Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 08.02.2019 in all areas

  1. 4 points
    Nie mam gejsa ale znam takiego jednego co ma. Tak też pod wpływem (a może pod namową) tegoż jegomościa zalogowałem się do was. Bo podobno Ci co jeżdżą na pomarańczach słabo dają w palnik i w zasadzie nie potrafią się odwdzięczyć. Jestem ciekaw czy to aby na pewno prawda. Będę starał się siedzieć cicho jak zawsze, nie odzywać się za dużo, coby swoją obecnością nie zaburzyć pozytywnego Feng Shui.
  2. 3 points
    Dziunek ja Ci powiem, tak po cichu. Ja u Zwierza zębów szukałem, a nie pamiętam abym po ryju dostał ... Uważaj Waldek, uważaj.... Oczywiście witam Cię serdecznie
  3. 2 points
    Teraz gadasz do rzeczy. Wystarczy jak będzie wiedział, że ma być w domu bo kilka osób może wpadnie na chwilę ... Nie więcej jak 70 i nie dłużej jak od czwartku do niedzieli
  4. 2 points
    To mu nie mów, że każdy nowy dostaje na przywitanie w ryj - bo taka jest tradycja zlotowa
  5. 2 points
    Mt zaraz doda że to bez sensu i najloepszy jest obecny model. Sytuacja zmieni się diametralnie jak sprzeda i kupi nowy.
  6. 2 points
    Od 2015 roku cisza w eterze, tak nie może być! Za wzór postawiłem sobie ten motór z advrider.com mój na dzisiaj wygląda tak: To co już mam to przednie oświetlenie, dziób, osłona łańcucha, przeróbki geometrii (dodatkowe rolki łańcucha) pod wyższe zawieszenie, wizualne przeróbki tj. np nakładka na błotnik + oświetlenie tylne, które akurat prezentowany egzemplarz ma w wersji firmowej. To czego nie mam to amortyzator Ohlins (na razie poza moim zasięgiem, kosztuje połowę ceny całego motocykla), zębatki Supersprox - może kupię przy najbliższej okazji wymiany napędu - niedawno założyłem nowy, szyba/osłona od Dakara - akurat nie jestem pewien czy chcę mieć ten element, moja szyba jest chyba bardziej funkcjonalna , przerobiony wydech - tu też nie jestem przekonany, na rynku występuje tylko jedna fajna przeróbka wydechów f650gs - Remus, niestety nie jest dostępna w Polsce i również strasznie droga, wszelkie pojedyncze puszki odpadają, stockowy podwójny wydech po prostu fajnie wygląda. To czym chciałbym się zająć: Wymiana przedniego zawieszenia na regulowane KYB (z Yamahy 450), które właśnie zakupiłem: Z zawieszeniem będę miał to ułatwienie, że ma już przerobioną ośkę do oryginalnej piasty BMW oraz dostosowaną sztycę i półki (tak twierdzi sprzedawca , który kupił to zawieszenie do swojego Dakara lecz nie zdążył założyć bo pożyczył motocykl koledze, a ten go rozbił )
  7. 1 point
    Dobrze rokujesz :-D Wysłane z Tapatalka
  8. 1 point
    Żadnego okopywania się.... Wchodzisz z piersią wywaloną do przodu, jak do dentysty
  9. 1 point
    Mówiłem żeby mu nie mówić
  10. 1 point
    Daj chłopakowi popisać - na razie nie zobaczy wątku o zlocie na tym Podkarpaciu
  11. 1 point
    A gdzie szczegóły i opis co temu misiu było i czy trwale mu przeszło? Gdzie??
  12. 1 point
    Jak będę miał to już u siebie to postaram się podać wymiary. Wysłane z mojego moto x4 przy użyciu Tapatalka
  13. 1 point
    Jak to, przecież obecny już jest do d....., teraz rządził DCT
  14. 1 point
    Żeby nabyć komplet to jeszcze trochę potrwa, bo w tym roku nie zamierzam zmieniać centralnego amortyzatora. Ja w dakarowym widelcu mam wstawione progresy i tak jak nie powinno się w enduro ich wstawiać tak uważam, że w f650gs się sprawdzają. Ogólnie tak jak Dakarowy stwierdził z przekąsem, standardowe zawieszenie od dakara nie jest twardsze, ma tylko dłuższy skok. (dużo Dakaru w jednym poście [emoji23]). Wysłane z mojego moto x4 przy użyciu Tapatalka
  15. 1 point
    Jak nigdy przedtem, już uczę się nastawów żeby wykorzystać 100% możliwości tej zawiechy . Jak już się zorientowałeś hard enduro to moje drugie imię i oprócz dokonań liczy się też szacun na dzielni. Jak ja wyglądałem z tym zwykłym Dakarowym zawieszeniem? Jak amator.
  16. 1 point
    Sprzedaje kalendarze ścienne na rzecz WOŚP. Licytacje na Allegro charytatywni, szczegóły: Kalendarz ścienny z okienkiem, Wymiar 297x450mm. Główka (zdjęcie 297x219mm) plus 12 arkuszy kalendarium. Zdjęcie zrobione przeze mnie nad jeziorem Issyk Kul w Kirgistanie, przedstawia widok na południe od jeziora oraz mój pojazd:) https://aukcje.wosp.org.pl/listing?sellerId=176187
  17. 1 point
    Wracając do moich przemyśleń odnośnie rajdów, zawodów i tych tematów, po tegorocznej udanej przygodzie z Enduro Rally 24, w 2019 roku planuję pojechać na Albania Raid. Do przejechania jest ok 1500km po górach Albani, podzielone to jest na 6 odcinków. Trasa wygląda tak: Wygląda to fajnie i choć koszy są spore, to zabawa na pewno świetna.
  18. 1 point
    Dzień ósmy Rozpoczyna się obiecująco, słońce daje na maksa, pogoda wyśmienita. Ruszamy wyjątkowo sprawnie, może dlatego, że przybytek, w którym nocowaliśmy nie serwował śniadań. Gdzieś po drodze na granicę na postoju widzę, że wisi mi łańcuch więc żeby nie narobić sobie szkód (kiedyś spadł już mi łańcuch to wiem jakie szkody może zrobić) robimy chwilę na serwis, zatrzymujemy się na stacji i rozpakowuję bagaże ( to trwa najdłużej). Po podciągnięciu udajemy się na granicę w Terebleczy (chyba) gdzie sprytnie omijamy długą kolejkę. Za nami udaje się para Ukraińskich czoperowców na Suzuki intruderach, ona wygląda jak była modelka, a on wygląda jak wygląda. Gość ma kamizelkę jakiegoś gangu motocyklowego i widać, że niezły z niego trzodziarz. Opierdala wszystkich na granicy i boimy się z Dziadkiem, że nas z nimi powiążą i skończy się nasze sprawne pokonywanie kolejki. Na szczęście już przy kontroli Rumuńskiej oni utykają, a my śmigamy dalej. W pierwszym Rumuńskim miasteczku wypłacamy pieniądze i jedziemy szukać śniadania choć jest już ok 13. Wpisuję w navi opcję "droga terenowa" i dalej podążamy szutrami. W drugim miasteczku zatrzymujemy się żeby poszukać jakiejś knajpy, wchodzimy do baru gdzie zaczepia mnie jakiś nawalony Rumun. Na moje nieszczęście nie dość, że bar nie serwuje nic do jedzenia zaczyna to ten typ jeszcze zaczyna za mną łazić bo udajemy się potem do spożywczaka po wodę i koniecznie chce się ze mną napić. Spierdzielamy pośpiesznie stamtąd i wjeżdżamy do następnej miejscowości gdzie rodzina Romów wskazuje nam knajpę, w której warto zjeść. Doradzają dobrze. Po posiłku ruszamy dalej, cel na dzisiaj to Bukowina offem i dotarcie pod granicę Węgierską. Niestety kiedy wjeżdzamy w góry zaczyna się chmurzyć nagle zaczyna się ulewa i już wiemy, że wesoło tego dnia nie będzie, więcej chowamy się pod jakimiś wiatami niż jedziemy, Jesteśmy totalnie przemoczeni i zziebnięci mimo, że droga w normalnych warunkach byłaby zajebista. Po wyjechaniu na asfalt chowamy się pod wiatą przystanku gdzie zapada decyzja, że szukamy pierwszego lepszego hotelu. Pogoda sprawia, że jesteśmy jakieś 300 km do tyłu w stosunku do tego co chcieliśmy tego dnia przejechać. Na szczęście najbliższy hotel jest nieopodal i to całkiem przyzwoity. Rozwieszamy wszystkie ciuchy na suszarkach (jesteśmy przemoczeni do gaci), gorąca kąpiel i idziemy sobie na piwo i pizzę, którą serwują w restauracji hotelu. Oczywiście przykleja się do nas jakiś lekko nawalony małolat i opowiada o tym jak to na co dzień jeździ Yamahą po okolicznych górach. Właściciel hotelu to były piłkarz i opowiada nam, że w 92 roku był w Polsce na meczu i jak elegancko było wtedy w naszym kraju w porównaniu do Rumunii. Po wysłuchaniu opowieści, zjedzeniu pizzy i wypiciu piwa idziemy spać bo planujemy wstać następnego dnia o 6.00 rano. Dzień dziewiąty Udaje nam się wstać o 6.00, ciuchy są całe mokre, wybieram więc opcję dżinsów z bagażu i kurtki przeciwdeszczowej, na zewnątrz naprawdę jest zimno (pewnie jakieś 8 stopni). Ciuchy motocyklowe kładę na bagaż żeby się suszyły podczas drogi, jedzie mi się trochę dziwnie bo zawsze do jazd mam jakąś ochronę tutaj tylko buty i kask. Przed Maramureszem zatrzymujemy się na jakąś ciorbę i Dziadek spotyka przed knajpą parę z Polski, która w dwójkę jedzie na gsie, singlu - nieźle. Dalej jedziemy dość fajną drogą przez góry, którą miałem okazję przemierzać z Jackiem dwa lata temu. Następnie już podróż bez historii , przed granicą węgierską znowu zaczyna się chmurzyć i tuż za nią zmywa nas deszcz ale tym razem w porę wyciągamy przeciwdeszczówki. Przy wjeździe na Słowację zaczyna się ściemniać, zatrzymujemy się jeszcze na stacji żeby dotankować motocykle gdzie podjeżdża kilku Słowaków na róznych sprzętach (od F800gs do gsxr), z których jeden popisuje się znajomością języka polskiego pytając "wszystko w porządku, kurwa?" . Do Polski wjeżdżamy ok 21.00, jest już zupełnie ciemno, nawigacja prowadzi nas w Bieszczady. Znajdujemy nocleg bodajże w Komańczy, na szczęście bo latem w Bieszczadach nie jest łatwo na takim zadupiu. Dzień dziesiąty Rano okazuje się, że obok nas mieszka grupka, która właśnie jedzie do Rumunii na Rumuński standard (Transfogarska, Transalpina, Bicaz). Trochę sobie gadamy po czym udajemy się na śniadanie. Po śniadaniu pakujemy manele i rozstajemy się z Dziadkiem. Zaraz po moim wyruszeniu nadciągają chmury i zaczyna lać deszcz, sytuacji nie poprawia fakt, że jest jakieś 12 stopni. Gdzieś w okolicach Pilzna przy prawoskręcie wjeżdżam na morym asfalcie na białą linię, przednie koło łapie uślizg no i niestety łapię szlifa. Na szczęście prędkość nie jest duża (pewnie jakieś 40 - 50 km) bo dojeżdżałem do skrzyżowania. Leżę pod motocyklem bo upadł mi na nogę czekam na posiłki, niestety kolejne samochody mnie tylko mijają, a ich pasażerowie zapewne komentują jak to psychole na motocyklach zapierdalają. W końcu zatrzymują się dwa samochody, z jednego wychodzi facet, a z drugiego dwie kobiety. Niestety nie mogą od razu mi pomóc bo z tyłu zaczynają na nich trąbić i muszą przestawić auta. Facet podnosi mój motocykl i uwalnia mnie spod niego, boję się, że mam złamaną nogę. Na szczęście noga jest tylko zbita, sidi się sprawdzają. Chcą dzwonić po pogotowie (walnąłem głową o asfalt i rozwaliłem mocowanie daszku i szyby od kasku) ale grzecznie dziękuję informując, że nic mi nie jest. Patrzę czy mogę dalej jechać, brak kierunkowskazu, krzywa kierownica, gmole ratują plastiki. Poniżej owe miejsce i feralna biała linia, swoją drogą kto pomyślał żeby wymalować ją na pół asfaltu? Zostało mi jeszcze jakieś 430 km do domu, jedzie się fatalnie z pewnością tę przejażdżkę zaliczę do najgorszych w moim życiu. Gdzieś przed Piotrkowem zatrzymuję się zmarznięty i wchodzę na stację żeby się trochę ogrzać, w życiu nie było mi tak zimno. Jeszcze przed Toruniem na autostradzie wiatr zrywa ostatnie mocowanie daszku z mojego kasku i ten wywija się pionowo. Prawie spadam z motocykla bo na głowie robi mi się "żagiel". Wkurzony wracam do chaty i odstawiam moto na dwa tygodnie, tak mam dosyć. Powrót z krzywą kierą w deszczu przez całą Polskę ostatniego dnia to było największe extreme tej wyprawy. KONIEC Wysłane z mojego moto x4 przy użyciu Tapatalka
  19. 1 point
    Dzień siódmy - podróż w nieznane Następnego dnia wstajemy jak zawsze na luzie, idziemy do miasteczka coś zjeść oraz kupić kartę do mojej kamery bo mi się dziwnym trafem poprzednia przepełniła (choć te zakupy mogły być dnia poprzedniego, kurde nie pamiętam). W każdym bądź razie pani, która sprzedawała nam tę pamięć, pracowała w Polsce i trochę sobie z nią pogadaliśmy, nawet ją rozumiałem bo mówiła po Polsku. Była zachwycona naszym krajem, a szczególnie Poznaniem bo tam mieszkała. Wszystko wydawało się jej takie nowoczesne.... Po drugim barszczu ukraińskim od niechcenia pakujemy nasze ciężkie bagaże na motocykle i ruszamy w stronę tajemniczej góry o nazwie Tomnatyk. Tym razem jedziemy jak prawdziwi adwenczerowcy szutrami, kamieniami i dziurami. Kamienie robią rzeź z pięknym lakierem mojej ramy (po pimpie w 2013 nie ma już ani śladu ), ponadto spostrzegam, że od dziur wyrzygały mi olej lagi. Zauważyłem też, że na Ukrainie w pewnym momencie przestajesz się przejmować jak wygląda stan motocykla byleby odpalał i można było kontynuować jazdę. Z tego powodu cały czas cieszę się, że mam Frankensztajna bo pewnie innego motocykla byłoby szkoda. Droga jest dość fajna choć odczuwam trochę jazdy dnia poprzedniego czyli kolokwialnie mówiąc jestem zjebany. Nie wiemy też jaki będzie stan drogi na górę bo jak wiadomo na Ukrainie nigdy nic nie wiadomo. Stajemy po drodze i pytamy się drogowców o drogę (a jakże!), Ci nam mówią tzn mówią do Dziadka bo ja bym nic nie zrozumiał), że mamy fart bo droga jest równana na weekendowe festyny, artyści będą tam malować kolejne radary w nowe wzorki. Wjeżdżamy pod podjazd, na początku czeka nas pokonanie dwóch brodów, mają jednak drobne kamienie na dnie więc pokonywanie ich to czysta przyjemność. Dalej jest trochę mokro, czasami błotniście lub grząsko ale faktycznie ślady jakiegoś równania są. W Polsce taka droga uznana by była za nieprzejezdną dla osobówek ale tam nie robią z tego zagadnienia. Ja w każdym bądź razie bez TKCów na jakis anakach nie wybrałbym się na ten podjazd. W końcu docieramy w okolice radarów, jak to bywa zazwyczaj na Ukrainie, na górze jest ładnie. Niestety spada mi telefon, który służy za nawigację i na drobne kawałeczki rozpryskuje się ekran. Radary robią wrażenie, dodatkowo pogoda jest super więc robię sobie mały odpoczynek. W międzyczasie wzbudzamy zainteresowanie jednego z pracujących na górze i pokazuje nam on ostatni działający radar (widoczny na filmie Dziadka). Za czasów ZSRR podobno miały taką moc, że bez problemu wysyłały dane do Moskwy (przypominam, że jedziemy wzdłuż granicy z Rumunią). Ze względu na ładną pogodę zjeżdżamy z góry dość późno więc musimy trochę przyspieszyć bo mamy plan żeby przekroczyć dzisiaj granicę z Rumunią. Droga powrotna jest zajebista, najpierw szybkie szutry , a potem szutrowe serpentyny przez góry. Zdjęć za bardzo nie robiłem bo jak wspomniałem wcześniej gonił nas czas, nie chcieliśmy jechać po zmroku. Po tym jak sie robi ciemno stwierdzamy, że jednak nocujemy po stronie Ukraińskiej bo raz, że tanio, a drugi raz to jest już ciemno jak w dupie i nie chce nam się jechać dalej. W miejscowości Berhomet znajdujemy piękny hotel za 20 zł od łebka z perłowymi gwiazdami na suficie ............. i tradycyjnie udajemy się na wieczorne piwo. Do granicy następnego dnia zostaje nam 65 km. Wysłane z mojego moto x4 przy użyciu Tapatalka
  20. 1 point
    Nie martw się zostały jeszcze stare gacie na wieszaku, gumowce, i mnóstwo innych śmieci wystarczy tych skarbów dla wszystkich.
  21. 1 point
    No cóż Ven nadal chyba odpoczywa po traumatycznych przeżyciach i nie jest w stanie kliknąć palcem w klawiaturę no to dorzucę jeszcze cosik od siebie. Kolejne dni naszej wycieczki spędzaliśmy już tylko w dwuosobowym składzie. Przed wyjazdem JacekJ podskoczył jeszcze do pobliskiej stacji benzynowej i podrzucił mi flachę benzyny, ponieważ do hotelu dojechałem dosłownie na oparach i nie byłem pewien czy zdołam dokatulać się gdziekolwiek w celu zatankowania. Jak później policzyłem w zbiorniku były może dwie setki albo mniej benzyny. I tak w miarę wczesną porą rozstaliśmy się, JacekJ do chałupy, a Vengosh i ja na zachód, a właściwie południowy zachód . Dzień mieliśmy zamiar poświęcić na dojazd do pasm Czarnohory Do celu mieliśmy trochę ponad 300 km, a więc spoko i bez spiny. Ruszyliśmy nieśpiesznie w stronę rumuńskiej granicy zahaczając o Synewir, a później wzdłuż rzeki Terebli, zalew na Terebli, całkiem fajna miejscówka na rozbicie namiotu ... drogi dobre czyli trochę asfaltu, trochę szutrow, trochę dziur, trochę większych dziur, właściwie to same dziury ... Dotarliśmy do jakiegoś miasteczka tuż przy granicy z Rumunią zatrzymaliśmy się na chwilę i Ven stwierdził, że na tych dziurskach jego Frankensztajn stracił oczy ... znaczy lampa się ujebała . No to trza to poskładać jakoś do kupy. Trochę trytytek i za jakieś dwie godziny z hakiem było ok. Nie mniej jednak plan się trochę rozjechał. Pogalopowaliśmy wzdłuż granicy już całkowicie asfaltowo i wieczorową porą już po zmierzchu dotarliśmy do Wierchowiny. W głowie świtało mi wcześniej żeby zatrzymać się w jakiejś huculskiej chałupie, ale ze względu na późną porę trudno byłoby coś znaleźć w związku z czym wbiliśmy do niezawodnego hotelu Wierchowel . Poranek, pogoda zajebista, stwierdziliśmy że zatrzymamy się na dwa dzionki, a góry polecimy na lekko. Zostawiliśmy w hotelu zbędny bagaż, zatankowali i zjechali z asfaltu w pierwszą w lewo aby po kilku chwilach wjechać w krainę szczęśliwych krów podczas gdy Ven odpoczywał i cieszył oko widokami, a propos oka zwróćcie uwagę na Ray Bany , ja musiałem ciężko zapierd ... aby zarobić na ser ... no i dalej jedną z moich ulubionych tras w tamtych rewirach - wzdłuż Czarnego Czeremoszu .... szczęśliwe krowy mają nawet boisko ... dotarliśmy do ostatniego sklepu na trasie gdzie mieliśmy zakupić wino i zajebisty huculski ser. Wino było, ser też ale jak nas poinformował miły pan - w górach bo w sklepie już nie . Pojedziemy w takim razie do producenta nawet reklama piwa jest dostępu do drogi na serowarnię strzeże uzbrojony posterunek w lewo Burkut w prawo Pop Iwan, no to może najpierw na Burkut ... ostatnie zamieszkane domki tutaj droga się kończy nn no i docieramy do znanej leśniczówki na końcu świata, a właściwie to co z niej pozostało, niestety z roku na rok jest tego coraz mniej dziesięć lat temu chyba ktoś tu jeszcze koczował oczywiście wszędobylskie krowy, których nikt nie pilnuje same wiedzą gdzie iść i kiedy wrócić do domu ochroniarz resztki z zawalonego mostu na drugą stronę Czeremoszu, dopiero teraz na mapie zobaczyłem, że jest po drugiej stronie jakaś droga wiodąca do czegoś co nazywa się Mokryn Domek Leśników ... przez rzekę dałoby się jakoś przejechać, ale po drodze jest jeszcze kilka miejsc gdzie nie wiem czy da się ją przebyć motkiem. Trzeba będzie to sprawdzić ... zdobycz z leśniczówki - instrukcja obsługi traktora TDT-55
  22. 1 point
    Korzystając z nieobecności Vengosha, odpoczywającego po ciężkiej ukraińskiej wyprawie w jakimś idżipcie podrzucę jeszcze kilka obrazków :) Zaraz za granicą w Krościenku jakaś pierwsza w lewo, czy w prawo aby tylko zjechać z czarnego oportunista oczywiście wybiera się w drugą stronę, a może to automapa ? szuterki :) i jeszcze lepsze dróżki :) czyżby ktoś nie chciał jechać dalej ... nieeeee, on poszedł szukać prawdziwych dróg, na których można czegoś dokonać ... i znalazł przez koleiny, wąwozy, krzaki, błoto i wodę cały czas wzdłuż granicy ... bardzo zardzewiałej granicy ale widoki piękne i wszyscy wiemy, że to jest właściwa droga :) jeszcze tylko kilka brodów i przez jakieś bliżej nie określone dróżki dotarliśmy do ludzkich osiedli :) z oddali obserwuje nasze poczynania ukraińska straż graniczna i nie tylko z oddali w pobliżu też się jeden pogranicznik znalazł i paszporciki proszę i dokąd i skąd i ile pali i ile kosztuje czas mijał szybko, motki uwalone błotem jeszcze tylko do myjni
  23. 1 point
    Dzień 4 Następnego dni niespiesznie wstajemy i kierujemy się na śniadanie do motelowego baru. Jedzenie znowu pyszne i tanie jak barszcz choć ten ukraiński nie jest najtańszym daniem w karcie. Sprawdzamy stan rzeczy po wczorajszych brodach, najgorzej chyba schną moje buty, cały czas wylewa się z nich woda. Wysuszyć buty z goretexem nie jest łatwo. (foto by JacekJ) Nie zważając na to zakładam je na nogi i jedziemy na stację zatankować pod korki żeby uniknąć problemu z paliwem w górach. Jedziemy krótki odcinek asfaltem, wyśmienitym jak na ukraińskie warunki, następnie zatrzymujemy się w miasteczku. Jacek kupuje szczotkę która ma nam posłużyć do obmycia motocykli bo po wczorajszych jazdach nie widać świateł, tablic rejestracyjnych czy migaczy, wszędzie tylko zaschnięte błoto.(foto by JacekJ) Skręcamy w boczną drogę na znacznie gorszą drogę i zjeżdżamy nad rzekę gdzie orientuje się, że nie mam już w ogóle klocków z tyłu, a myślałem, że hamulce trą z powodu błota. Przejeżdżamy rzekę i parkujemy na drugim jej kamienistym brzegu. Wrzucam motocykl na centralkę i z pomocą Jacka wymieniam klocki.(foto by JacekJ) Następnie obmywamy wodą motocykle. (Foty by JacekJ.) Postanawiamy się z Jackiem schłodzić w rzece, ponieważ wcześniej dostrzegamy tubylców kąpiących się w jej głębszym ujęciu. Zmierzając do niego słyszymy huk. Okazuje się, że zostawienie mojego motocykla na stopce centralnej na kamieniach nie było za dobrym pomysłem - runął na ziemię. W dodatku w jego pobliżu zostawiłem kask, który też nieźle oberwał, wyłamała się śrubka od mocowania daszku i szybki. Na szczęście nauczony poprzednimi przygodami na wyjazdach zaopatrzyłem się w śrubkowy zestaw naprawczy, który uratował sytuację. Niestety kask przestał być już taki ładny, dość mocno poobijał się od kamieni. Nie ucierpiał za to interkom, który był do niego przymocowany - chociaż to. Podnosimy motocykl i idziemy popływać.(foto by JacekJ) Po kąpieli ubieramy się i jedziemy w stronę Połonin.(foto by JacekJ) Wjazd nie jest bardzo wymagający ale wydaje się, że może być problematyczny dla samochodów osobowych i autobusów, szczególnie na początku. No cóż, nie dla tubylców. Na górę wjeżdżają przeładowane busiki pasażerskie z turystami oraz stare łady co dziwi mnie niezmiernie. Jak widać do każdych warunków trzeba się po prostu przyzwyczaić. Wjeżdżając już na odcinek betonowy wpadam w szczelinę pomiędzy płytami betonowymi słysząc przy tym uderzenie.(foto by JacekJ) Szybkie oględziny widelca na szczęście nie wykazują żadnych zniszczeń. Po drodzę zatrzymujemy się przy małym sklepiku żeby uzupełnić zapasy wody.(foto by JacekJ) Dziadkowi przy nawrotce gaśnie motocykl i przewraca się łamiąc klamkę sprzęgła. Na szczęście jestem przygotowany na taką okoliczność i oddaję mu mój zapas, Dziadek narzeka, że to nie touratech i że będzie wiochą wiało z jego x country. Niechętnie zakłada klamkę bo nie ma innego wyjścia. W międzyczasie mija nas sroga grupa offroadowa z Czech głównie na Yamahach Tenere, oni chyba też przyjechali coś dokonać...Na górę wjeżdżamy niespiesznie robiąc fotki po drodze i mijając jeszcze raz grupę z Czech (krótko byli na tych Połoninach, pojechali chyba odfajkować punkt). Na górze zastajemy stare schrony sowieckie oraz masę krzyży i pomników. Po podjechaniu do każdego z krzyży ukazują się niesamowite widoki. (foto by JacekJ) (foto by JacekJ) Objeżdżamy okolice kombinując zjazd inną drogą niż tą, którą wjeżdżaliśmy ale jest to obarczone za dużym ryzykiem utknięcia gdzieś w górach bo GPS nic nie pokazuje. Nie ryzykując wracamy w stronę płyt betonowych gdzie mijamy ekipę 4x4 w różnych terenówkach (chyba z 20 samochodów). Wszyscy wyposażeni w snorkele i specjalne ogumienie. Śmiejemy się, że pewnie planowali tę wyprawę rok, a Ukraińcy wjeżdżają tam swoimi ładami na łysych oponach. Zjeżdżamy z góry znaną drogą i docieramy do sklepu zatrzymując się na kwas i kawę. Podczas postoju patrzę na wioskę, w której jesteśmy i ludzi w niej mieszkających i stwierdzam, że nie ma czegoś takiego jak szansa dla wszystkich. Straszna bieda jest wszechobecna , ludzie w sklepie biorą produkty "na krechę", robi mi się ich żal. Pociesza mnie Jacek, który mówi, że oni nic innego nie znają i nawet nie wiedzą, że gdzie indziej może być im lepiej, przyznaję mu rację. Po dłuższym postoju udajemy się szutrówkami.... ...do upatrzonego przez Jacka hotelu extreme, który doskonale oddaje charakter naszej wyprawy, i znajduje się przy stoku narciarskim. Po kolacji (znowu pyszne żarcie) udajemy się do ruskiej bani gdzie relaksujemy się po ciężkim dniu C.D.N
  24. 1 point
    To jak już wątek tak ożył to chyba czas żeby coś skrobnąć: Wspomnieniem mojego bytowania na forum ADVrider (polskim) zawsze była przepychanka słowna pomiędzy dwoma forumowiczami , gdzie jeden do drugiego napisał "lepiej pochwal się swoimi dokonaniami koleś". Chodziło o odbyte wyprawy motocyklowe w ekstremalnych offroadowych warunkach. Ja poprzednio głównie "pedaliłem się na asfalcie" (też za ADV) więc teraz postanowiłem się nie pedalić i w końcu coś w życiu osiągnąć (to stwierdzenie z resztą pozostało motywem przewodnim naszego wyjazdu), dlatego ruszyłem na niełatwą wyprawę bezdrożami Ukrainy. Jako kompanów wybrałem sobie dwóch starszych ode mnie ludzi bo myślałem, że będę błyszczał ale tak się nie stało. Dzień 0,2, drugi i trzeci W piątek po robocie ruszam w stronę Lublina ponieważ jestem umówiony z Jackiem, że będę spał u niego w domu ale wiem, że dotarcie będzie trudne. Wyruszam późno ok 19 z Torunia, w dodatku we Włocławku na stacji dostrzegam, że nie mam świateł mijania więc muszę wymienić żarówkę co niestety w moim motocyklu nie jest takie proste bo trzeba rozkręcić czachę. Ze stacji ruszam ok 21 więc jest już prawie ciemno. Gdzieś pod Radomiem stwierdzam, że nie dam rady dojechać i biorę nocleg w pensjonacie o zachęcającej nazwie "Miraż". Rano przy dźwiękach DiscoPolo konsumuję śniadanie i ruszam w kierunku Lublina gdzie spotykam się z Jackiem. Dalej ruszamy w stronę Bieszczadów gdzie mamy zaplanowane forumowe spotkanie. Bytujemy tutaj jedną noc w Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej gdzie mam okazję spotkać po raz pierwszy naszych forumowych Jankesów, brata Maksia, a reszta to starzy znajomi. Wieczorem wybieramy się na koncert z okazji 40 lecia KSU, który poprzedzamy posiedziawką w niedźwiadku, w którym spożywamy pizzę oraz wypijamy kilka piw żeby wejść w nastrój koncertowy. No cóż, koledzy bawią się świetnie, ja lubię polską muzykę lat 80tych ale nie KSU, niestety. Czuję niedosyt konwersacji tego wieczora, a na ognisko po 1.00 w nocy nie mam już siły tym bardziej, że następnego dnia mamy ruszyć na Ukrainę. Szefem ekipy przez dwa dni ma być Jacek, a z nim wiadomo, nie jest lekko. Ruszamy ok 10, a może 11 następnego dnia z Bieszczadzkiej Przystani w kierunku Ukrainy na przejście w Krościenku. Próbujemy przebić się przez sznur samochodów żeby nie stać w palącym słońcu ale Pan Celnik nas cofa na koniec kolejki informując, że jeżeli by padał śnieg albo deszcz to by nas przepuścił ale jest ładna pogoda to możemy się poopalać, fajnie. Stoimy zatem w rynsztunku motocyklowym w temperaturze ponad 30 stopni ok godziny. W końcu udaje nam sie minąć granicę, tankujemy i Jacek od razu skręca w pierwszą szutrówkę choć właściwie wszystkie powiatowe drogi na Ukrainie można określić tym mianem. Z szutrówki dostrzegamy malowniczą górkę więc postanawiamy w nią skręcić. Na podjeździe od razu pierwszy zakopuje się Dziadek. Ja z racji tego, że podjeżdżam żeby pomóc go wyciągnąć również grzęznę. Jacek widząc co się dzieje nawraca i odjeżdża zostawiając nas jak jakiś Jeremy Clarkson. Po 15 minutach walki z odkopywaniem motocykli robimy odwrót robiąc jeszcze foty po drodze i wracamy na szutrówkę. Jacek wybiera koordynaty "droga gminna" no i się zaczyna. Wjeżdżamy w jakąś łąkę: Dziadek jedzie przodem i z racji tego, że jest najmniejszy, ma pneumatyczne kości jak ptaki i w dodatku ma najlżejszy motocykl przejeżdża wszystkie przeszkody, ja z Jackiem zaczynamy się kopać w błocku. Po 3 bagnie mam trochę dość, jest 40 stopni w cieniu, przejechaliśmy jakieś 5 km w 2 godziny bo głównie wypychamy motocykle z błocka. Zaczynam trochę marudzić ale szybko przypominają mi się słowa forumowicza z forum ADV i przestaję. Nie jestem przecież tutaj dla przyjemności tylko dla dokonań. Na jednym z błotnistych podjazdów wywracam się ale na szczęście bezstratnie dla mnie i motocykla. Po zdobyciu górki ukazuje nam się taki widok: W końcu wiem po co się tak męczyliśmy. Dalej już przyjemną drogą polną docieramy z powrotem do szutrówek i zatrzymujemy się przy jakimś sklepie żeby coś zjeść i napić się ukraińskiego kwasu. Następnie Jacek kieruje nas na drogę która ma po drodze 3 brody, które okazują się prawdziwymi rzekami. Jak zwykle największe wątpliwości pojawiają się przy pierwszej później już idzie jak z płatka. Później jeszcze tylko jedna dziurawa ściana do pokonania (tym razem w dół) i docieramy ok 19 lokalnego czasu do przydrożnego motelu który wybiera Jacek. Oczywiście na miejscu przyczepiają się do nas tubylcy, którzy chcą się zaprzyjaźniać lub po prostu naciągnąć na zakup piwa. Jemy pyszne placki w motelowej restauracji i raczymy się piwem i winem (tzn ja z Dziadkiem bo Jacek to sportowiec). Następnego dnia planujemy wjazd na Połoniny. C.D.N.
  25. 1 point
    Dorzucę też kilka ujęć. Niestety nie mogłem spędzić całego tygodnia, bo w środę miałem być świadkiem w sądzie. Sprawa się nie odbyła, przyszedłem jako jedyny. Wkurzyłem się nieźle z tego powodu. Na początek żarcie i dziewczyny w znaym niektórym lokalu u Rubina w Narolu. KSU Błądzimy po Ukrainie. Ten pas ziemi po lewej to granica. Woda. Żródło życia i zabawy. Franek musi błyszczeć. Pozostałe sprzęty też. Kierownicy również. Spadamy dalej. Ile można siedzieć w tej samej wodzie. Jedziemy na Równą. Tak wygląda pułapka na Vengosha. Połonina. Dojazd na nocleg trochę długi, ale spory kawałek świetną szutrowką. Wieczorem żarcie, bania (raczej sauna) i zimne kąpiele. Bardzo fajnie spędzony czas. Rano żegnamy się i wracam do kraju, a chłopaki jadą dalej beze mnie... Zajeżdżam do Sianek. Przed wojną był to kurort narciarski dla elit, teraz nie ma nic. Kilkadziesiąt kilometrów ukraińskich winkli. Pizza w Samborze, myjnia w Lublinie i koniec przygody. Tylko 4 dni, ale intensywne i w świetnym towarzystwie.


×