Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 23.10.2020 in all areas

  1. 24 points
    Mało relacji to coś napiszę. Może ktoś zechce przeczytać. Taka sytuacja się wykroiła w tym roku, o której już wspominałem, że mama/żona przełamała strach i zezwoliła na dłuższe moto wycieczki z synami. Trwało to troszeczkę bo motorkami latam na poważnie jakieś 11 lat a synowie mają po 17 i 14. Pierwsze jazdy jednodniowe zrobiliśmy w sierpniu i Bartek (starszy) zafascynowany a Marcin troszkę klepał w ramię żeby tyłek odpoczął. Bartek - cztery dni w siodle. Wyjeżdżamy w czwartek rano 10 września z Warszawy w kierunku Roztocza. Pogoda nie rozpieszcza bo całą noc padało a teraz mży z małymi przerwami. Jedziemy, trochę mokniemy, trochę schniemy ale przemy do przodu. Myślę, fajny test dla Bartka, bo albo w tę albo we w tę. Dojeżdżamy do Suśca ok 15.15 i szukamy noclegu. Udaje się za drugim podejściem w niezłym miejscu i nawet Trampek ma mieć miejsce pod dachem. Pakujemy się do pokoju, robimy herbatę, rozwieszamy ciuchy do suszenia i staje się cud. Trochę powiało, rozgoniło chmury i przebija się słońce. Skoro tak to idziemy na spacer szlakiem szumów. Na Roztoczu już byliśmy ale szukamy nowych miejsc. Wodospad na rzece Jeleń. Szumy na Tanwi. Młyn w Rybnicy. Jest dobrze. Idziemy, podziwiamy piękno przyrody i rozmawiamy: - Jutro, do południa przepłyniemy się kajakami po Tanwi. - Tatuś, jutro to jedziemy, na kajaki to możesz mnie zabrać do Otwocka. Taka sytuacja.
  2. 23 points
    Następnie udajemy się w stronę granicy francusko włoskiej (Les Chavonnes?) gdzie spotykamy resztę grupy (wcześniej rozdzieliliśmy się, Afryki pojechały zwiedzać Włochy) I zjeżdżamy w stronę Val d'Isere w celu znalezienia jakiejś knajpy, w której moglibyśmy zjeść obiad Okazuje się, że w Val d'Isere wszystko pozamykane jest czynny jeden sklep spożywczy gdzie nabywamy jakieś żarcie i raczymy się pod nim. Miejscowość jak pozostałe jest zupełnie pusta Po jedzonku próbujemy zdobyć pobliską przełęcz niestety jest zamknięta, robimy więc odwrót z powrotem na Włochy. Na miejsce wyznaczonego campingu w Breuil docieramy ok 20.00 ale okazuje się, że go nie ma . Z racji odmiennych zdań co do zagospodarowania pozostałego czasu wieczoru dzielimy się na grupy, grupa GSiarzy idzie do hotelu grupa Afrykanerów hmmm, do dzisiaj nie wiem co się z nimi tej nocy działo Następnego dnia spotykamy się w miejscu gdzie poprzedniego dnia szukaliśmy hotelu Poprzedniego dnia nie wyglądało to tak różowo, padał deszcz, o 21.40 nie mieliśmy jeszcze zapewnionego noclegu, a dwójka śmiałków wyruszyła w stronę gór po śniegu podążając za śladem na booking , cudem wszyscy wrócili cało i zdrowo. Poprzedni dzień był ostatnim kiedy widziałem się z Afrykami, obecny stwiał przede mna wybór czy jadę z Danielem, Tomkiem i Dawidem w stronę Austrii czy z Pawłem do jego rodziny pod Baden Baden, rzut monetą wybrał opcję wyjazdu z Pawłem. Ok 20.00 docieramy w okolice Baden Baden gdzie szwagier Pawła wita nas wg zasady słynnej polskiej gościnności gruszkówką i kiełbaskami. Czeka na nas jeszcze baranina z grilla i pieczone ziemniaczki, czuję że los był dla mnie łaskawy . Okolica jest piękna Następnego dnia ruszamy z Pawłem żeby zobaczyć okolice słynnego Schwarzwaldu, okazuje się że to takie mniejsze Bieszczady, mają nawet swoją zaporę Po powrocie zwiedzamy sobie jeszcze Baden Baden, temperatura dobija chyba 30 stopni No i wieczorem kolejna biesiada, tym razem żeberka. Ruszyć się nie mogłem... Następnego dnia powrót do Polski, do okolic Legnicy jechałem z Pawłem później się rozdzieliliśmy. Paweł zrobił tego dnia 800 ja 1100 km
  3. 23 points
    Piątek. Pogoda wspaniała. Wciągamy kanapki z pasztetem i pomidorem czyli standardowe śniadanie na wyjazdach, pakujemy manatki i w drogę. Gospodarzy już nie ma, zamykamy bramę i startujemy w kierunku Bieszczad. Droga mija elegancko i po 1,5 godzinki jesteśmy w Twierdzy Przemyśl Fort XII WERNER. Konkretnie to całujemy klamkę ponieważ Fort jest zamknięty ze względu na małe zainteresowanie zwiedzaniem. Polną drogą (co Bartkowi się podoba) jedziemy do Fort XIIIb Bolestraszyce. Fort elegancko ogarnięty, świeżo ogrodzony ale na zwiedzanie trzeba się umówić wcześniej. To by było na tyle, a obaj lubimy fortyfikacje. Ciągniemy dalej i za około dwie godzinki jedziemy WPB. Zatrzymujemy się w Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej. To nie jest zwykła kapliczka z silnikiem motocyklowym. To silnik od Suzuki VS 800 Intruder, moje marzenie z czasów jak jeszcze byłem na etapie kurtki ramoneski. Intrudera nie kupiłem ale do dziś mam metalową wpinkę do kurtki. Po kawce jedziemy dalej trochę główną, trochę bokami, Zaglądając w jakieś dziury i takie tam. Kierujemy się w stronę Beskidu Niskiego. Nocowałem kiedyś w Krempnej nad zalewem i liczyłem że z noclegiem nie będzie problemu, a i małe ognisko uda się zrobić. Niestety, dobra pogoda przyciąga tłumy i kiszka, ale o tym później. Zdjęć mało bo tylko jedziemy, tankujemy, wciągamy hot-doga i dalej jedziemy. Dlatego jeżeli pozwolicie to uzupełnię Bieszczadzki temat (ha, ha, jakie macie wyjście) i opiszę kilka miejsc. Bieszczady kojarzą się z Połoninami, Tarnicą, Soliną, Siekierezadą a dla motocyklistów z Wielką i Mała Pętlą. Duże uproszczenie. Bieszczady przejechałem i przeszedłem dość konkretnie ale w tym roku trochę nieoczekiwanie spędziłem tu na raty wraz z rodziną 15 dni i odkrywałem nowe miejsca. Oto kilka z nich. Może komuś się przyda. Wodospad na Olszance. Najpiękniejszy w Bieszczadach. Nawet graffiti tak mocno nie daje po oczach. Można dojechać pod sam wodospad. Okolice miejscowości Uherce Mineralne. Jeziorka Duszatyńskie. Spacerek na dwie godzinki i raczej wg mnie bez rewelacji chyba że chcesz przejść się szlakiem Karola Wojtyły. Wodospad Szepit na potoku Hylaty k. Zatwarnicy. Kilka minut spacerkiem. Marcin- mój młodszy. Rezerwat Przyrody Sine Wiry. Godzinkę spacerkiem ale fajne. Kamień Leski. Skała wystająca z niczego. Widziałem wcześniej ale fajna. Tuż przy drodze. Tradycyjny wypał węgla drzewnego. Kilka lat temu próbowano wprowadzić nowoczesne retorty ale nie wyszło. Bieszczady bez wątpienia są fajnym miejscem choć coraz bardziej zatłoczonym i tracą klimat poprzednich lat. Dodatkowo tegoroczna sytuacja pandemiczna spowodowała zwiększony najazd turystów i było dość tłoczno. Fajnie że to czytasz. Możesz napisać czy OK czy się nie podoba. Pozdrawiam.
  4. 23 points
    Jest duża szansa na reaktywację EnduroBoysów. Radzio nabył Wigry 3 TT z trzema garnkami. Ride, eat, sleep, repeat...
  5. 21 points
    Następny dzień obejmuje plan dojechania do Francji. Zaczynamy go od pokonania przełęczy Bernarda Niestety jedna z przełęczy, która znacznie skróciła by nam drogę jest zamknięta, mamy więc opcje dołożyć jakieś 5 godzin drogi albo wybrać opcję transportu kolejowego Furka Pass. Wybieramy tę drugą opcję Zawsze jest czas na kawę Dalej śmigamy sobie Szwajcarskimi drogami w stronę Francji, niestety restrykcyjne poruszanie sprawia nam wszystkim problem . Oddech łapiemy po przekroczeniu granicy z Francją, wszyscy jadą 200 żeby odreagować . Pod wieczór docieramy do Chamonix, wybieramy opcję namiotową Skrupulatne planowanie wyprawy Następnego dnia planujemy wjechać na Mont Blanc kolejką Niestety Pani w okienku szybko gasi nasz zapał ponieważ pokazuje na monitorze, że na górze nie ma w ogóle widoczności, tak więc 67 euro jakie kosztuje wjazd poszłoby się przejść, bo równie dobrze można sobie popatrzeć na mgłę w Polsce. Robimy więc kilka fot Chamonix, które jak pozostałe odwiedzone przez nas kurorty wygląda jak miasto w westernie o 12 w południe. Kolej na Mont Blanc Ruszamy dalej w stronę Val D"Isere Na Val d"Arly robimy fotki, od taki zwykły ośrodek narciarski Natomiast widoki drogi od tej miejscowości oraz dalej przełęcze w tym rejonie robią wrażenie \
  6. 21 points
    Dojeżdżamy do Cortiny gdzie planujemy nocleg Wszyscy zgodnie podejmujemy decyzję, że po prysznicu, który spotkał nas na górze przełęczy celować będziemy w nocleg w hotelu. Szybki telefon do najtańszej oferty na booking w okolicy i udaje się zbić bookingową cenę o kilka euro, w końcu w ekipie jest kilku handlowców . Po prysznicu i rozwieszeniu ciuchów ruszamy na miasto Cortina jest miastem typowo nastawionym na turystów górskich i wygląda jak typowy kurort tego typu czyli ma swój urok niemniej to pierwsza miejscowość, w której zauważamy totalny brak turystów. Poza kilkoma motocyklistami nie ma właściwie nikogo. Nagonka medialna i straszenie ludzi robi jednak swoje... Następny dzień zaczyna się nieszczęśliwie. Bez pośpiechu, po śniadaniu zaczynamy pakowanie, niestety mój motocykl ustawiony jest na parkingu dosyć niestabilnie. Podczas zapinania torby przechyla się lekko na prawą stronę, a niestety jestem ustawiony z tyłu także nie udaje mi się go przytrzymać więc z całym impetem przewraca się na prawo. Po podniesieniu ocena strat, na szczęście gmole ratują sytuację, poza zadrapaniem na prawym gmolu nie dzieje się nic więcej ale to nie koniec przygody..... Ruszamy, spokojna jazda po mieście jednak jeden z naszych rusza nagle w prawo, jako że nie mam wbitej mapy docelowej w pośpiechu skręcam za nim, okazuje się jednak, że jest jakiś problem z kierownicą, nie mogę skręcić jej w prawo! Zaliczam glebę na skrzyżowaniu, ku mojemu przerażeniu tryska płyn spod obudowy prawego plastiku, myślę sobie że to już koniec mojej wyprawy.. Rolo pomaga pozbierać mnie z ulicy i oceniamy co się stało. Okazało się, że pomiędzy widelec a owiewkę dostała się plastikowa butelka z wodą, nie wiem czy ktoś tam ją położył czy sam nieopacznie ją tam odłożyłem przy pakowaniu. Na szczęście okazuje się, że tryskający płyn to woda z butelki, która pod naciskiem lagi po prostu pękła. Szczęście w nieszczęściu, że stało się to wszystko przy małej prędkości, nie chcę myśleć jakby to było jakbyśmy wyjechali gdzieś na prostą poza miastem... Na szczęście gmol znowu ratuje sytuację i motocykl wychodzi bez szwanku. Wjeżdżamy w Dolomity Kierujemy się do Livigno gdzie planujemy nocleg. Niestety ze względu na dość niskie temperatury znowu wygrywa opcja hotelowa (po 40tce człowiek lekko dziadzieje ) Wyjeżdżamy z Livigno gdzie tradycyjnie czeka nas krótka kontrola celna (Livigno jest strefą bezcłową) i dojeżdżamy do tarasu widokowego z pięknym widokiem (na tapetę go! ) Kierujemy się na Stelvio robiąc po drodze kilka fotek Docieramy na miejsce Padre w akcji Jurek Dalej kierujemy się do Szwajcarii, która wita nas pięknym widokiem Szybko jednak zostają zweryfikowane nasze dzisiejsze plany zwiedzania tego kraju, psuje się jedna z Afryk Honda to jednak gówniany motocykl . Niestety z racji braku odpowiednich łatek udaje się usunąć awarię tylko na tyle żeby wrócić do Livigno, nie ma szansy na znalezienie wulkanizacji bo jest niedziela. Wracamy do Livigno, tym razem na pole namiotowe Tradycyjnie uderzamy "w miasto" Jesteśmy w nim chyba sami... Następnego dnia Szwajcaria, podejście drugie.... tuż po przekroczeniu granicy Po drodze widoki zrywają kapcie z nóg Po Szwajcarii motocyklem jeździ się średnio bo wszędzie są ograniczenia i fotoradary a kary są bajońskie, niemniej dla widoków zdecydowanie warto tam się wybrać. Na jednej z przełęczy zostaję z tyłu bo chcę porobić zdjęcia Dostaję telefon od chłopaków, którzy są już na górze, że muszę dotrzeć w ciągu dwóch minut bo zamykają przełęcz z powodu robót drogowych, wsiadam więc na moto i tempem Valentino Rossiego "zdążam na czas" . Po zjeździe z góry pogoda staje się zdecydowanie letnia, widoki również Problem jest tylko taki, że za bardzo nie ma się zatrzymać. Wszędzie rozkazy, nakazy i tereny prywatne, dla nas Polaków jest to trochę niezrozumiałe.. Na następny dzień planujemy pokonać przełęcz Bernarda a następnie przedostać się do Francji, niestety nie uda się zrealizować naszego planu z przyczyn od nas niezależnych...ale też będzie fajnie . Wieczorem docieramy na pole namiotowe do miejscowości Andermatt To powieść oparta na faktach z odrobiną fantazji, nie odbieraj mi tego
  7. 21 points
    Szybkie wagary z młodszym synem. Guzów k. Żyrardowa. Pałac odkupili (nie odzyskali) przedwojenni właściciele w 1996 roku i długo nic się nie działo. Teraz widać że coś drgnęło. Pałac ma ciekawą historię a według opowieści to tu Hitler wydał raut z okazji kapitulacji Warszawy w 1939. Podobno było tak ostro że Hitler dowiedziawszy się co nawyprawiali jego ludzie napisał list z przeprosinami do właścicieli pałacu. Podobno to jedyne "przepraszam" w życiu Adolfa. Besiekiery. Borysławice Zamkowe. Koło. Przedecz. Wietrzychowice. Grobowce - Megality. Lucień. Okrąglaki - ośrodek wypoczynkowy z czasów PRL. Cztery okrągłe budynki (coś na kształt opony bo środek pusty) połączone zadaszonymi korytarzami. Luksus, każdy pokój miał łazienkę i balkon, była restauracja i kawiarnia. Po komunie ośrodek funkcjonował w prywatnych rękach kilka lat ale koszty między innymi ogrzewania elektrycznego zabiły biznes. Nowy Duninów. Pyknęło 530 km w 12 godzin. Było gorąco. Szerokości.
  8. 19 points
    Już w zeszłym roku powstał plan żeby w czerwcu 2021 ruszyć w Alpy. Dla mnie na motocyklu był to debiut ale mam to szczęście, że moi dobrzy znajomi mają zjeżdżony temat wzdłuż i w szerz więc opcje planowania miałem z głowy. Do końca nie wiadomo było jak będzie przedstawiać się sytuacja epidemiczna, nie wiedzieliśmy czy wymagane będą testy bo media wprowadzają dość duże zamieszanie w temacie. Wszyscy więc profilaktycznie odbyliśmy szczepienia, mi udało się przyjąć tylko jedną dawkę ale odbycie niepełnego szczepienia uprawnia do tzw. paszportu szczepienia, który można wydrukować sobie z e-pacjent. Okazało się później, że wszelkie obawy były nieuzasadnione ponieważ nie istnieje coś takiego jak obowiązek testów czy jakiekolwiek kontrole na granicach. Wszystko odbywa się tak jak w czasach przed covidowych. Plan był żeby zjeździć Alpy od strony austriackiej, włoskiej, szwajcarskiej i francuskiej, przez przypadek udało się jeszcze zobaczyć część Niemiec ale o tym potem. Wyjazd planowany był na 10 dni choć z racji mojej odległości do Zell Am See, gdzie planowaliśmy pierwszy nocleg musiałem zarezerwować sobie ich 11. Pierwszy dzień to dojazd do Pawła do Wrocławia i nocleg w jego domu, żeby wyruszyć całą ekipą następnego dnia . W sumie uzbierało się 8 chętnych na wyjazd spoza Wrocka był tylko Tomek, Daniel i ja. Jeżeli operować nazwami forum to była to mieszanka ludzi z forów Africa Twin i f650gs.pl. W związku z tym, że był to wyjazd mieszany użytkowników Hondy i GS nie obyło się oczywiście bez złośliwości podczas całego wyjazdu, wyszło jednak na to, że GS są bardziej bezawaryjne . Wyruszyliśmy ok 8.00 w czwartek 3.06. Umówiliśmy się na stacji BP na Karkonoskiej we Wrocławiu tak żeby każdy był zatankowany i gotowy do drogi. Planowany dojazd do Austrii przez Czechy, ponad 800 km zupełnie bez historii. Nudna droga w dosyć żwawym tempie (mam nadzieję, że nie przyjdzie pocztą dodatkowa fotorelacja ). Ten dojazd spowodował, że postanowiliśmy z pewnością nie wracać przez Czechy, nudno, tłoczno i gorąco. Po kilku postojach na tankowanie, siku i jakieś jedzenie docieramy ok 18.00 do Zell am See na camping. Widoki zaczynają być całkiem całkiem... Następnego dnia wyruszamy na sławny Grossglockner. Trasa robi oczywiście wrażenie jak nie pozna się innych przełęczy alpejskich niemniej klimat jest bardzo fajny. Ludzie wjeżdżają tam na różnych sprzętach od najnowocześniejszych i najdroższych maszyn, poprzez motorowery i skutery na klasykach kończąc. Największe wrażenie zrobił na mnie chyba stary KTM, chyba jeszcze z lat 70 o jakiejś mizernej pojemności. Niestety zdjęcia nie zrobiłem bo moto było ruchu i nie zdążyłem wyjąć aparatu. Śniegu na górze zalega jeszcze sporo, niemniej temperatura na jazdę na moto jest komfortowa (ok 8 stopni) Dalej zajeżdżamy na Kaiser Franz Josefs Hohe - czyli punkt, z którego można popykać foty na Grossglockner I Grossglockner w całej okazałości Dalej kierujemy się stronę Włoch, po drodze w Austrii jeszcze kawka na wodzie z górskiej wody No i czas na foty widoczków Wjeżdżamy do Włoch, jest znacznie cieplej i widoki powalają, niestety nie mam jakiś spektakularnych fot z tamtej chwili. Zaczyna padać więc wszyscy ubierają przeciwdeszczówki, ja jako że nie wziąłem tzw. kondoma musiałbym wypakować z bagażu podpinki ale oczywiście mi się nie chce...Za jakiś czas będę tego żałował. Dojeżdżamy do jednej z przełęczy, deszcz zaczyna lać. Bez membrany moje ciuchy łapią wodę jak gąbka, a temperatura spada do jakiś 12 stopni. Im wyżej się wspinamy tym temperatura spada żeby na górze osiągnąć wartość 2 stopni, zamarzam!!! Nie mam siły robić zdjęć, wszystkie zamieszczone poniżej są autorstwa Dakarowego i Rola Na górze jest jakiś zlot właścicieli Deloreanów, naliczyliśmy 7 (jeden jechał na lawecie), tak więc były to chyba wszystkie istniejące sztuki na ziemi.
  9. 19 points
    Cześć Zaraz po zlocie w Radkowie ruszyłem na kilka dni do Włoch, głównie Dolomity. Coś udało się nagrać z tego wyjazdu. To jest część 1 z 3 Dziś o 18.00 wpadnie kolejna
  10. 16 points
    Wróciliśmy wszyscy, cali i zdrowi z telefonu
  11. 16 points
    Święta to dobry czas by mieć czas ... na takie rzeczy! 6 lat temu szwagier obiecał aż w końcu mu się udało znaleźć chwile! Polecam z dźwiękiem.
  12. 15 points
    Przejechałem się na TR650 Strada od [mention]arthurr [/mention] No i się zaczęło [emoji6] Trudno znaleźć motocykl uniwersalny każdy jest na cos nastawiony ale … 2015r. Wtrysk , niska waga no i cena której nie można porównać z żadnym innym podobnym motocyklem Będzie przeróbka pod adv no i można się w błocie szarpać [emoji6] c.d.n. Jeszcze chwila i zaczniemy wątek : O dwóch takich co jeździli Stradą [emoji123] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
  13. 14 points
    No to jesteśmy, dojechaliśmy, dalej nie jedziemy. Ponieważ mamy ograniczony czas na wycieczkę, postanawiamy odpuścić zaliczanie „najdalszych punktów”, które bardzo często są wydmuszkami, tak było z Dunnet Head w Szkocji, dojeżdżasz i nie widać różnicy, ot kolejna wymyślona przez człowieka „granica” istniejąca wyłącznie w głowie i na mapie. Dojechalibyśmy dalej ale zamieniliśmy to na trzy dni eksploracji Lofotów, czy warto? To już każdego indywidualne wybory. Pogoda nie rozpieszcza, są przebłyski. Chmury mają swój klimat, jednakże w słońcu to miejsce nabiera niesamowitych barw. Ruszamy, plan na dziś: Bogowie nam jednak sprzyjają, jak pada to w oddali, cała trasa „na sucho”
  14. 14 points
    Prawie 2 lata od wycieczki i rok od ostatniego postu, no ale my tu oceniamy mężczyzn po tym jak kończą. To jedziemy, mamy nowy dzień, wstajemy z barłogu, za oknem szaro, zimno ale nie pada, ćwiczymy cieszenie się z małych rzeczy. Szybkie śniadanko z kawą i w drogę Cały czas nie pada, ale jest potwornie zimno (5 stopni), co jest dodatkowo potęgowane porywistym wiatrem, jesteśmy coraz bardziej na północy, więc z infrastrukturą kiepsko. Ratunkiem są przydrożne chatki, w którym można się trochę rozgrzać i rozprostować kości. Oczywiście w środku jesteśmy zdani na to co mamy ze sobą, w Norwegii termos z gorącą herbatą robił robotę. Mimo chłodu, wiatru i braku słońca, jest cudnie, widoki mają swój klimat, przypominają o tęsknocie za czymś utraconym… Jedziemy dalej, tunel za tunelem, aż jeden z nich wita nas ochoczo mrugającymi czerwonymi światłami, które zdają się mówić „nie wjeżdżać”! Podjeżdża do nas dwóch lokalesów i sprawdzają w swoich aplikacjach, że trzeba czekać, pomoc w drodze. No to czekamy, a że zaczęło padać to w tunelu: Przyczyną było oderwane koło w przyczepce, która utknęła tarasując przejazd. Wszystkie tunele są monitorowane i automatycznie wyłapują takie sytuacje, wzywają pomoc i informując o niebezpieczeństwie, nie było ono wyimaginowane, tunel szedł w dół i skręcał w lewo, nie było jak bezpiecznie wyminąć zawalidrogi, do najbliższego miasta kawałek, całość zamieszania trwała ponad godzinę. Jakiś prom nam uciekł, ale złapaliśmy następny. Ostatni na dziś a właściwie na dłuższy czas Z promu rzut beretem do naszej nowej bazy, która będzie naszym punktem wypadowym na Lofockie wycieczki Dni tu długie, można łazić do nocy, więc wybraliśmy się na krótkie zwiedzanie Dawać dalej?
  15. 12 points
    Krótkie podsumowanie sezonu. Niby tylko wokół komina, ale było ciekawie.
  16. 12 points
    Trzynasty dzień. Przepiękne Podlasie. Wioska Topiło pożegnała nas takim oto widokiem: Kolejną "atrakcją" tego dnia była wykoncypowana przez Wojtka wizyta w BPN - skierowaliśmy się więc do Hajnówki i potem dalej w las. Po jakimś czasie dojechaliśmy do białowieskich Krupówek, gdzie Wojtek natychmiast pobiegł robić zdjęcia jakimś budynkom i takim tam pierdołom. Biedak musiał czekać chyba godzinę, żeby pod tą bramą znalazło się mniej niż milion ludzi...:-) Wizyta w BPN przebiegła sprawnie i już po 10 minutach Wojtkowi przeszła ochota na zwiedzanie budynków i drzew wspólnie z milionem innych ludzi. Wyjeżdżając stamtąd widzieliśmy kolejny milion ludzi zmierzających samochodami do tej wspaniałej atrakcji... Wojtek jako wytrawny turysta upolował również trofeum, które umilało mu dalsze cierpienia podczas naszej szlajanki... No nic, jedziemy dalej. Celem tego dnia był przejazd doliną Narwi - byłem tam już kiedyś i wiedziałem, że czekają nas wspaniałe przygody! Naszą wizytę w dolinie zaczęliśmy od mega wyżerki w miasteczku Narew. Miejsce nie rzuca może na kolana swoim wyglądem, ale jedzonko i obsługę mogę z czystym sumieniem polecić. Za obiad zapłaciliśmy jakieś śmieszne pieniądze, więc wzięliśmy drugi obiad, za który (ku naszemu zdziwieniu) również zapłaciliśmy śmieszne pieniądze! Niestety nieprzewidzianym skutkiem naszej wyżerki był brak możliwości ruchu. Przeczekaliśmy ten kryzys z iście stoickim spokojem. Jedziemy dalej! Przepiękna rzeka Narew i jej rozlewiska Pierwszy dzień na Podlasiu był piękny dzięki wodzie, kolorowym cerkwiom i kościołom, szutrowi, lasom, drewnianym domom z okiennicami.... A najważniejszy był chyba spokój, jaki tam panował. Dzięki niemu zapanował również cudowny spokój w mojej głowie i ta jazda stała się niebiańska. To był dzień najlepszej jazdy na tej wyprawie. Brakuje mi słów żeby opisać to, co wtedy czułem. Zapomniałem o bożym świecie i skupiłem się na przemykających widokach i wibracjach motocykla niosącego mnie ku kolejnym przygodom. Podlasie jest inne od reszty Polski, piękniejsze, spokojniejsze. A później były Odrynki... O skicie w Odrynkach mógłbym wiele napisać, ale nie chce mi się. Tam po prostu trzeba być i to poczuć. Jedziemy dalej! Nocleg tego dnia znaleźliśmy w okolicy wsi Zaczerlany, ok. 20 km na południowy wschód od Białegostoku. Zasypiając tego wieczora poczułem spełnienie moich adwenczurowych pragnień. Nie byłem daleko, nie byłem wysoko, nie byłem na końcu świata - po prostu piękno Podlasia zrobiło robotę.
  17. 12 points
    Czwarty dzień: Beskid Niski. Po przebudzeniu w cichej dolince i sprawdzeniu pogody doszliśmy do wniosku, że na kolejny nocleg będzie trzeba poszukać czegoś pod dachem – prognoza zapowiadała opady na ten wieczór i cały następny dzień. W związku z tym postanowiliśmy przemieścić się w rejon Bieszczad Zachodnich. Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy w drogę zahaczając o zalew soliński od południa. Powiem szczerze, że byłem rozczarowany – wszędzie płoty, domki na wzgórzach dla wybranych, śmieci bezładnie porozrzucane no i do tego mało wody w jeziorku. Ogólnie nic szczególnego. Zatrzymaliśmy się na jakieś zdjęcie i krótki odpoczynek, po czym ruszyliśmy dale na zachód przez Cisną. Był środek wakacji, więc w Cisnej były tłumy i korki, ale prawdziwy horror znaleźliśmy w rejonie stacji początkowej kolejki leśnej w Żubraczym. Kiedyś jeździłem tą kolejką do Balnicy, aby stamtąd rozpocząć trekking szlakiem granicznym. Teraz ludzie muszą czekać tam w kolejce do parkingu, a po zaparkowaniu czekać w kolejce do kolejki….brrrr Opuściliśmy te Krupówki czym prędzej i śmignęliśmy do Nowego Łupkowa z nadzieją znalezienia tam noclegu. Okazało się jednak, że schronisko w pobliżu tunelu jest zamknięte, więc po wzięciu jakiegoś jedzonka w sklepie ruszyliśmy przez pola i lasy w kierunku bliżej nieznanym. Było przepięknie – niezbyt strome, trawiaste pagórki przeplatane kępkami lasu, super widoczki i do tego zero ludzi! Po godzinie spokojnej jazdy i częstych przystankach w celu podziwiania widoków niespodziewanie zaczęła się walka – błotniste koleiny przykryte trawą, wąskie błotniste drogi w gęstym lesie no i przeprawy przez większe i mniejsze rzeczki. Adwenczur pełną gębą!!:-) Po przeprawie przez rzekę okazało się, że wylądowaliśmy w wiosce o nazwie Smolnik. Robiło się już późno, więc napotkani po drodze mieszkańcy skierowali nas do Uszy. Usza posiada fajną miejscówkę ze świeżo zrobionymi, schludnymi pokojami, czystymi łazienkami i wspólną kuchnią. Cena: 50 pln od głowy - z czystym sumieniem mogę polecić. Okazało się, że zlądowaliśmy tam rychło w czas. 2 godziny po naszym przyjeździe zaczął siąpić deszcz i tak już było również przez kolejny dzień.
  18. 12 points
    Drugi dzień Wieczorem poprzedniego dnia szukaliśmy informacji o ewentualnych ograniczeniach wjazdu na Ukrainę. Znalazłem jakiś skrawek o wprowadzeniu kwarantanny, ale trudno było się połapać odnośnie daty. Nic to - pojedziemy zobaczymy. Po porannej kawce i śniadanku na ściernisku ruszyliśmy w kierunku przejścia granicznego w Medyce. Pogoda była piękna, a wąskie asfalty wśród pól prowadziły nas szybko do Przemyśla i dalej do granicy. Jakieś 300 metrów od przejścia podjechałem do auta SG, w którym siedziało 2 "strażników teksasu" i zapytałem ich czy wiedzą cokolwiek o kwarantannie na Ukrainie. Odburknęli cos od niechcenia i wrócili do swojej roboty polegającej na udawaniu że nas nie widzą. No nic, jedziemy dalej. Po dojechaniu do szlabanu utknęliśmy w kolejce na dobre. Słoneczko pięknie opalało nasze glace, nasze motorki i wspaniale rozgrzewało asfalt pod naszymi stopami. Świeżo wyremontowane przejście graniczne nie potrzebuje przecież zadaszenia chroniącego podróżnych przed słońcem czy deszczem... Podszedłem do strażniczki teksasu i grzecznie zapytałem czy ma jakieś informacje na temat ograniczeń wjazdu w kraju znajdującym się 100 metrów dalej. Spojrzała na mnie jak na kosmitę i chyba oburzyła się moją bezczelnością. Staliśmy więc tak sobie z godzinę po czym oddaliśmy paszporty do ostemplowania przed wyjazdem. Szlaban się otworzył! Jedziemy!!!:-) Po kolejnych 20 metrach Ukraińscy Strażnicy zapytali czy zgadzamy się na kwarantannę.... I tak skończyła się nasza szlajanka po Ukrainie. Nie będę komentował zachowania strazników teksasu - niech każdy sam wyciągnie wnioski na co idą nasze podatki. Na szczęście mieliśmy plan B. Trzeba było go tylko wymyślić!:-) W czasie oczekiwania na zmierzenie temperatury przed długo oczekiwanym wjazdem do Polski wymyśliliśmy coś takiego: Góry Słonne, Beskid Niski, a następnie z prawego dolnego rogu do prawego górnego rogu. Po dojeździe do prawego górnego rogu skręcimy w lewo i udamy się do lewego górnego rogu. Prościej się nie da, prawda??:-) Byliśmy zmęczeni staniem na granicy, a nasze niechronione czuprynami mózgi domagały się cienia i odpoczynku. Nie zajechaliśmy więc daleko, ale i tak było superrr: Kalwaria Pacławska Poszlajaliśmy się z godzinkę w okolicach Kalwarii, a następnie udaliśmy się w poszukiwaniu cienia niezbędnego do zaparzenia kawy. Zaliczyliśmy również pierwszą walkę na tej wyprawie: Noclegu nie szukaliśmy zbyt długo, bo idealną miejscówkę znaleźliśmy na pagórku oddalonym może półtora kilometra w linii prostej od klasztoru. Cisza, spokój i piękne widoki, Czego można chcieć więcej?? A
  19. 11 points
    No i są męskie koła [emoji41] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
  20. 11 points
    Fajnie tam było, nie powiem, że nie [emoji16] Wysłane z mojego S96Pro przy użyciu Tapatalka
  21. 11 points
    Poniżej pierwszy odcinek filmu ze szlajanki. Miłego oglądania!:-)
  22. 11 points
    Sobota. Noc spędzamy w Tylawie na kwaterze w której nocowałem jadąc i wracając z Rumunii. Trzy podejścia w Krempnej bez sukcesu, zadzwoniłem i znalazł się ostatni pokój w piwnicy. Nastąpiła też zmiana planów, bo skoro cofnęliśmy się z Beskidu Niskiego to dalej polecimy Słowacją. Przekraczając granicę już po kilku kilometrach zbliżamy się do miejsca w którym w czasie II Wojny Światowej rozegrała się najkrwawsza bitwa pancerna. Jedziemy i widzimy na polach poustawiane czołgi i armaty. Centralne miejsce ze swego rodzaju muzeum/skansenem znajduje się niedaleko miejscowości Svidnik. Tuż przy drodze znajduje się pomnik. Potem trzeba jechać drogą widoczną z tyłu zdjęcia i dojeżdżamy do Doliny Śmierci. Dalej jedziemy w kierunku Krynicy Zdrój. Pogoda sprzyja, droga pusta i fajna krajobrazowo. Miód, malina i orzeszki aż do Krynicy gdzie zastajemy tłum ludzi i jeden wielki korek. Udajemy się na świeżutką atrakcję miasta. Wieża widokowa - trochę drogo, ale wg mnie warto. Ciągniemy dalej przez okolice Zakopanego, Chochołów i gdzieś na wiosce znajdujemy fajny nocleg. Kuzynka właścicielki w sąsiednim domku świętuje 18 urodziny. Namawiam Bartka ale on nieśmiały bo same dziewczyny, nie wypada i takie tam. Szkoda że to nie była 40 albo wieczór panieński. Niedziela. Raniutko startujemy prosto do domu. Wagary, wagarami ale na poniedziałek trzeba być przygotowanym do szkoły. Wspaniale spędzony czas z synem. Bartek przeszczęśliwy. Kask stoi na półce w centralnym miejscu jego pokoju. Dzięki za uwagę.
  23. 11 points
    Wiedziałem o tym ciut wcześniej także już gratulowałem ale tero oficjalnie przy ludziach Niech się kolka kręcą i sąsiad zazdrości! [emoji3] Zajebisty! Wysłane z mojego SM-G970F przy użyciu Tapatalka
  24. 11 points
    Trzeci dzień. Góry Słonne W Górach Słonnych byłem już kilka razy na rowerze i na bucie. Uważam, że rejon ten najfajniej jest eksplorować na rowerze. Okazało się jednak, że motorek też fajnie daje radę. Plusem naszej szlajanki było to, że nie musieliśmy się spieszyć - mogliśmy więc spokojnie sycić się pięknymi widokami towarzyszącymi wspaniałej pogodzie. Pyrkaliśmy więc sobie spokojnie wjeżdżając do kolejnych, równolegle położonych dolinek. W niektórych z nich znajdowały się wioski, w innych z kolei mogliśmy znaleźć pompownie ropy czy też szumiące strumienie Po kilku godzinach takiej zabawy postanowiliśmy udać się do jednego z celów naszej wyprawy, czyli do prawego górnego rogu. Niestety nie udało nam się tam dojechać, bo ostatnie 11 km trzeba by było pokonać na bucie, a na to dwóch starszych Panów nie było gotowych:-). Tak czy owak fajnie się śmigało szutrem do źródeł Sanu Po wyjeździe z BPN zaczęliśmy zastanawiać się nad noclegiem. Postanowiliśmy opuścić Bieszczady, bo ludzi było tyle co na Krupówkach w szczycie sezonu. Śmignęliśmy więc kilka km za Lutowiska i wjechaliśmy do jednej z opuszczonych dolinek w tej okolicy. Dolinka była piękna, cicha i zupełnie pusta. Do zapadnięcia ciemności po pobliskiej drodze szutrowej przejechały może 3 samochody. I po co pchać się w Bieszczady??:-)
  25. 10 points
    Chciałem zauważyć, że chciałem moją żonę na pokład, nie Twoją... :,-)


×