Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 13.06.2024 in all areas

  1. 7 points
    Jechaliśmy, jechaliśmy i dojechaliśmy [emoji2] Wysłane na Berdyczów
  2. 5 points
    Mari zmontowała fajny film, może pójdzie
  3. 4 points
    arthurr, jak Ty chcesz sprzedać moto jak poległeś na tak prostym pytaniu. Przecież to pierwsza rzecz o jaką pytają kupujący
  4. 3 points
    19 dźień wyprawy, 27 Marca. Wreszcie góry!! Noc minęła mi źle-miałem okno od strony ulicy, a miasteczko okazało się wielkim nocnym parkingiem dla ciężarówek robiących strasznie dużo hałasu. Na domiar złego miałem coraz większe problemy z zatokami, które sa zniszczone po 25 latach windsurfingu i kitesurfingu w ciepłych bałtyckich wodach:-). Na szczęście dzisiaj miałem pozegnac sie z wilgotnym, zimnym wybrzeżem i ruszyć samotnie w góry. Jazda z Grześkiem była spoko-dogadywaliśmy sie bez problemu. Wyzwaniem był jednak czas. Ze względu na prace Grześka mieliśmy napięty plan, który nie pozwalał na elastyczność w wyborze trasy czy tez miejsc które chcieliśmy odwiedzić. Po prosu każdego dnia trzeba bylo robić kilometry na południe lub na pólnoc i tyle. Wiedzialem o tym oczywiście od samego początku, ale mialem nadzieję ze uda sie zaoszczędzic czas na wiecej odpoczynku, skoki w bok itd. Pożegnaliśmy sie z Grzesiem w Guelmim-on pojechał na północ, a ja skrecilem w prawo w góry. Po drodze wziąłem żarcie, wodę i paliwo w malej sennej wiosce i chwile później bylo tak: Nocleg znalazłem na pierwszej lepszej górce, którą udało mi się wypatrzyć. Było cudownie-żadnych ciężarówek, hałasu, krzyków, asfaltu...Po prostu cisza., Natura i ja. Jak ja tego potrzebowałem! Biwak rozłożyłem wcześnie, bo czułem się zmęczony drogą i choróbskiem. Grzałem się na słoneczku, obżerałem i podziwiałem widoki. Przed snem zapodałem sobie jeszcze pół tony chemii, która miała mnie uzdrowić:-). Dzień był ciepły, ale Atlas w marcu na wysokości 1500 m to nie plaża i musiałem założyć na siebie wszystkie ciuchy coby nie zmarznąć na kość. Tak czy owak było zajebiście!!
  5. 3 points
    16 dzień, 24 Marca. Walka o paliwo. Nie wyspałem się za bardzo tym razem w Triskelu, bo Grzesiek strasznie chrapał:-). Celem dzisiejszego dnia był dojazd do Naładibu- miasta położonego na półwyspie. Podobno było tam cmentarzysko statków, które można obejrzeć podczas odpływu. Ruszyliśmy po śniadanku zatrzymując się jeszcze w mieście na stacji benzynowej, bo wiedzieliśmy że po drodze może być problem z paliwem. Na wszelki wypadek wzięliśmy również paliwo do butelek. Po drodze nie było jakichś nadzwyczajnych widoków, ale jechało się nieźle. Po około godzinie jazdy zauważyłem, że jakoś tak dziwnie szybko schodzi mi paliwo. Grzesiek zauważył to samo, więc wlaliśmy zawartość butelek i pojechaliśmy dalej. Po kolejnej godzinie to samo-paliwo schodzi jak szalone!:-) Przypomniałem sobie, że jadąc na południe tankowaliśmy w Mauretanii tylko raz - w Nałakszut, a resztę jechaliśmy na paliwie marokańskim lub senegalskim. Dodatkowo przypomniałem sobie, że w Nałakszut dopełniliśmy tylko zbiorniki bo mieliśmy jeszcze paliwo w butelkach z Maroka:-). Tak.....no to szukamy stacji benzynowej...Na szczęście udało nam się znaleźć paliwo w połowie drogi i uszczęśliwieni pojechaliśmy dalej. W przypływie tej szczęśliwości zapomnieliśmy jednak zabrać paliwo do butelek i po kolejnej godzinie znowu wskaźnik paliwa zaczął szaleć:-). Hjuston mamy problem!:-) Nie przypominałem sobie żadnej stacji benzynowej na tym odcinku drogi. Nie przypominałem sobie nawet żadnej wioski po drodze do granicy!:-). Gienia chlała paliwo jak szalona w tempie ponad 6 litrów podczas gdy normalnie bierze 4,2....Troszkę zmartwieni uruchomiliśmy wszystkie zmysły i jechaliśmy czujnie jak zające próbując wywąchać paliwo na pustyni:-). Gienia zaczynała już domagać się kolejnego tankowania kiedy wywąchałem coś w rodzaju dystrybutora za jakąś szopą. Jest! Za paliwo zapłaciliśmy ostatnimi mauretańskimi digidongami mając nadzieję, że uda nam się znaleźć nocleg za dolary. Znaleźliśmy taki nocleg u Holendra pod Naładibu Zła wiadomość była taka, że cmentarzyska statków już nie ma - wszystko zostało pocięte i sprzedane na złom.
  6. 2 points
    Wyjechaliśmy z Wroca 7.06.2024 późnym popołudniem, trochę bez planu, byle przed siebie. Pierwszy nocleg myliśmy zarezerwowany w Hiszpanii, gdzieś pomiędzy Barceloną a Andorą. Priorytetem była cena noclegu i możliwość pozostawienia dwóch aut z przyczepami na tydzień bez dodatkowej opłaty za parking. Na miejsce było blisko 2000 km wiec ruszając w perspektywie była dobra ciągłej jazdy. Do forumowego składu czyli Vengosh10 i Rutkos i ja, dołączyła znana większości Mari i mój kumpel Maciek. Tyle wstępu. Zdjęcia będą później. Przydatne linki: Dojazd https://maps.app.goo.gl/4ZtU5xpP9zQ6ivMk8 Nocleg https://refugiquatrecases.wordpress.com/ https://maps.app.goo.gl/zfTXRVtEimy5S8Y2A App do rozliczania się w czasie grupowego wyjazdu. Prosta i przejrzysta aplikacja na Android i IPhone. https://www.tricount.com/pl/twoj-sposob-na-organizacje-grupowych-wydatkow Strona do planowania trasy z funkcjonalnością która umożliwia wyliczenia kosztów przejazdu takich jak paliwo i opłaty autostradowe za auto osobowe z przyczepą. Wczoraj było pytanie o koszty, jeśli chodzi o przejazd to żeby się nie rozczarować trzeba wpisać spalanie 10L/100km, 2 EUR za litr i zaznaczyć przyczepę. Wychodzi jakieś 2000 pln w jedną stronę. https://www.viamichelin.pl/ . Wysłane z mojego SM-S901B przy użyciu Tapatalka
  7. 2 points
    20/21 dzień wyprawy, 28/29 Marca. Odpoczynek u Mohammada Rano obudziłem się chory, ale piękna pogoda i widoczki osłodziły mi życie. Po szybkim przejrzeniu internetu znalazłem miejscówkę do spania pod dachem, bo potrzebowałem trochę ciepła i dobrego jedzenia. Do tego pogoda miała popsuć się następnego dnia, więc decyzja o noclegu pod dachem była tym bardziej uzasadniona. Plan na dzisiaj był taki, żeby pyrkać sobie spokojnie po górkach w kierunku noclegu i przed zachodem słońca zjechać do cywilizacji. Atlas jest zajebisty do mojego stylu jazdy-wąskie, kręte asfalty, ofrołd kiedy tylko chciałem, dobre szutry kiedy na to miałem ochotę. Ta część Atlasu miała jeszcze jedną zaletę: górki nie były zbyt wysokie i prawie na każdy szczyt prowadziła lepsza lub gorsza droga, którą należało wypatrzyć. Była to fajna zabawa, bo czasami wjeżdżałem do wioski w poszukiwaniu drogi na pobliską górkę i wjeżdżałem ludziom na podwórka:-). Było po prostu cudownie! Po prostu tak jak lubię:-). Choróbsko brało mnie coraz bardziej, więc późnym popołudniem zacząłem kierować się no wioski o trudnej do wymówienia nazwie. Arabskie nazwy jestem w stanie jako tako wymówić, ale berberyjskie nazwy to już czarna magia:-). Miejscówka była idealna - w miarę tania, czysta, z dobrym jedzeniem i miejscem dla Gieni. Moja frustracja związana z językiem berberyjskim spowodowała, że poprosiłem Ajuba i Aszrafa o pomoc w rozszyfrowaniu berberyjskich liter. Okazało się to łatwiejsze, niż myślałem:-) Było tak fajnie i czułem się tak źle, że postanowiłem zostać tutaj jeszcze jeden dzień i dojść do siebie.
  8. 2 points
    26 Marca, 18 dzień wyprawy. Zimno. W nocy nastąpiła zmiana pogody i rano było już zdecydowanie chłodniej. Na domiar złego pojawił się silny północno-zachodni wiatr dmuchający nam prosto w kaski wilgotnym, zimnym powietrzem. Nie trzeba było długo czekać, abyśmy zmarzli do kości....Mimo założenia ciepłych ciuchów nadal trząsłem się z zimna, bo wilgoć w powietrzu powodowała osłabienie właściwości izolacyjnych moich super hiper ciuchów termo. Po koniec dnia dojechaliśmy do fajnego miasteczka Akfenir. Minus był taki, że było cholernie zimno i zaczynało mnie boleć gardło i zatoki. Plus był taki, że pierwszy raz od kilku dni udało nam się znaleźć żarcie w dużych ilościach!!:-) Jedzonko Jedzonko widoczne na zdjęciu to tylko starter podany nam w hotelu. Po szybkim ogarnięciu się wyszliśmy na miasto po zachodzie słońca i zatankowaliśmy brzuszki po brzegi cudownym jedzonkiem. Oj, jak mi było dobrze! W końcu po kilku dniach życia na chlebie i konserwach rybnych jadłem coś ciepłego! Do tego perspektywa jutrzejszej jazdy w góry....:-) To był super dzionek!. Gienia też była szczęśliwa, bo Radż (właściciel hotelu) znalazł dla niej piękny pokój na noc:-)
  9. 2 points
    17 dzień, 25 Marca. Znowu te granice:-) Dobrze, że spaliśmy w przygotowanym dla nas namiocie hotelowym, bo poranek tak blisko plaży był strasznie wilgotny i mielibyśmy problem z suszeniem gratów. Po śniadanku szybko się zebraliśmy i ruszyliśmy w drogę, bo smażenie glacy czekając na granicy w samo południe to żadna przyjemność:-). Po godzinie jazdy zajechaliśmy na przejście i po następnej godzinie już śmigaliśmy sobie spokojnie na północ. Ponowny wjazd do Maroka dobrze mi zrobił-byłem już zmęczony monotonnym krajobrazem Senegalu i Mauretanii, zmęczony śmieciami walającymi się w każdym kącie itd. W Maroku poczułem, że jeszcze jest szansa na fajną wyprawę!:-). Co prawda nadal czekały nas 2-3 dni telepania się przez pustynię, ale teraz będziemy jechali wzdłuż fajnej plaży, co jakiś czas trafi się fajne miasteczko z żarciem...:-) Nocleg znaleźliśmy niedaleko drogi za pagórkiem. Było bajkowo, bo rozłożyłem namiot na tyle daleko że nie słyszałem grześkowego chrapania:-)
  10. 2 points
    15 dzień, 23 Marca. Ponownie w Mauretanii. Po jeździe w upale poprzedniego dnia miło było spać w chłodku blisko plaży, choć ptaszory obudziły mnie dosyć wcześnie. Tak czy owak nie chciałem spać za długo, bo nie mogłem się doczekać przejazdu przez park narodowy Diawling, gdzie poprzednio widziałem całe tłumy guśców i pelikanów. Plan na park był taki, że przybiję piątkę z guścem i podczepię się pod pelikana:-). Droga z kempingu do granicy zajęła nam jakąś godzinę i po mauretańskich ceregielach granicznych już byliśmy w parku!:-) Guśce to strasznie śmieszne zwierzaki-nie boją się, podchodzą całkiem blisko i bardzo szybko się rozpędzają:-) Z pelikanami był pewien problem. Zauważyłem wielkie stado niedaleko drogi. Zostawiłem Gienię przy drodze i podszedłem bliżej na jakieś 20 metrów, żeby wystartować drona. Stado było wielkie i liczyło ponad 100 bombowców, które na mój widok poderwały się do lotu. Widok był niesamowity! Ptaszyska były tak wielkie, że ich tłum startując zasłonił mi słońce:-). Już cieszyłem się na piękny film z drona, kiedy zauważyłem że nie włączyłem kamery...:-(. Tak czy owak pisząc teraz widzę te piękne wielkie ptaki przelatujące mi nad głową. Coś pięknego! Po 2 godzinach spokojnego pyrkania przez park wjechaliśmy na asfalt prowadzący do Nałakszut Widoki poza rzadko pojawiającymi się wioskami były trochę lepsze Tak czy owak jazda przez różne rodzaje piaskownicy zaczęła być dla mnie trochę monotonna i zacząłem tęsknić za górami czekającymi na mnie w Maroku. Po kilku godzinach dojechaliśmy do Nałakszut i zalogowaliśmy się w znanym nam już zajeździe.
  11. 2 points
    14 dzień, 22 Marca. Wracamy do Zebrabar Obudziłem się rano zmęczony jak cholera, bo dyskoteki na ulicy skończyły się jakoś koło 3ciej nad ranem. Muzułmanie, a potrafią się bawić!:-). Zebraliśmy się w miarę szybko i ruszyliśmy w drogę powrotną. Pamiętając o zajebistości drogi przez miasto przy plaży włączyłem kamerę, ale.... zapomniałem wyczyścić szkiełko kejsu i z filmików wyszła dupa:-(. Wydaje mi się, że powodem tego fakapu kamerkowego była duża wilgotność w Dakarze powodowana bliskością oceanu. Ale może się mylę. Jadąc na północ mieliśmy2 drogi do wyboru: płatną autostradę lub drogę "wojewódzką". Wybraliśmy drogę wojewódzką, bo była położona bliżej wody i liczyliśmy na więcej chłodku. Chłodniej chyba nie było, ale za to droga była całkiem przyjemna Nie mam tego na kamerce, ale zauważyłem większą ilość śmieci podczas tej drogi. Często mijaliśmy całe hałdy śmieci leżące przy drodze w workach-podejrzewam, że jest to materiał opałowy do przygotowywania posiłków itd. Miasteczka przy drodze miały swój urok-w każdym z nich znajdował się ruchliwy targ wypełniony pięknymi, kolorowo ubranymi ludźmi. Przejazd przez takie miejsca sprawiał mi dużo radochy, która była nieco zakłócana korkami na drodze i spalinami z wlekących się przez miasteczka ciężarówek. Poza miasteczkami droga była fajna, choć monotonna- piaskownica poprzetykana krzakami. Późnym popołudniem dotarliśmy do Zebrabaru i mieliśmy jeszcze czas na ostatni spacer po senegalskiej plaży.
  12. 1 point
    30 Marca, 22 dzień wyprawy. Cudowna Jazda! Choróbsko nadal mnie trzymało po obudzeniu, a pogoda nie zapowiadała się zbyt dobrze na ten dzień. Plus był taki, że prognoza na kolejne dni była już całkiem spoko. Nie miałem konkretnego planu, więc po śniadanku i pożegnaniu z rodziną Mohamada ruszyłem w kierunku wąwozu Al Mansur. Pogoda nie sprzyjała niestety i żałowałem trochę tych utraconych widoczków. Na szczęście warunki zaczęły troszkę się poprawiać i zrobiło się cieplej. Potrzebowałem tego ciepełka, bo choroba nie odpuszczała i nie było mi zbyt komfortowo. Po jakichś 2 godzinach wyjechałem z wąwozu i trafiłem na skrzyżowanie dróg. Co dalej? hm.... droga na wprost wyglądała najgorzej, więc tam się skierowałem. Po kilkunastu minutach jazdy zobaczyłem to! Ziemia Obiecana!!! Okazało się, że w dolinie znajduje się kopalnia złota Akka, że pogoda zdecydowanie się poprawiła, że są tam cudowne szutry i piękne widoki, że będę tam sam...mniammmm!!! No to jadziem!! Śmigając w tej odludnej krainie czułem, że wszystkie poprzednie dni telepania się po asfalcie w środku niczego jadąc na południe i później na północ miały jednak sens - zasłużyłem mianowicie na RAJ!:-). Pisząc te słowa przenoszę się tam w tej chwili i znowu czuję tą wolność, przestrzeń i radość. Po drodze spotkałem też dżygita, który również śmigał w tym tym terenie. Po kilku godzinach samotnej jazdy miałem wrażenie, że to Marsjanin, a nie lokales jadący do pracy w kopalni:-). W końcu dojechałem do asfaltu i śmignąłem do wioski po paliwo, wodę i żarcie. Oczywiście ze względu na Ramadan nie było nic ciepłego więc żarłem konserwy rybne przetykane chlebem i cebulą:-) I tak już od 3 tygodni...:-). Po wyjeździe z wioski znowu trafiłem na skrzyżowanie:-). Najgorsza droga wywiodła mnie ponownie do pięknej doliny. Zbliżał się wieczór i rozpocząłem poszukiwania miejscówki do spania. Niestety nie był to łatwy proces, bo albo trafiałem na miękki piasek, albo do wyschniętego koryta strumienia (ryzyko flash flood, bo pogoda nie była stabilna) albo na kamienie. No i tak jechałem sobie kręcąc łepetyną na lewo i prawo w poszukiwaniu dogodnego miejsca aż dojechałem do wioski...z kempingiem!:-) To znaczy czymś w rodzaju kempingu - wydaje mi się, że to miejsce powstało w ramach jakiegoś projektu państwowego - niby wszystko tam było, ale nic nie działało. Koleś siedzący tam był bardzo zdziwiony moim pojawieniem się i nie do końca wiedział co robić. Wieczorem okazało się, że kemping jest również świetlicą wiejską z co najmniej tuzinem chłopaków oglądających tv, grających w bilarda itd. Na szczęście byli w miarę cicho więc zasnąłem bez problemu.
  13. 1 point
    Ale już prawie nie mamy co tam oglądać.
  14. 1 point
    Bośnia, nasz ulubiony kierunek wakacyjny.
  15. 1 point
    Fajny motocykl, bogato wyposażony w zaślepki [emoji2] Cześć MT, dobrze Cie widzieć! Wysłane z mojego SM-S901B przy użyciu Tapatalka
  16. 1 point
    To nie Audi benek [emoji6] .. pod jednym i pod drugim względem [emoji28] Wysłane z mojego SM-A525F przy użyciu Tapatalka
  17. 1 point
    Temat.mozna zamknąć [emoji6] Wysłane z mojego SM-A525F przy użyciu Tapatalka
  18. 1 point
    Dakarowy bardzo dba o sprzęty... Jak coś spierdoli to dzwoni, a w sprawie VW jeszcze nigdy.... Tak więc ani sam Dakarowy nic nie spierdolił, ani samo auto nie wykazuje pilnego parcia na bankomat...
  19. 1 point
    A wystarczyło kupić Afrykę. Cześć wszystkim po dłuższej nieobecności tu.
  20. 1 point
    13 dzień, 21 Marca. Dakar Nieczęsto zdarzało mi się zbierać tak szybko jak z tego kempingu na "różowym jeziorem":-) brrrrr... Droga do centrum miasta przebiegła spokojnie, a jazda wzdłuż plaży była po prostu zajebista!! Niestety nie mam filmiku z tej jazdy, bo z podniecenia zajebistością tego miejsca coś poplątałem w kamerze:-). Pierwszym punktem naszego dakarowego programu był najdalej na zachód wysunięty "cycek" Afryki. Grzesiek uczcił tą chwilę spożywając miejscowy browar Po dojeździe do hotelu umieściliśmy motorki w bezpiecznym miejscu i zajęliśmy się ablucjami. Poniższy filmik jest co prawda z poranka następnego dnia, ale fajnie przedstawia ten hotelik: Po ablucjach skoczyłem jeszcze szybko do fryzjera, co kosztowało mnie jakieś 7 pln Umyty, ostrzyżony i wypachniony mogłem ruszyć na zwiedzanko!:-) Bywałem w różnych miejscach na świecie, ale w takim jeszcze nie byłem. Dakar odebrałem jako zjawisko z innej planety, coś dziwnego, okrutnego, ale zarazem bardzo realnego. Ne lubię zwiedzać miast, ale nie żałuję wizyty w Dakarze. Nadmiar bodźców spowodował, że nie chciałem zostać w tym mieście na następny dzień.
  21. 1 point
    Ostatni filmik z tej wyprawy: przepiękna Połonina Krasna
  22. 1 point
    BARTEK - NOWY ROZDZIAŁ. Syn, mój starszy zrobił prawo jazdy A2. Prawko odebrane w poniedziałek, wieczorem zrobione 50 kilometrów żeby zapoznać się z maszyną a w czwartek wyjazd. Męski wyjazd, ojciec - synowie. Beskid Żywiecki, Beskid Niski, Bieszczady. Bartek prowadzi. Droga była celem więc zdjęć mało. Drzewica Zamek. Okiennik Wielki. Pałac we Włodawicach. Pałac w Tworkowie. Mega. Wisła. Bieszczady. Zrobione ok 1500 km z czego ok 400 w deszczu i ok 400 w trybie awaryjnym w sześć dni. Bartek miał niezłą zaprawę na start. Bartek wg mnie będzie świetnym motocyklistą. Czuje to, a do sprawy podszedł bardzo poważnie bo oprócz prawka kupił i przeczytał dwie książki o technice jazdy motocyklem. Teoria jest, praktykę zaczynamy. Aaaa........ Maszyna Bartka. BMW 310GS. Nie bardzo wiem jak to Wam przekazać ale szczęście moje jest ogromne. Bartkowi życzę szerokości. Ps. Mama/żona chociaż z rezerwą to jednak widząc szczęście Bartka akceptuje sytuację. Szerokości.
  23. 1 point
    Pewnie jeszcze wspomnę o tym w podsumowaniu, ale napiszę teraz: wjazd motorkiem na transfogarską jest fajny, ale to 10% sukcesu. Fajnie jest wziąć ze sobą jakieś trampki i spodenki i dojść chociaż do jeziora. Motorki można zostawić pod schroniskiem bez żadnego problemu. Jeszcze lepiej byłoby pójść 10 min dalej za jeziorko, bo tam otwiera się zajebisty widok na kolejną dolinę. W ogóle "zaliczenie" transfogarskiej jako jedynej atrakcji w Rumunii to słaby pomysł. Tam jest milion innych zajebistych gór, do tego Delta Dunaju i wiele wiele innych atrakcji pozdrawiam trolik
  24. 1 point
    Dzień kolejny, jako że wszyscy są zdecydowani na wjazd kolejką na Mont Blank, nie pozostaje mi nic innego, jak, dołączyć się do wycieczki. Na szczęście szczytu nie widać, o czym informuje Pani w kasie, dzięki czemu udaje się zaoszczędzić 67E za ta przyjemność .. ja nie płaczę Nie zastanawiamy się zbyt długo, dochodzi do podziału grupy, ja Vengosh, Wino i Paweł lecimy przez Francję kierunek na Albertville, chłopaki z Afryki kawałek wracają i przez Szwajcarię chcą przejechać przełęcz św. Bernarda, punkt zborny miał być w Val Di Sere, stamtąd razem mieliśmy przejechać najwyższą przełęcz Coll de Liseran. Co kawałek tej widokowej trasy musimy przystawać by pocykać fotki, bo ta część Francji tez jest widokowo zajebista, to zresztą początek naszego niezrealizowanego plany tego wyjazdu, bowiem tu miała się zacząć nasza tegoroczna przygoda, więc tym bardziej napawamy się widokami, a że się nie udało.. no cóż, jest gdzie wracać w punkt! Zjazd z przełęczy jest równie ekscytujący widokowo Odbijamy zupełnie spontanicznie na przełęcz św. Bernarda, gdzie praktycznie co do minuty spotykamy się z naszą porannie rozdzieloną grupą I już sama przełęcz Po akcji zdjęciowej ruszamy razem do Val di Sere, tam dowiadujemy się że jednak przełęcz Coll de Liseran jest nieprzejezdna, z powodu zejścia lawiny śnieżnej Jedziemy jeszcze pod szlaban, ale mijany Pan Policjant potwierdza nasze doniesienia, do tego znowu zaczyna padać deszcz Podejmujemy decyzję o powrocie na przełęcz Sw. Bernarda i przebicie się do Włoch, z zamiarem noclegu pod Matterhornem, żeby porobić zdjęcia szczytowi szczytów.. czy górze gór.. czy jakoś tak Późnym wieczorem dojeżdżamy do miejscowości Breuil-Cervinia, tam szukamy noclegu, 30 km niżej jest kemping, ale jest późno, zaczyna padać i jest decyzja grupy, że bierzemy hotel. Średnio mi to pasuje, biorąc pod uwagę cenę, no i dziwne szopki właścicieli hoteli, ale o 22 już nie wybrzydzam, bierzemy hotel za 55E od osoby Zanim wybierzemy jednak ostateczny hotel, szukamy jeszcze takiego jednego, gdzies u podnóża Matterhornu Wieczorem jeszcze tylko szybka bibka bo późna pora i rano czekamy na słoneczny dzień dla zdjęć Poranek kolejnego dnia jest jak zwykle słoneczny, więc jadę zrobić kilka zdjęć na tle tej góry i okolicy I sam Matterhorn I przybysze z Matplanety Zjeżdżamy 30 km niżej, gdzie dokonujemy kolejnego podziału, tym razem Paweł z Vengoshem jadą na Szwarcwald, a ja Dawid i Tomek Wino jedziemy w kierunku Insbrucka, tam planujemy nocleg na kempingu, by kolejnego dnia Wino uderzył przez Salzburg na Rzeszów, a my z Dawidem przez Monachium do Foch, gdzie Dawid kieruje się do siebie na chatę, a ja na Szczecin, bo na Radom też jadą Jeszcze tylko kilka klatek z powrotu przez Szwajcarię Do Insbrucka dojeżdżamy po ciężkim i gorącym dniu, w którym musieliśmy przeciąć nudną jak flaki z olejem część Włoch na wysokości Mediolanu, po przejechaniu miliona rond, przed Insbruckiem jeszcze zlewa nas deszcz, ale mamy to już w dupie, tak jak i robienie kolejnych zdjęć. Następnego dnia na niemieckiej autostradzie mijamy się dwa razy z guralem, który jak się okazało p[ocinał TIRolotem na północ, niestety chwilowy brak połączenia z kaskiem nie pozwala nam się spotkać, udaje się połaczyć dosłownie po 30km, więc nie ma mowy o zawrotce. Ja tego dnia mam do przejechania 1132km autobaną do domu, jestem koło 19, spijam, 4 browary i padam jak kawka. Przebieg dzienny Przebieg tej ekspedycji Koniec.


×