych, ale one zasługują na oddzielne opowiadanie. Na zakończenie kilka słów o wydatkach. Podróż wyniosła € 1800 wliczając przeprawę promową, przejazd płatnymi drogami, paliwo, nowy akumulator, pobyt i wydatki na żywność. Wszelkie pytania odnośnie podróży na Islandię i na Wyspy Owcze Jekatierinie Archipowicz można zadawać za pośrednictwem poczty — moto.katrina@gmail.com. Onliner.by zastrzega sobie prawo do zdjęć i tekstu w oryginale. Tłumaczenie własne.
  36. 13 likes
    Tysiące wspaniałych wspomnień utrwalone w krótkim klipie. Dokładnie za pół roku wracamy na te trasy ponownie - musimy wyrównać niektóre rachunki !
  37. 13 likes
    Aby doznania z wykonywanej czynności przynosiły maksimum przyjemności i satysfakcji ważne jest: z kim oraz gdzie i jak się to robi. z kim: JacekJ, artex, enlil; gdzie: Bieszczady; jak: na szlaku, a w zasadzie po za nim… 30 marca w czwartek po południu w okolicach Przemyśla jesteśmy już w komplecie, całą wycieczkę zaplanował i zorganizował Jacek. Trasy zaplanowane doskonale. Już od pierwszych kilometrów, zanim dotarliśmy w Bieszczady dane nam było delektować się widokami Roztocza i Pogórza Przemyskiego. Każdy kilometr drogi to raj dla oczu i motocykla, szutry i boczne asfalty. Bajka… Pierwszy popas w dolinie rzeczki Wiar, ustronna dolina między grzbietami gór, gdzieś na wschód od Arłamowa. Swoje piętno na tych terenach wywarła „Akcja Wisła” w wyniku której wysiedlono z tego regionu niemal wszystkich mieszkańców. Do dzisiaj cały obszar jest niemal bezludny i dziewiczy, po byłych mieszkańcach zostały tylko pozostałości sadów i miejsca siedlisk. Bezcennym towarzyszem podróży jest Jura – zawsze pomocny w trudnych sytuacjach. Tuż przed zachodem słońca docieramy w Bieszczady, połoniny witają nas jeszcze ośnieżonymi szczytami. Kolejny dzień, pogoda wspaniała, jesteśmy na szlaku, a w zasadzie po za nim… Wodospad na strumieniu Hylaty. Jesteśmy na tarasie widokowym, piękny widok na dolinę Sanu i nie istniejącą wieś Tworylne, patrząc na te pustkowia, aż trudno uwierzyć, że przed II wojną były to najbardziej zaludnione obszary II Rzeczpospolitej… Jedziemy dalej w górę Sanu, widoki przepiękne. Taka pora odwiedzin Bieszczad ma swoje zalety, bujna roślinność jeszcze nie ogranicza pięknych widoków. Pierwszy postój robimy na polanie położonej w rejonie Sękowca, zachęca do tego piękna panorama z widokiem na połoniny. Jura i Artex zabierają się do rozpalenia ogniska na kiełbachy. Jura zabiera się do roboty, która pali mu się w rękach… Do pomocy rusza Artex. To skubanie siana, to nie część posiłku, a podpałka. Ruszamy dalej, pogoda dalej nas rozpieszcza, temperatura coś ok. 20 C i żadnej, nawet najmniejszej chmurki na niebie. Bieszczadzkimi szutrówkami docieramy nad brzegi jeziora solińskiego. To zdjęcie, jak rzadko które zupełnie nie oddaje rzeczywistości – Artex od niczego nie umywał rąk… Stara, poczciwa Omega, jeszcze dzisiaj ograła by nie jeden luksusowy jacht... Chmiel, taras widokowy. Przed wieczorem, na koniec dnia docieramy do cerkwi w Łopience. Po byłej wsi nie ma oczywiście ani śladu, zapaleńcy i społecznicy postanowili przywrócić jednak do życia chociaż tę budowlę. Oryginalny wystrój i architektura wywołują chwilę refleksji…
  38. 13 likes
    Dziękuje wszystkim za opinie Moto zostało zakupione Jak tylko zmienie opony i choc troche z kurzu przetre pochwale sie swoim cudem
  39. 13 likes
    Ktm wypadł, a właściwie wpadł właśnie do mojego garażu Napisze więcej, jak sie ogarnę troche.
  40. 13 likes
    ZACHÓD – WIOSNA 2016. Miałem pięknie się rozpisać bo wyjazd dla mnie był niesamowity, ale wpadł mi inny pomysł. Przecież to rejony Dakarowego więc będzie mało gadania a dużo zdjęć. Napiszę tylko skrótowo o tym co mnie zaskoczyło. 1.Drogi. Zachód kojarzył mi się z …… zachodem a tu niespodzianka. Zjeżdżasz kawałek w bok i masz kiepski asfalt, kocie łby i szutry. Krajobraz dopełniają podupadłe wsie itd. Zaznaczam – nie piszę tego złośliwie. 2.Ludzie. Noclegi zaplanowałem pod namiotem ale na bezpiecznym przydomowym terenie. Nocleg pierwszy na łące u rolnika w Wyszynie. Było zimno jak diabli a gospodarz rano przyszedł zagadnąć jak spałem. Miło. Nocleg drugi w sadku u pani sklepowej. Miałem propozycję skorzystania z łazienki i gorącej herbaty (dla jasności – był mąż). Miło. Grzecznie odmówiłem. Nocleg trzeci. Gospodarz sam mnie zagadnął na wiosce pytając czy w czymś pomóc. Pan Janusz mieszka skromnie razem z siostrą i szwagrem. Żona w Niemczech żeby zarobić na życie. Ogólnie słabo. I ten właśnie człowiek rozwalił mnie na łopatki przynosząc mi elegancko podaną kolację ,,na gorąco,, do namiotu. Dziękuję. Może to nic nadzwyczajnego, ale super jak ktoś bezinteresownie udziela ci schronienia i poczęstunku. Nocleg czwarty. Pod dachem bo już dość miałem marznięcia pod namiotem. Wyjeżdżam z Warszawy w środę po południu. Kierunek na zachód, potem wzdłuż granicy do Szczecina i powrót po skosie. No to foty. Część zdjęć przepadła w niewyjaśnionych okolicznościach. Między innymi zdjęcie z Piątku gdzie jest geometryczny środek Polski. Sobota. Neogotycki zameczek. Stan opłakany. Walewice. Pałac. Tum. Skansenik. Tum. Kolegiata. Zdjęcie tablicy – moje zniknęły. Łęczyca. Zamek. Besiekiery. Ruiny zamku. Borysławie Zamkowe. Ruiny zamku. Koło. Ruiny zamku. Gołuchów. Zamek. Jest też ciekawe muzeum leśnictwa. Gołuchów. Jarocin. Pomnik Glana. Koźmin Wielkopolski. Zamek. Rydzyna. Pałac. Czernin. Ruiny pałacu. Ruiny pałacu. Gdzieś tam. Głogów. Zamek. Głogów. Ruiny Kościoła św. Mikołaja. Zamek. Gdzieś tam. Kożuchów. Zamek. Niwiski. Kościół. Niwiski. Ruiny kościoła. Lubsk. Zamek. Brody. Rezydencja magnacka. Gubin. Fara. Kłopot. Pół mostu. Cmentarz wojenny. Gdzieś po drodze. Kostrzyn nad Odrą. Twierdza. Kostrzyn. Stare miasto – umarłe miasto. Chwarszczany. Obronna kaplica Templariuszy. Cedynia. Mozaika przedstawiająca bitwę, w tle pomnik. Rurka. Pozostałości zamku. Swobnica. Ruiny zamku Joanitw. Gryfino. Krzywy las. Jezioro Dąbie. Gdzieś tam schował się przede mną betonowy statek. Jeszcze tam wrócę. Międzyrzecz. Zamek. Będlewo. Pałac. Pniewy i okolice. Międzyrzecki Rejon Umocniony. Zapora przeciwczołgowa. Bunkry. Puszczykowo. Muzeum Arkadego Fiedlera. Samolot z Dywizjonu 303. Szerokości. Dalej tylko dla dorosłych. Wystawa tylko dla dorosłych. Ceramiczna kamasutra peruwiańskiej kultury mochica.
  41. 13 likes
    WARMIA NA SZYBKO Dwudniowy wyjazd do Stegny na rybkę. Lidzbark Warmiński. Zamek. Głębock. Ruiny kościoła. Głębock. Żywko.Wioska bociania. Górowo Iławeckie. Muzeum gazownictwa. Gdzieś po drodze. Braniewo. Zamkowa wieża. Frombork. Kadyny. Budynki stajni cesarskiej. Kadyny. Pałac. Fiszewo k.Malborka. Ruiny kościoła. Karnity. Zamek. Zaliczyłem też depresję w Raczkach Elbląskich.
  42. 13 likes
    Etam, cyk odprężnik pyk,pyk do tłoczek do góry, raz pier ... i ma palić :-D Pancerny wół roboczy :) i mam sentyment ... :-D Jednego utopiłem ... ale z pomocą kolegów :-D
  43. 13 likes
    Ja swoje prawko na moto zdawałem w WORD W-wa ul. Odlewnicza cztery lata temu. Oczywiście skurwiele mieli swój stały punkt, na którym uwalali ludzi i mnie też utrącili: Sztuczka polegała na tym, że egzaminator nakazywał jazdę na wprost. Jak widać na fotce, na asfalcie jest znak informujący możliwość takiej jazdy, jak również możliwość skrętu w prawo, natomiast oznakowanie pionowe mówi tylko o skręcie w prawo z prawego pasa. Każdy i ja też zmieniał pas na prawy i walił prosto, bo dalej była jego kontynuacja. Kończyło się to powtórką manewru i powtórką tego samego błędu, a w efekcie końcem egzaminu. Mylne oznakowanie wynikało z tego, że był to czas przeróbki trasy AK i to oznakowanie poziome było częściowo zamalowane (strzała na wprost) jakąś kiepską farbą, którą rozjeździły samochody przywracając stan pierwotny. Tłumaczenie egzaminatora było takie, że w hierarchii znaków te pionowe są nadrzędne, co w świetle przepisów jest bzdurą, bo podstawowa zasada mówi o tym, że znaki nie mogą się wykluczać i wprowadzać w błąd, ponad to gostek stwierdził, że stworzyłem zagrożenie. Niewiele myśląc po egzaminie obfotografowałem to miejsce i napisałem zgodnie z procedurą odwołanie do urzędu marszałkowskiego składając je w sekretariacie WORD. Stwierdziłem, że pewnie będę w nim spalony i być może nie jest mi dane prawko na moto, ale utrącę chujkom metę na koszenie ludzi. Pojechałem też piśmie po kompetencjach egzaminatora, który stwierdzając, że stwarzam zagrożenie, tak naprawdę stwarzał je sam przeciągając ludzi przez takie miejsce. Po miesiącu dostałem pozytywną odpowiedź ze zwrotem kosztów za egzamin i przystąpiłem do ponownego w tym samym WORD. Najlepsza była jednak satysfakcja, że można wygrać z betonem tym bardziej, że na odprawie przed egzaminem egzaminator już wszystkich uprzedzał, że jego trasa przebiega przez to właśnie miejsce i na co zwrócić uwagę. Pytanie tylko dlaczego ludzie cicho siedzą i nie walczą o swoje, dając takiemu draństwu przyzwolenie.
  44. 12 likes
    Witam wszystkich! Dziękuję bardzo za tłumaczenie tego artykułu. To bardzo krótkie informacje na temat podróży. Było dużo więcej przygody;) I chcę iść znowu!
  45. 12 likes
    Wróciłem z Norwegi. 27 dni - 9700 km
  46. 11 likes
    Niby: Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Sprawa dawno nieaktualna, ale słyszę głosy: "Pani skończy!", "Pani skończy!", a ja wielokrotna złota medalistka i championka w braku asertywności, odpowiadam stanowczym głosem " no dobra...". Wracam więc wspomnieniami do pięcioraczków motocyklowego entuzjazmu: Po pobycie nad Balatonem, gdzie spotkali uroczą fankę motocykli, aż z Alaski, rozdzielili się na dwie grupy: dzielna reporterka Marta Chaliburda wraz super dzielnym kierowcą Ireneusz Chaliburda powrócili do domu i stęsknionych córeczek, a druga grupa, których karuzela wzajemnych szaleństw nie mogła jeszcze się zatrzymać wkręciła się do sympatycznego Waldusia. I przez ten rozłam przestały spływać dalsze wieści. Walduś swój człowiek ugościł na bogato, nie wiem jak mu się udało ich potem wygonić z takiego dostatniego domu, ale jakoś sobie z nimi poradził. I powrócili podróżnicy na łono rodziny, powrócili do swych codziennych zajęć i cicho już siedzą i już selfi nie robią, a ja porzuciłam to niedochodowe zajęcie jakim jest korespondent do zadań specjalnych i mam wolne od tej fuchy pewnie, aż do wiosny 2018. Ja tylko dodam od siebie, że przenocowaliśmy i zostaliśmy ugoszczeni (jeszcze w piątkę) przez naszego forumowego Jarka i jego rodzinkę. Dzięki Jarek :-)
  47. 11 likes
    Okolice Drezna są już przyjemnie pagórkowate, dojeżdżamy bardzo bocznymi drogami do drogi – widma (autostrada 172a) pod Pirną. Zaczyna się w szczerym polu, na GPSie brak, a znaki pokazują na Pragę Już za drugim razem udaje nam się pojechać dobrze. Wpadamy na dwupasmówkę, mamy jeszcze sporo km przed sobą, trzeba nadgonić. Za Teplicami i Mostem widzę śliczne stożki wulkaniczne, trzeba będzie się im przyjrzeć kiedyś bliżej Za Chomutovem w końcu zjeżdżamy na drogi boczne. Całkiem wysoko położone: Wieje straszliwie i temperatura spada chyba co kilometr o jeden stopień. Tylko czekam, aż przekroczy magiczne +10 Wjeżdżamy w region narciarski, wszędzie wyciągi i ratraki. Jesteśmy koło 1100 m n.p.m. Na szczęście Abertamy już niedaleko, bo zaczynam zamarzać Abertamy to wioska, ale coś nie możemy znaleźć naszego adresu, mimo krążenia. Nie zostaje nic innego, jak pytać miejscowych Dowiadujemy się, że Apartmany Agata są tuż za urzędem miejskim, a ten mi mignął przed chwilą. No tak, oczywiście było to tuż za rogiem i przejechaliśmy tam ze dwa razy już Taki mały budynek, można przeoczyć Dostajemy mieszkanko , ciepłe, ładne i wyposażone we wszystko co trzeba, a motki tulą się do siebie na podwórku: Jest 12 sierpnia, mży, i jest +11 stopni – na szczęście kaloryfery gorące ! Zakopani po szyję pod kołdrą, zastanawiamy się, co robić z tak rozpoczetym weekendem. Na szczęście (niech żyje wi-fi oraz meteo.pl) informacje pogodowe twierdzą, że będzie cieplej i słoneczniej z dnia na dzień. No dobra, ale co z jutrem? W szczególności przedpołudniem? - Raf, jedźmy do kopalni, na pewno nie będzie nam padać na głowę. I tak też zrobiliśmy, po uprzednim porządnym wyspaniu się, czyli mniej więcej w południe. Góry Kruszcowe to miejsce, gdzie od XII wieku wydobywano rudy metali, w tym srebro, cynę, cynk czy bizmut. A dziś każda większa miejscowość udostępnia swoją kopalnię. Ja wybrałam tę najbliższą czyli sztolnię Frisch Glück "Glöckl" w nadgranicznym mieście Johanngeorgenstadt. Kopalnia srebra z XVIII wieku, następnie po II wojnie przejęta przez Rosjan (tu było NRD) ze względu na towarzyszące złoża uranu. Po wstępie „teoretycznym” przewodnika kaski w dłoń i wchodzimy w podziemia. Komora, w której zainstalowane były ogromne „koła młyńskie” do odwadniania, kuta 28 lat („ale to i tak krócej niż lotnisko w Berlinie”, jak złośliwie zauważył nasz przewodnik) Jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi na pochodzenie słówka „kibel”. A tu proszę. Toaleta, czyli „Kibelstation” dla górników: W sztolni rekonstrukcja fedrowania średniowiecznego, przedwojennego (młoty pneumatyczne) i powojennego (dynamit). Tempo średniowieczne było trudne do uwierzenia – kilka cm na dobę. i na koniec kolejka kopalniana: Jeśli ktoś nie był nigdy takiej starej kopalni, to naprawdę warto. Trzeba jednak znać niemiecki. Można jednak wybrać się do kopalni złota w Złotym Stoku w Kotlinie Kłodzkiej i będzie na podobnym poziomie W rejonie Gór Kruszcowych jest kilkadziesiąt takich kopalni udostępnionych turystom, w tym takie, gdzie płynie się łodzią, czy zjeżdża 100 m w dół. Ja polecam
  48. 11 likes
    Białoruś jest dla nas praktycznie krajem zagadkowym, o który niewiele wiadomo. A przecież to dawna Rzeczpospolita i łączy nas tak wiele, że trudno to opisać. Najlepiej przekonać się samemu, gdyż słowa nie są w stanie oddać atmosfery tam panującej i stosunku Białorusinów do nas.
  49. 11 likes
    no i stało się. kupiłem jednak dakara. Jak zwiozę go do chałupy to wrzucę jakieś foty, żebyście mi powiedzieli ile przepłaciłem
  50. 11 likes
    Z Kłomina (zatrzymujemy się tylko przy pomniku ofiar oflagu) lecimy asfaltem do Bornego. Kamyk dzień wcześniej opowiadał nam o Kłominie i coś wspominał o pieknych wrzosowiskach. Mmmm, wrzosowiska we wrześniu... może być pięknie ;) Tyle, że nie do końca załapaliśmy gdzie one są ;) Za to widzimy znak leśny na wieżę widokową i piękny szuter. Od razu skręcamy, choć to w bok od naszego tracka. Czy już pisałam, że w końcu mamy pogodę? Czy to nie przypadkiem rzeczone wrzosowiska?? Sesja foto w takich okolicznościach przyrody obowiązkowa ;) KTM się pręży ;) Fragment sesji dla Rafa i jego nowego nabytku: Na mojej DR to już nie robi wrażenia ;) Właśnie jej przeleciało 35 000 ;) Droga przez wrzosowiska ma chyba 7 km I czasem są ślady asfaltu Tu właśnie ćwiczył Rommel z Afrika Korps. I na pewno testowali tu BMW i Zündappy, głowę daję ;) Leśny (ale legalny) szuter krzyżuje się z gminną drogą, która zakręca na północ i znów prowadzi nas w stronę Bornego. Ciężko określić typ nawietrzni. Na pewno był tu kiedyś asfalt. Zostało go jakieś 30-40%, ale podbudowy tłuczniowej brak. Obstawiam, że to wyrób radziecki ;) Jazda przypomina slalom i naprawdę byłoby dużo lepiej gdyby tych resztek asfaltu nie było. Dojeżdżamy w końcu do Bornego Sulinowa i doznaję lekkiego szoku, szczególnie po Kłominie. Borne jest: -ładne -zadbane -czyste -zielone - i ma Biedronkę ;) I znów mały, tym razem rysunkowy ;) rys historyczny ;) Uwielbiam stare mapy. Mogę godzinami analizować przedwojenne mapy zachodniej Polski i porównywać. (choć niestety porównanie to wypada najczęściej na niekorzyść. Był folwark - nie ma. Był młyn â- nie ma. Była fabryka - nie ma...) Borne Sulinowo powstało pod koniec lat 30. XX wieku, nie załapało się więc na wydruk najważniejszej niemieckiej mapy - Meßtischblatt. Ale znalazłam je w pełnej krasie na amerykańskiej sztabówce z 1952, zapewne kalce mapy niemieckiej. Widoczny cały zamysł miasta. A tak prezentowało się Borne według map polskich (do dziś nie wydano nowej mapy topograficznej!) Oczywiście, gdyby wtedy ktoś chciał tę "wioseczkę" odwiedzić, to i tak by go cofnęli na szlabanie ;) A tak Borne wygląda na aktualnej, cyfrowej mapie. W Bornym nie zmieniło się prawie nic od 90 lat, a jaka różnica na mapach ;) Tyle kartografii :D cdn. PS - ciekawa jestem, co o takich radzieckich miejscowościach wiedzieli okoliczni mieszkańcy?