Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 23.01.2019 in all areas

  1. 28 points
    Ode mnie tyle Wszelkie pytania proszę kierować do Pana trzymającego węża SRB, BiH 2018
  2. 21 points
    Dzień 13 Pobudka dość wczesna i dość brutalna – burza. Zbieramy pod daszki, co niezbędne i czekamy czy coś przejdzie. W międzyczasie podjadamy coś z zapasów i pijemy kawę w pomieszczeniu kuchennym. Niby coś przestaje padać ale na piękną i ciepłą pogodę nie ma co liczyć, więc zbieramy się mimo deszczu, żegnamy i jako pierwsi startujemy w swoją drogę. Na początek drugą stroną jeziora... wąska szutrowa dróżka nad samym brzegiem, ślisko.. trochę spinki było. Ale suche miejsca też były Ze względu na pogodę odpuszczamy co trudniejsze zaplanowane odcinki. Kierujemy się na Martin Brod – kolejne w tej podróży piękne wodospady. Cały czas albo pada, albo będzie zaraz padać, temperatura spada do 8 stopni.. Po drodze stajemy rozgrzać się w jakiejś przydrożnej knajpce, kawa smakuje jak nigdy. Do Martin Brod docieramy bez przeszkód, mimo pogody podziwiamy rzekę i wodospady. Następny cel – samolot. Porzucony przy nieczynnej bazie lotniczej... wykutej w górach na pograniczu bośniacko – chorwackim. Widziałem ten samolot w kilku relacjach, napracowałem się żeby go na mapie namierzyć.. bardzo chciałem do niego dotrzeć. I dotarliśmy No to jak tak, to teraz nocleg. Ale.. pytamy w jednym miejscu – nieeee, 50 eur nie bo nie. Jedziemy dalej. Problemy zaczyna sprawiać komunikator. Ja słyszę Monikę, ona mnie nie. Kto zna Monikę – może sobie wyobrazić czego czasem musiałem słuchać Odpowiadam.. gestami głowy, tylko tyle mogę. Jedziemy w stronę wybrzeża Chorwacji, w pewnym momencie stwierdzamy że jest nam tak mokro i zimno że w zasadzie już się uodporniliśmy i po prostu przejedziemy przez góry nad morze i znajdziemy jakąś kwaterę żeby nie musieć stawiać mokrego namiotu. Padać przestaje, za to zaczyna wiać. Mocno. Nic to. Wszystkie trudy dzisiejszego dnia wynagradza widok, kiedy przekraczamy pasmo górskie dzielące nas od morza. Widziane z wysokości wzburzone morze, wyspy, ciemnogranatowe chmury burzowe nad nim podświetlone na czerwono zachodzącym słońcem. To jest to. Dla takich chwil jesteśmy w podróży Zjeżdżamy coraz niżej, ściemnia się, coraz bardziej wieje i to z nieprzewidywalnych kierunków. Wieje tak, że przestawia nas na drodze. Ale docieramy do Sveti Jurej, wchodzimy w pierwsze lepsze podwórze i po chwili już mamy pokój w rozsądnej cenie Mimo pogody przejechaliśmy dziś spory kawał, zobaczyliśmy fajne rzeczy – dajemy sobie w nagrodę sutą kolację podlaną dobrym winem. To był dobry dzień mapa: samolot: nocleg: pierwszy z brzegu pokój jaki udało się znaleźć
  3. 20 points
    Dzień 11 Jajce, Jajce.. Karson mi wierci dziurę w brzuchu o te Jajce już od kilku dni, więc dziś chyba wreszcie się tam zameldujemy. Ale nie tak szybko. Najpierw trochę skrótów A skróty bardzo fajne.. Tylko szkoda że nawigowanie nie poszło tak jak trzeba i musieliśmy wrócić. Wiem gdzie się kiwnałem, ale czy tamtędy przejechałyby 4 obładowane ciężkie motocykle – nie wiem. Pewnie kiedyś sprawdzę Skrótami (fajnymi szutrami – można się było trochę wyszaleć) docieramy do jeziorka w środku lasu. Porobione jakieś kładeczki, altanki, ładnie. Przy zawracaniu Basia traci szybę z kasku – kask spadł i zaczepy się wyłamały.. Mężnie to znosi i możemy szukać wyjazdu ze skrótu. Znajdujemy, w nagrodę serwujemy sobie obiad w fajnym miejscu – knajpka nad strumieniem z małym progiem wodnym. Stamtąd już obieramy kierunek na Jajce. Przed samymi Jajcami trafia się skrócik fajną szeroką szutrówką – pozwalam sobie skorzystać Meldujemy się na kampie 7 km za Jajcami, zostajemy tu 2 dni więc dobrze, że jest rozsądna miejscówka. Jutro chillout mapa: kamping:
  4. 20 points
    Daj żyć, 8 rano jest. Śniegi jakieś, wilcy wyją... Dzień 3 Leniwie, powoli... ale w końcu wychodzę z namiotu... Siadam na pomoście pogapić się w wodę... Jak duch zjawia się Michail (tak ma na imię nasz gospodarz).. „kawy?” Grzecznie odmawiam, nie chcę żeby ten dzień się szybko rozkręcał, jest mi dobrze jak jest. Wstaje Karson, razem gapimy się w wodę... Potem powoli zabieramy się za przygotowanie kawy.. Michail nie odpuszcza na długo – po pół godzinie przychodzi i stanowczo każe iść ze sobą do „chiefa”. Myślę sobie: no tak, rachunek. Kiwam mu, że już idę, tylko wezmę „money” i... jak się zjeżył, jak zaczął gestykulować, mówić, że nie nie, żadne pieniądze, że co ja w ogóle.. Skonsternowani z Moniką idziemy za nim (miał przy wjeździe na groblę taką mini – chatkę z tarasikiem) a tam faktycznie – chief. Się okazało że chciał nam przedstawić właściciela tego i innych stawów (on sam był zarządcą jakby), pogadaliśmy chwilę, dowiedzieliśmy się że oprócz stawów – chłopaki zawodowo polują. Po następnych pół godziny znów jesteśmy wołani – wszyscy. Michail... serwuje każdemu po kolei jajka na boczku, do tego ser, warzywa, piwo, soki... No przegina gość. Nawet nie wiadomo jak podziękować, już wiem że kasy żadnej nie weźmie... Ciężko stamtąd wyjechać. Pozbierani robimy jeszcze serię pamiątkowych zdjęć, obiecujemy przesłać grupowe.. W końcu wyjeżdżamy, ale będziemy wracać pamięcią do tego miejsca. Dziękujemy, Michail. Dziś chcemy już dotrzeć nad Dunaj – nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, że chcemy zacząć tam gdzie rok temu skończyliśmy Jedziemy bokami, ..ale któryś – tam skręt mi nie wychodzi i lądujemy na dwupasmówce. Tu też się zagapiam- i przejeżdżamy nią jakieś 30 km. Moja osobista porażka :P Cały czas nie daje mi spokoju myśl, dlaczego w zeszłym roku nie wracaliśmy drogą którą mam wytyczoną teraz.. Przecież jest krótsza, całkowicie mija Belgrad.. Gdzieś, na którymś postoju regeneracyjnym wgłębiam się w mapę i już wiem – trasa wiedzie promem. A promy, wiadomo. Kursują różnie. Nic, pada decyzja, że na ten prom to jutro, a teraz wjeżdżamy do Serbii i na kamping. mapa i kamping:
  5. 19 points
    Dzień 10 Rano budzi mnie niepokojący dźwięk... Jakby pszczoły czy co gorsza – szerszenie... Chwilę słucham, w końcu wyłażę z namiotu a tu jakiś kilkunastoletni Japończyk czy inny Wietnamczyk zabawia się dronem. Pospane. Nic, lezę z aparatem nad Drinę, bo skoro kamp nazywa się Drina – to chciałbym tą rzekę zobaczyć. Kilka fotek, wracam, sprawne pakowanko i jedziemy. Dziś objeżdżamy Park Narodowy Tary i uciekamy do Bośni. Dojazd „na górę” jest świetny. Pniemy się szutrowymi agrafkami, co chwila z coraz większej wysokości możemy widzieć Drinę. Na górze czekają nas piękne widoki, pozamykane tamami jezioro ma intensywnie niebieski kolor. Ostatnie zdjęcia to widoczki z tamy. A za tamą... jest ścieżka na brzeg z której skwapliwie korzystamy Ścieżek fajnych tam dostatek, niestety niektóre ślepe – ze 2x trzeba było zawrócić. W ten sposób żegnamy się z Serbią – czas na Bośnię. No to jedziemy na granicę na której okazuje się że.. jeden z tygrysów Bosni nie lubi. Zgaszony na granicy nie chce odpalić, łapie na pych, w oczach Harry'ego czai się panika.. Nic, jedziemy do najbliższego miasta. Droga świetna ale asfalt jakiś nieklejący.. łapię uślizg, but ratuje nogę. To najbliższe miasto to Srebernica – na centralnym placu rozbebeszamy tigera, czyścimy przekaźnik rozrusznika i sprzęt działa jak nowy. Cmentarz w Srebernicy który mijamy robi ponure wrażenie.. Każdy słyszał o masakrze.. Bosnia jest lepiej „ukampingowana” - obieramy miejscówkę nad jeziorem Bistarac. Jedyna uciążliwość to taka, że musimy przedostać się przez większe miasto, Tuzlę, ale jako że już wieczór – jakoś idzie. Kamp pozamykany ale widzimy że życie wewnątrz jest, więc czekamy i w końcu pojawia się gospodarz, oznajmia cenę (7,5 EUR/ osobę) a na uwagę że drogo – dumnie obwieszcza że kamp jest ADAC recomendation. Szkoda że ADAC nie sprawdził ciśnienia wody i bojlerów, ale od czego jest czyściutkie i ciepłe jezioro Miejscówka fajna, miejsca ogniskowe, stare drzewa dające cień, jest fajnie. Tyle że w ekipie czuć już wyjazdowe zmęczenie.. Tego się nie da uniknąć.. Wieczór upływa na kąpieli w jeziorze, przygotowaniu ogniska, wspólnym gotowaniu i (chcąc nie chcąc) uczestniczeniu w imprezie na drugiej stronie jeziora – muza grała do białego rana, akurat mnie i Monice to nie przeszkadzało, ale nasi towarzysze wstali jacyś tacy niewyraźni.. mapa i kamping:
  6. 19 points
    Dzień 9 Poranek tutaj jest chyba jeszcze piękniejszy niż wieczór. Leniwie rozpoczynamy dzień, latam z aparatem żeby zatrzymać choć trochę klimatu. Jakoś nikomu nie chce się stąd ruszać, no ale... droga wzywa, Wreszcie jedziemy... najpierw do góry do Rudnej, z niej „skrótem” do drogi nr 30. Skrót świetny, malowniczy, szutrowy, na jego końcu – monastyr. No cóż.. Odnotujmy, że jest, nawet ładny, ale my chyba lubimy naturalne widoki bardziej od stworzonych człowieczą ręką Dalszy ciąg dnia to bujanie. Nie, nie w obłokach. Bujanie się. Po zakrętach. Niezliczonej ilości zakrętów, na pustej drodze. Robimy sobie movie-day, jeździmy całą drogą, w różnej kolejności, bawimy się, upajamy drogą. Zmęczenie... ale fajne Dziś o spanie się nie boimy – w końcu mamy 2 kampingi koło siebie. Jedziemy do tego bliżej granicy z BiH mijając po drodze pierwszy który.. jest istnieje jest do niego tabliczka. Ale jedziemy dalej do miejscowości Perucac. No i... zonk. Kamping jest, tyle że zamknięty na 4 spusty a jego plac jest.. wybetonowany. I choć widzimy że jakaś rowerowa para jakby nigdy nic zaczyna się tam rozkładać – co to to nie. Wrócimy sobie. Ale najpierw żarełko. Zaraz obok kampingu, klimatyczna knajpa z tarasami zbudowanymi nad wodospadami. Wodospady świetne, ale sama knajpa tłoczna a obsługa i samo żarcie... takie sobie. Nie polecamy. Koniec końców zjedliśmy i wróciliśmy na przyuważony wcześniej kamp, który okazuje się.. łąką za domem, ale jest grill, jest wiatka i jest prysznic (co z tego że w sąsiednim podwórku w innym domu). W wiatce znajdujemy gazetkę z kampingami w Serbii... Szkoda że tak późno Acha, ta granica co sobie upatrzyłem w Perucac to w rzeczywistości tama na rzece bez przejścia granicznego.. mapa: [/url] kamping (nie ma go w google maps):
  7. 19 points
    Dzień 5 Jazdaaa Tak, przyznam, że brakuje nam (mnie i Monice) porządnej jazdy. Może dziś... Najpierw jedziemy wzdłuż Dunaju. Widoczki ładne, ruch na rzece jak na autostradzie Jakoś dziwnie sprawdzałem mapę bo okazuje się że z serbskiej strony jednak widać „ryło króla” http://navtur.pl/place/show/3336,statua-krola-decebala Za mostem granicznym odbijamy na południe, w góry. No i zaczynają się pierwsze szutry. Trafiamy na pierwsze piece do węgla drzewnego (inne niż u nas, murowane) – później będzie ich więcej. W ogóle te góry to takie... Bieszczady, tyle że na dużo większym obszarze. Po pierwszych przeprawach wyjeżdżamy na asfalt i żołądki zaczynają się domagać postoju. Stajemy „na czuja”... no bo chyba zadaszenie ze stolikami to knajpka? Próbujemy się dostać do środka, okazuje się że drzwi prowadzą na zaplecze, od frontu drzwi... nie ma... No to podbijamy od zaplecza. Oczywiście żadnego menu, wystawki, co można... No to zamawiamy wyjazdowo: „obiad, dobre, dla wszystkich” No i... wjeżdża jeden z lepszych obiadów na całym wyjeździe za jakieś śmieszne pieniądze – tak właśnie lubimy Pojedzone, teraz drzemka.... oj, nie, pomyliłem. Trzeba jechać. No to jedziemy. Cel na dziś powoli się krystalizuje – Borsko Jezero. Jest tam kamping, jest szansa na prysznic. Po drodze, niedaleko celu przejeżdżamy przez miejscowość Bor – na głównej ulicy na pasie zieleni ciekawa „wystawa” - stoją wyeksploatowane maszyny – chyba z kamieniołomów. Fajny widok. Dojeżdżamy na kamping... no jest, duży, głośny. Tyle że miejsce dla namiotów które wskazuje nam jakiś zarządca – na samym dole, niby przy jeziorze ale z zarośniętym brzegiem, między kilkoma brzydkimi drzewami, przy drodze spacerowej... Do sanitariatów daleko i nie wiadomo jakie są... Karson wybiera się na rekonesans, czy aby gdzieś w okolicy nie jest ładniej. No i jest 200-300 metrów wzdłuż brzegu jest cypel, na nim trawka, kilka fajnych drzew... i lokales, który zaprasza, mówi że bikerzy tu właśnie nocują że jest lepiej i za darmo Szybka decyzja – przejeżdżamy. To był strzał w 10-kę. Żeby było śmieszniej – szef kampingu przylazł za nami i policją straszy – a samozwańczy kapitan z cypla się z niego śmieje i pokazuje że dziś „wała” zamiast kasy od motonitów. Jeszcze tylko podział zadań – jedni do sklepu, po chleb (chleba nie było, będzie jutro – też dobrze), drudzy po drewno... i mamy obóz, ognisko, czyste jezioro.... pozytywnie mapa i miejsce noclegowe:
  8. 19 points
    No to tak. Dynamicznie już było, momenty były, teraz będzie NUUUDAAA. Czyli relacja. Kronikarska Prolog Cel: W tym roku... nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jechać. Bardzo ciągnie nas Gruzja, tyle że... moim stylem potrzebowalibyśmy na nią 5 tygodni. Nie mamy tyle. No nie ma szans. Podobnie jest z innymi wschodnimi kierunkami. Za mało czasu. Kraje cywilizowane... no nie, jeszcze nie teraz. Islandia za droga... Na Afrykę w lecie za gorąco.. No i po rozważeniu wszelkich możliwości wracamy do punktu wyjścia... przecież na Bałkanach jest jeszcze tyle miejsc, w których nie byliśmy, tyle dróg które kuszą... Postanowiliśmy poszwędać się po krajach, które zwykle traktowane są jako tranzytowe – czyli po Serbii i Bośni. Zostało poszukać punktów „zapalnych” wokół których zbuduję trasę i można jechać Ekipa: Jedziemy sami. We dwójkę. Tak przynajmniej myśleliśmy. Ktoś tam deklarował, że może doskoczy w trakcie, ale luźno.. No i nagle tydzień przed wyjazdem telefon od Tygrysa: „Artur, ty wiesz, że gość z którym miałem jechać do Albanii radośnie oświadczył, że nie wiedział że trzeba mieć paszport?” Cóż, mówię, mieliście jechać w 3 pary, jedna ci się wysypała... po chyba 2 dniach kolejny telefon: „Artur, możemy z wami? Tamci zaczynają tworzyć, że jak nie ma paszportu to może gdzieś bliżej i krócej...” No jak nie możecie jak możecie – znamy się, zgrywamy w trasie – nawet nie musisz pytać. „Ale wiesz... jest jeszcze jedna para która chciałaby z nami. Też jeżdżą razem na jednym, doświadczenie w terenie mają...” Karson, mówię, jeśli widzieli nasze relacje z poprzednich lat i nie odstrasza ich to – to niech jadą – albo zadziała albo nie, najwyżej będziemy się dzielić pod drodze. I tak oto wyklarował się ostateczny skład: Monika, BMW F800GS Basia i Piotr (Karson), Triumph Tiger 955i Ola i Piotr (Harry), Triumph Tiger 955i Artur (moja skromna osoba), BMW F800GS Plan: Zaczynamy w miejscu w którym skończyliśmy w niezamierzonym pośpiechu rok temu – na campingu nad Dunajem. Potem wzdłuż niego i na południe wschodem Serbii, potem południem do Bośni, potem przez Bośnię do granicy z Chorwacją, gdzie miałem ostatni punkt do którego chciałem dotrzeć. Stamtąd improwizowany powrót. Drogi maksymalnie boczne, jak najwięcej pozaasfaltowych, jak najwięcej wieczorów przy ognisku i obcowania z przyrodą. No to JAZDA!!
  9. 18 points
    Pierwszy mój długi urlop w tym roku zdecydowaliśmy spędzić na dłuższej wycieczce w dolinę (i zakola) Renu. Byłem tam ze 20 lat temu i co zapamiętałem (co prawda z okien pociągu) to przepiękne krajobrazy. Rzeczywistość to potwierdziła i nawet przerosła. Ale po kolei... Za "bazę wypadową" obraliśmy miejscowość Rudesheim am Rhein, niedaleko Moguncji. Przepiękne średniowieczne miasteczko otoczone winnicami. Z Warszawy ponad 1100 km. Jako że jechaliśmy we dwoje z Anią trasę podzieliłem na etapy. W "tamte" stronę z noclegiem w Berlinie, z powrotem z noclegiem w Dreźnie. Trochę fotek z wypadu: Porn food (a jakże), serdelek z kartoflami. Jak słodko... Była też kawa z widokiem (a'la Makłowicz) Były zameczki: Były śliczne i klimatyczne budynki: Na Renie ruch jak na A4... No i rieslingowe pola... Ogólnie polecam ! Przed sezonem dużo mniej ludzi (widać to po ilości infrastruktury dla turystów), no ale mniej pewna pogoda. My trafiliśmy na temperatury 5-8 C, co przy jeździe na motocyklu raczej nie jest przyjemnie. Szczególnie przy przelotach 500-600 km. Za to latem to pewnie tłumy "stonki"... Ale jedźcie, bo warto. Aha, na miejscu odwiedźcie koniecznie winiarnię u Filipa (dobre ceny, niezłe jedzenie i miły personel) http://www.wein-philipp.de/index.html (audycja zawierała lokowanie produktu)
  10. 18 points
    Dzień 17 To już ostatni dzień. Pakujemy się, przy barze pod daszkiem majstrujemy kawę i śniadanie i w drogę. Jeszcze tylko jedna zabawna sytuacja – już w Polsce stanęliśmy na obiad, nie chciałem „dania dnia” bo w piątek ryba a ja na mięcho miałem ochotę.. Monika dziwnie na mnie patrzy.. i uświadamia mnie że dziś czwartek.. Zgubiłem jeden dzień.. Można było jeszcze gdzieś coś... ale chyba się cieszę że wracamy. Codzienność dobijała się od jakiegoś czasu i nie może dłużej czekać więc.. do następnego roku KONIEC mapa: nocleg: DOM
  11. 18 points
    Dzień 15 Poranek spędzamy łażąc po okolicach dolinki. Mostek, rzeka, góry dookoła. Tylko ludzi ciut za dużo Wczoraj posiedziałem nad mapą i zdecydowaliśmy że pojedziemy sobie przez przełęcze które się trafiają po drodze. Nigdy nie byliśmy w Alpach pojeździć a tu zahaczyliśmy – w sumie przypadkiem – więc jest okazja. Najpierw słoweńska przełęcz Vršič – pięknie Na zjeździe trochę przytrzymywała nas kostka brukowa na zakrętach, za to miejscach gdzie zdarto asfalt wyprzedaliśmy tych co nas śmignęli na asfalcie Później.. trafiamy na drogowskaz na Planicę. Być i nie spojrzeć na skocznię? Niee. Podjeżdżamy. Następnie udajemy się do Austrii. Tam jeszcze jedna przełęcz - „ślepa” i płatna Gerlitzen Alpenstraße – i.. moim zdaniem nie warto. Droga wąska, dziurawa, agrafki bez frajdy, widok tylko z punktu widokowego na jezioro.. Na samej górze wielki hotel i zaczynają się szlaki w góry i wyciągi. Nic specjalnego. Zjeżdżamy i zaczynamy powoli myśleć nad noclegiem. Jedziemy piękną pustą drogą wśród wzgórz – takie momenty pokazują, że planowanie planowaniem, a wiele fajnych ścieżek zdarza się po prostu przypadkiem Znajdujemy całkiem przyjemny kamp i TO TU jest najdroższe piwo 3,8 EUR Cenę piwa trzeba było zrównoważyć ceną kolacji Kamp sprawia wrażenie miejsca wakacyjnego dla emerytów – stojące przyczepy wyglądają jakby stały tu od dawna, żadnych motocykli.. Cóż – zostaliśmy chwilową atrakcją. mapa i kamping:
  12. 18 points
    Dzień 14 Chciałem tu zostać choć jeden dzień.. ale wiatr wieje tak, że łeb chce urwać i to w połączeniu z tym, że Monika rwie się do jazdy, spowodowało, że jedziemy dalej. Chwila po Jardance i uciekamy od morza w kierunku Słowenii. Jak to w Chorwacji - jak tylko odjedziesz od morza to nagle jesteś sam na drodze – lubię tak. Trochę szukam szutrowych skrótów, ale.. z jednej strony zaczynają się zakazy, z drugiej.. mam wrażenie, że najeździliśmy się szutrowo na tym wyjeździe i nie mam już takiego ciśnienia. Coś tam się udaje ale nie za wiele.. Po drodze serwujemy sobie przerwę na kawę i małe co nieco ..i dalej.. Docieramy do Bovca, przejeżdżamy przez miasto i kierujemy się do dolinki kampingowej (kilka różnych kampingów obleganych przez kajakarzy). Bunkrujemy się na ostatnim, leniwie organizujemy obóz po czym idziemy na piwo. Jedno. 2,5 eur, kurde. I to nie jest najdroższe piwo na tym wyjeździe Dolinka jest urokliwa, kolacja „kufrowa” smakuje bardzo dobrze, wieczór na zwolnionych obrotach. mapa i kamping:
  13. 18 points
    Dzień 12 Chillout chillout'em ale ileż można... Jako że nasi towarzysze nie przejawiają chęci do aktywnego spędzenia poranka, idziemy sami. A idziemy nad jeziorko i do malowniczego miejsca przy jeziorze – parku z pięknie rozlaną rzeczką płynącą kaskadami i małymi wodospadami między małymi zabytkowymi domkami. Pogoda piękna, widoki pocztówkowe.. Pozachwycaliśmy się, narobiliśmy zdjęć, fajny poranek. Wracamy i już w pełnym składzie organizujemy wyjazd do Jajec. Same Jajce – miejscowość wybitnie turystyczna, atrakcje płatne – weszliśmy pod największy wodospad i na twierdzę. Widzieliśmy. Po tych spacerach żarełko smakowało wybornie Poznajemy parę Polaków z Sosnowca na Afryce – Krysię i Mirka (pozdrawiamy) którzy do nas dołączają na kampingu. Jedziemy jeszcze poszukać wąwozu który Karson miał upatrzony w okolicy, ale... bez dokładnych koordynatów nie znajdujemy go, więc robimy odwrót. Na kampie w powiększonym towarzystwie (dosiadają się jeszcze sąsiedzi – Czesi, którzy podróżują wspólnie na Pegaso) biesiadujemy do dość późnych godzin nocnych... Jest to nasz ostatni wspólny wieczór – tygrysy jutro obierają kierunek powrotny, a my z Moniką.. niby też ale okrężną drogą – przez Chorwację i Słowenię.
  14. 18 points
    Dzień 8 Wypoczęliśmy, niektórzy to nawet pranie zdążyli zrobić Śniadanie serwował Harry. Posileni pakujemy majdan i żegnamy się z gospodarzami. Dziś kierunek Kopaonik. Po drodze sporo fajnych ścieżek – trochę szutrów, trochę błota. Była walka, były gleby, ale wszystko z uśmiechem na ustach (no może oprócz grymasu Karsona w pewnym momencie kiedy nadgarstek zabolał ) Środek dnia zastał nas na punkcie widokowym w Kopaonik – to takie miejscowe Zakopane. Widoczek był na tyle urokliwy, że stał się tłem dla zaręczyn naszej młodzieży. Przyszła pani młoda trochę wystraszyła Harrego, ale ostatecznie powiedziała „tak” i pierścionek przyjęła. Gratulacje Przejechaliśmy przez rodzaj tamtejszych Krupówek, ale jakoś nie było nacisku na zatrzymanie więc zjechaliśmy niżej, na jakiś posiłek. Nauczony doświadczeniem i zaniepokojony faktem zacząłem sprawdzać, czy następny oznaczony przez Osmand „kamping” to rzeczywiście kamping. No i wyszło że to... obóz harcerski. Nic, jedziemy drogą wzdłuż rzeki, będziemy szukać miejscówki nad nią. I szukaliśmy. Ale pech chciał że nad rzeką postępowały prace regulacyjne. Aż w końcu dojechaliśmy do drogowskazu na kamping – obóz. No skoro jest drogowskaz – to coś tam musi być – jedziemy. Tylko czekałem, czy dojazd nie zamieni się w wymagający teren ale.. tylko ostatnie 2 km było po szutrze, nic trudnego. Docieramy, jest... stoliczek. Na szczęście ktoś zajrzał za małą rzeczkę i.. tadam!! Stoi chata, obok niej ławy, stos chrustu, wężami podprowadzona woda ze strumienia... Piękne urokliwe miejsce, w środku gór, nad strumieniem.. Bajka Już po chwili płonie ogień, a do kubków leje się zaręczynowy szampan. Na zdrowie !! mapa: miejsce kampingowe (zaznaczone jako obóz harcerski w Osmand):
  15. 18 points
    Dzień 6 Gówno.. Szambo... Do dupy.. Pojechałem po ten chleb. A gość mi mówi że na zapisy. I że mieliśmy się wczoraj zapisać. Nosz.. Nie odpuszczę. Przywiozę ten chleb. Choć głupio tak szukać w spodenkach i klapeczkach na moto.. Znalazłem. Zrobiłem 20 km ale znalazłem i przywiozłem. Nic to, że deczko później – śniadanie było Dzień minął sobie spokojnie – trochę szutrów, trochę bocznych dróżek. Fajne w Serbii jest to że szutry zaczynają się znienacka, nawet na 3-cyfrowych żółtych drogach, nie kilkusetmetrowe kawałki, tylko jak już jest – to kilkanaście kilometrów – i znów bez żadnej przyczyny asfalt. Po drodze był krótki postój w jakimś miasteczku, dobra kawka i trochę śmiechu z miejscowymi. Dziś śpimy na kampingu nad jeziorem Zavojsko. Tak myślałem.. Żeby się tam dostać można najszybciej – od Pirot. Ale można też skrótem wzdłuż jeziora. Muszę pisać co wybraliśmy? No niby był jakiś zakaz.. ale taki wydawał się mało zobowiązujący. Po drodze trafiliśmy na wodospadzik – ładny. A potem zjechaliśmy z asfaltu nad to jezioro i.. Zonk. Rzeka. Szeroka dość, rwąca i lekko podtamowana (wody powyżej pół koła). Przed „wjazdem” do rzeki polana. Dyskutujemy, czy tu zostajemy nocować, czy zawrotka, czy jednak próbujemy przez tą rzekę. Przyznam się, że byłem pewien, że ekipa nie zdecyduje się atakować, ale.. jest duch Zrzucam przeto bagaże i jadę sprawdzić co za rzeką.Zaasekurowany przejeżdżam i.. mam chwilę zabawy – fajna dróżka, na lekko. 4 km dalej zaczyna się nowiutki asfalcik prowadzący na tamę i droga już sobie wiedzie dookoła jeziora – więc innych niespodzianek nie ma. Wracam, przekazuję wieści – Karson stwierdza że lepiej przejechać teraz i buty/ ciuchy przy ogniu wysuszyć niż od rana w mokrych jeździć. I tak się dzieje – wspólnymi siłami przeprawiamy wszystkich i wszystko. Zaraz za brodem rzeka wrzyna się w góry i jest kilkanaście metrów niżej.. Piękne miejsce z niecką.. Chciałbym tu jeszcze wrócić, zatrzymać się. Może kiedyś. Teraz lecimy na nasz kamp. Po drodze stajemy w jakimś przydrożnym barze zrobić zapasy na wieczór bo przecież człowiek nie wielbłąd.. Wydarliśmy z lodówki wszystko co było i na kamp, bo już ciemno. No i .. dojeżdżamy. W tym miejscu muszę wyjaśnić, czemu używam zamiennie sława „kamping” i „miejsce kampingowe”.. To co zastaliśmy dziś – to to drugie. Po prostu dwie drewniane wiatki nad jeziorem. Nic więcej. Z prysznica nici Ciężko też o drewno, widać że to miejsce służy miejscowym za miejsce wypoczynku weekendowego. Jakoś jednak udaje się zebrać trochę opału, ognisko się pali, buty schną. A wykąpiemy się w jeziorze mapa i miejsce kampingowe:
  16. 18 points
    Dzień 2 Ciężko wstać... oj ciężko... Zaraz... woda. Kto ma wodę?? Ktoś miał. Ktoś inny miał nawet jakieś jedzenie. Generalnie pozbieraliśmy się.. jakoś Dzień stał pod znakiem.. delikatnego błądzenia. Zaczęło się w miasteczku Körösszegapáti – jechaliśmy sobie na granicę z Rumunią. Chwilę przed granicą mały barek/ sklep – a że ciepło było – płyny należało uzupełnić. Szybka zrzutka pozostałych forintów i mieliśmy jakoś po coli na dwóch a Basia nawet jakieś piwo :D. Na popasie przejaśniało nam w umysłach, że przecież motocykle też muszą pić... Po stronie rumuńskiej żadnej stacji w pobliżu.. no to jedziemy do najbliższej w okolicy – 10 km, cóż, trudno. Stacja prawie widno, ale czynna, lejemy. Płatność kartą... a i owszem ale tylko mastercardem – jakąś znaleźliśmy i można było wracać na granicę. Wróciliśmy. A tam... szczere pole, szlaban i.. radiowóz w bocznej gruntowej. Skład damsko – męski, zagaduję do goście czy tędy można – mówi że nie, no to pokazuję mapę i pytam którędy. Pani policjant w tym czasie mierzy nas morderczym wzrokiem, dobrze że nas tylu że nie zmieścilibyśmy się wszyscy w radiowozie bo by nas z miejsca pozamykała. Na szczęście gość nie dał się sprowokować koleżance, drogę pokazał, cóż, trza na południe na legalną granicę. Pojechaliśmy, już bez przygód. A że czas już zaczął być najwyższy – po rumuńskiej stronie zacząłem wypatrywać miejsca na nocleg. Kampingu dziś na pewno nie będzie, śpimy w krzakach. Mapa pokazała coś niebieskiego, no to wbijamy się. Fajnie, bo szutrem, ale niefajnie – bo jezioro za rowem i wałem a busz taki że nie ma szans dojść do wody. I tak przejechaliśmy wzdłuż z kilometr, potem w lewo za „linią brzegową”.. Wreszcie widać przesmyk i trochę zieloności, ale... widać i jakąś starą kamienicę. Wodę widzimy ale widzimy i dwóch gości na brzegu – się okazało że to bardziej duży staw niż jezioro, a goście właśnie karmili ryby. Pytamy, czy to ich i czy można się rozbić - „nie ma problemu, można” - i pokazuje nam groblę z ładną trawką, ale wąską... Chwila narad i stwierdzamy, że zostajemy, za późno żeby czegoś innego szukać. No a potem... To był wieczór z rodzaju tych, dla których właśnie włóczymy się poza utartymi szlakami, nie planujemy ściśle, zdajemy się na los. Ten los dał nam świetnego gospodarza, który nie miał problemu z postawieniem namiotów, na pytanie czy możemy rozpalić ognisko... przywiózł nam na taczce porąbanego drewna, regularnie podchodził do nas z paraliżującą mocą palinką, Przyniósł nam zerwane w ogródku warzywa (pomidorki, paprykę) i kawał koziego sera... Jak zobaczył że pijemy już trochę ciepłe piwo z plastików – dostarczył zmrożone butelki, a jak już zeżarliśmy przywiezioną kiełbę – znienacka wjechały zrobione na grillu mici... Wieczór mijał radośnie i w totalnym zaskoczeniu. Gdzieś tam w głowach co prawda kołatało się pytanie.. jaki rano dostaniemy za to wszystko rachunek? Ale póki co – było jeziorko, gwiazdy na niebie, ognisko, towarzysze podróży.. Wypadałoby tylko zacytować gościa spotkanego na wyjeździe 2 lata temu: „I love Romania!!” mapa:
  17. 17 points
    Dzień 7 Ja tam się wykąpałem Niektórym przeszkadzało gliniaste dno i dojście do jeziora (niski stan), więc dziś jest ciśnienie na kamping z prawdziwego zdarzenia. Tyle że... wszelkie urządzenia nawigacyjne takich luksusów nie przewidują Ok, ok, zmienimy trochę trasę i pojedziemy nad kolejne jezioro – jest tam avto camp. Dziś mamy sporo kamienistych ścieżek, trochę się wspinamy. Mijamy pojedyncze domy... jest trochę jak w skansenie. No i nie widać młodzieży. Jeśli już kogoś spotykamy – to starszych ludzi. Same ścieżki natomiast fajne, można się wyjeździć. Po drodze jeszcze jakieś żarełko Nad Jezioro Vlasinsko docieramy jeszcze za dnia, będzie czas na relaks na kampingu.. taa, jasne. Przejeżdżamy miejscowość gdzie niby ten kamp ma być. Ani śladu. Mało tego, gubię z lustra Harrego.. Ciśnienie mi skacze, zawracam i spotykam naszą młodzież pod budką z pamiątkami. Wściekam się (niepotrzebnie, wiem – umówiliśmy się wcześniej że jak chcą stanąć to trąbią i stają, ponoć trąbili, ja nie usłyszałem zajęty szukaniem kampu). Nic, zostawiam ekipę i jadę szukać tego kampu. I znajduję.. a raczej to co z niego zostało. Czyli rozwaloną budkę przy rozwalonym szlabanie. Zjeżdżam niżej, do zagajnika nad jeziorem – stoi kilka namiotów, kilka przyczep, wrzaski, muza.. To nie dla nas. Wracam, a ekipa stoi z jakimś lokalesem, który mówi że nas na kamp weźmie. No to.. jedziemy za nim. Ale nas przewiózł wioska nad jeziorem na zboczu, a my wjechaliśmy chyba do najwyżej położonego domu Okazało się że „kamp” to w rzeczywistości pokoje. Po obejrzeniu decydujemy, że zmieścimy się w jednym. Napięcie rozładowują kolejne kieliszki domowej rakiji. Motocykle lądują w garażu i przed nim, my w pokoju, gospodarz czeka aż się zagospodarujemy żeby nam pokazać gdzie jest sklep. Wyszedł z tego bardzo fajny luźny wieczór, Znów całkiem przypadkiem spotkaliśmy serdecznych ludzi, którzy nas ugościli a zapłaciliśmy... no właśnie, gospodarz zapytał ile chcielibyśmy zapłacić i przyjął naszą propozycję z uśmiechem mapa i nocleg:
  18. 17 points
    A zróbcież wy se, kurde, po drugiej kawie, co?? Dzień 4 Wstajemy, śniadanie, ...kąpiel w jeziorze i jazda na ten prom. Dziś już koniecznie docieramy do... początku A że do przejechania tylko kilkadziesiąt kilometrów – nie ma się co spieszyć. Na przystań docieramy... za wcześnie. Na tyle wcześnie że ani skorzystać z dwóch mało zachęcających knajpek, ani skorzystać z rzeki (w tym miejscu brudna o bez dojścia) – po krótkiej naradzie odpuszczamy prom i jedziemy na most. No i pojechaliśmy. Jako, że nadal mam tylko nieco ponad 100 km do przejechania – szukam skrótów. Początkowo nawet się udaje... jest trochę szutrowania. Gdzieś w połowie drogi lądujemy na ściernisku – dróżka nagle się skończyła, trzeba zawracać... Chyba nawet były jakieś pierwsze wywrotki Później druga porażka – najpierw się gubimy w miasteczku, a jak już się znajdujemy – to ścieżka którą wybrałem wchodzi do lasu, ostro pod górę, pod nisko wiszącymi gałęziami.. tubylcy wymownie kiwają głowami... kręcą znaczy.. no ok, ok, nic na siłę, zawracamy... … bez większych przeszkód, z postojem na zakupy docieramy do kampingu nad Dunajem. Jakoś tu więcej ludzi niż ostatnio. Pierwszy zonk – nie ma stateczku... Zostało słownie kilka desek... szkoda. Drugi zonk – właściciel kategorycznie nie zgadza się na rozpalenie ogniska. No nie powiem, ruszyło mnie to. Zamiast tego proponuje nam dostęp do paleniska z rusztem w swojej „kuchni” Trochę wnerwiony poszedłem odreagować z wędką. Co prawda ryb żadnych ale.. jakieś pożywienie zdobyłem Niestety reszta ekipy jakoś nie była zainteresowana Palenisko jeszcze chwilowo zajęte. Gospodarz gotuje... coś. Syf w tej niby kuchni że głowa mała, ale zdobywamy kawałek rusztu względnie nadającego się na to co ze sobą przynieśliśmy. Zaglądamy szefowi do gara... Nie wygląda, ale pachnie dobrze. W przypływie szaleństwa, chyba chcąc jeden przed drugim nie wyjść na mięczaka zamawiamy z Karsonem po porcji. Przychodzi wieczór, zasiadamy do kolacji na tarasie przy budynku kampu... gospodarz przynosi (okazało się) zupę rybną z wkładką Dobra, choć w głowie obraz warunków przygotowania każe mieć się na baczności. Oprócz tego nasze kiełbaski, warzywa... Słońce zachodzi, Karson pomaga miejscowemu wyciągnąć rybę (powinniśmy zniżkę dostać bo to pewnie na jutrzejszą kolację) – jest błogo... Podoba mi się mapa: kamping:
  19. 16 points
    Dzień 16 Czujemy już że nasza tegoroczna podróż dobiega końca. Staramy się jednak łapać chwile. I przypadkiem trafiamy na jeszcze jedną, piękną, przełęcz: Solkpass. Sporo motocykli głównie tutejszych i niemieckich. Dalej kierujemy się w kierunku czeskiej granicy. Nie mieliśmy w tej podróży szczęścia do promów więc... tym razem musi się udać – i udaje się Zaraz za granicą czeską jest jezioro, a przez nie – mały prom. Mamy to Za promem nieuchronnie obieramy kierunek „orzeski”. Jedziemy do wieczora, z przerwą na małe zakupy. Mamy kilka kampingów pod drodze, ale dobrze się jedzie i mijamy kolejne miejscówki. W końcu – zjeżdżamy. Fajny plac nad jeziorem, budynek sanitariatów, recepcja... tyle że zamknięta. Ale jest bar, zachodzimy, pytamy.. kamp był, jeszcze chyba w zeszłym roku, ale już zamknięty. Woda jest... w jeziorze Za to można „smażeny sir” na kolację zjeść i zimnym lanym czeskim podlać. Nie trzeba nam nic więcej – organizujemy obóz, bierzemy kąpiel i idziemy podjeść, właściciel baru od siebie stawia kolejeczkę – ostatni wieczór mija przyjemnie i leniwie. mapa (3 kawałki, bo mapki robię w zimie, kiedy nie da się przejechać przez przełęcz Solkpass ani przepłynąć promem Kyselov – Dolni Vitavice): miejsce kampingowe:
  20. 16 points
    No... faktycznie... ta ambona jest wspaniała i na prawdę robi wrażenie Arturze [emoji16][emoji16][emoji16] Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
  21. 14 points
  22. 14 points
  23. 14 points
    Bo pożyczył sobie mój wyprawowy zeszycik Najpierw się przestraszyłam, jak poprosił o moje zapiski... jeeeezuuu... przecież tam jest wszystko co miałam w tej mojej stukniętej główce.... łącznie z tym czego nie powinnam mówić na głos... poinformowałam go, że takie zapiski to jak pamiętnik... i że mu nie dam ! Ooohoooo... widzę tę minę fuck... " Ok. Chcesz i jesteś tego pewien ? " - Uprzedziłam, że momentami nawet dla niego będzie to szokujące... Chciał... w tym momencie to zżerała go ciekawość. … … ufff... nadal jesteśmy małżeństwem
  24. 13 points
    Dziękuję za uznanie. Tam się naprawdę było trudno wspiąć
  25. 13 points
    Ja ogólnie, na własna odpowiedzialność, wciskam się gdzie się da, nie mam jakichś pretensji do kogoś kto mnie nie zauważy i z tego powodu nie zjedzie, jedynie takie wybitne jednostki co to specjalnie zajeżdżają drogę są bardziej denerwujące, ale z takimi nie ma co wchodzić w polemikę, bo i tak z góry jesteśmy na straconej pozycji, tym bardziej wrzucać ich do jednego wspólnego worka "puszek"... Ogólnie jak to w życiu, przecież na świecie niewielu jest debili.. są jednak tak sprytnie porozstawiani, że co chwilę się na jakiegoś trafia


×