Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 10.10.2019 in all areas

  1. 4 points
    Jest łatwiej i szybciej. Nie muszę (dajmy na to w zaczynającym padać deszczu) ściągać kurtki (i kasku, jeśli takowy ktoś zdejmuje do montażu membrany), bujać się z tymi wszystkimi tasiemkami mającymi utrzymać membranę na miejscu, wpinać zameczków, (zakładać kasku). MVP akurat ma dwa zamki przelotowe, umożliwiające dostęp do tego, co jest pod spodem. Problemów latania kurtki z "dwiema warstwami zamiast jednej" osobiście nie zauważyłem. W kontekście przeciwwiatrowym wywietrzników nie potrzebuję, w kontekście przeciwdeszczowym RACZEJ też nie. Odblasków nie widać, to jest prawda, na dodatek kurtka w kamuflażu to największy idiotyzm na szaro-burą deszczową aurę. Jak chcesz jeździć na zimnie i wietrze, ale np bez deszczu czy w przelotnych opadach, to jasna sprawa, membrana wpięta pod spodem jak najbardziej. Choć może wtedy wystarczy softshell/podpinka ocieplająca pod spodem? BTW, dzięki do @dakarowy za użycie nazwy "Paclite" w tym wątku. Zgłębiłem temat i jest to mniej więcej to, co ECWCS generacji trzeciej. Można polować na jakieś po taniości na allegro, co teraz planuję własnie uczynić
  2. 3 points
    Nawet latem przykro jest przy drodze ściągać spodnie aby założyć membranę więc mam przeciwdeszczówkę a membrany leżą w szafie.
  3. 3 points
    Mnie wewnętrzna podpinka gore wystarcza - prawie - w zupełności. Na zewnątrz wrzucałbym chyba tylko podczas letnich burz albo przewidując całodniową jazdę w deszczu. W Skandynawii, owszem, zewnętrzna kurtka czasem trochę przemokła, ale (sorry, Artex!), to jeszcze nie jest powód, żeby dzwonić do mamy i płakać.
  4. 3 points
    Dokladnie taka kupilem za 1500zl dwa miesiace temu [emoji6]Jak zNajdziesz spodnie do kompletu za 1500 zl to daj znac [emoji6] aaaa.. i rozmiar 50 [emoji16]...Seb... jak zwykle na miejscu.. jak nie uzywales membrany goretex, a rozumiem ze nie, to powstrzymaj sie prosze od jednoznacznej oceny, ze jest to cerata jak kazda inna, tym bardziej jak mowimy o wprasowanym goretexie [emoji6] Ich rodzajow tez jest kilka, jedne lepsze, drugie gorsze, ale nie generalizujmy. A to jest wlasnie mieszanie kilku roznych systemow walutowych [emoji12] Oczywiscie najlepiej miec wszystko i ubierac tylko to co potrzebne. Seb gwarantuje Ci ze jak juz kiedys skorzystasz z jakiegos drozszego ciucha, to te Twoje wynoszone tu na piedestal zrzucisz sam do piekla, nawet nie bedzie trzeba Cie o to specjalnie prosic [emoji28] Wszystko jest kwestia zasobnosci portfela, lachy, motocykle czy nawet dupy [emoji28] Wysłane z mojego SM-J730F przy użyciu Tapatalka
  5. 3 points
    A jak kupię Afrykę to znaczek nie będzie mi pasował
  6. 3 points
    Z tego wszystkiego wynika, że najlepiej kupić Rukke bo ma najdłuższą gwarancję. Zaczynam odkładać do skarbonki.
  7. 2 points
    Super wypad , wnioskuje tylko na podstawie zdjęć. Dawno tak nie robiłem , by nie przeczytać autora . A autor Krzysiek fajnie pisze.
  8. 2 points
    A to nie wiem, ja kupiłem jeszcze w 2014 a teraz nie mam pojęcia co jest bo nie musiałem szukać. I po za czarnym kolorem nie ma wad. No może z każdym rokiem wydaje się mniejsza
  9. 2 points
    Brudzi się tak samo jak czarna, tylko widać bardziej [emoji6] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
  10. 2 points
    Koła lepszego i gorszego sortu. Szok
  11. 2 points
    Byłem tam w czerwcu a i tak zazdroszczę na początku jest wąsko: a potem jeszcze gorzej W jakim miesiącu byliście? Nam w drugiej połowie czerwca, pomimo fali upałów nie udało się wjechać na Mangart.
  12. 1 point
    Dakarowy - oczywiscie, wszystko jest kwestią zasobności portfela, jednak gdzieś zaczyna się zdrowy rozsądek. Ten rebelhorn to był mój pierwszy NOWY komplet, biorąc pod uwagę sposób użytkowania, a sam wiesz jaka miałem wtedy średnia gleb na wyjazd - kupowanie kompletu za 5k wtedy, byłoby mało rozsądne, bez względu na zasobność portfela. Masz natomiast racje, drozej często znaczy lepiej. Jak sobie przypomnę swoje pierwsze buty Formy i porównam je z ostatnimi O’neala - to mnie pusty śmiech ogarnia [emoji23][emoji23][emoji23] Niemniej jednak - wprasowana na stałe membrana - zawsze będę mówił nie, jaka by to nie była membrana. Może dlatego ze mi jest zawsze za ciepło, rzadko jest mi za zimno, tak już mam. W tym roku latem do pracy jeździłem „na zdrapkę”, jak gdzieś dalej, to kupiłem sobie kurtkę Ispido, która w zasadzie cały przód i tył ma z siatki, a i tak żeby się schłodzić musiałem latać 180+ [emoji23] Z innej beczki - czy Wy kurwa naprawdę nie macie co robić??? Normalni ludzie o tej godzinie pracują!!! Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
  13. 1 point
    Ej, jeśli to mama była winna, to ja też bym dzwonił.
  14. 1 point
    Ja suszę tradycyjnie i nic nie przecieka. Producent pisze na stronie, że wiele produktów posiada DWR więc nie wszystkim pomoże suszenie w suszarce. Held ma kilka takich kurtek np. Carese ale to przede wszystkim flagowe rozwiązanie w Touratecha (Companero).
  15. 1 point
    No właśnie, a to w czym jeździ Łysy z Brazzers to chyba goretex (ze strony: GORE-TEX inside jacket can also be worn as rain jacket over the outside jacket)
  16. 1 point
    Przeciez Ci napisał że rozwiązaniem jest posiadanie kilku zestawów
  17. 1 point
    Nasiąkanie kurtki, membrany i brak przeciwdeszczówki, mam tu podobne przemyślenia. Fajnie mieć mało warstw i nie zakładać przeciwdeszczówki, sporo zależy od tego gdzie i jak się jeździ. Jeżeli to polatanka po okolicy i za parę godzin jestem w domku gdzie się ogrzeję i wysuszę kurtkę to po co przeciwdeszczówka. Jeżeli się jedzie turystycznie w zimnym, deszczowym kraju i mamy dni i noce deszczu przed sobą, taka kurtka nie ma szans żeby wyschła i następnego dnia zaczynamy w mokrym zimnym kluchu. Trzeba się bardzo nie lubić aby jechać do Skandynawii bez przeciwdeszczówki. Rozwiązaniem jest posiadanie kilku zestawów
  18. 1 point
    Kurtka Rallye BMW Motorrad Team 2992,00 zł (3399,00 zł)
  19. 1 point
    Wstęp Prawie do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy uda mi się pojechać w Alpy. Sporo spraw wstrzymywało mnie prawie do ostatniego dnia. Na szczęście udało się. Trasy i przełęcze, które mieliśmy przejechać, opracował już od dawna Marek. Tym razem padło na Alpy wschodnie w Austrii, Włoszech i trochę na Słowenii. Przyznam, że nie doceniłem planu, który okazał się bardzo ambitny, szczególnie jeżeli chodzi o ilość kilometrów. Na szczęście pogodę mieliśmy dobrą i bardzo dobrą. Dzień 1. Dojazd do Austrii. Start zaplanowaliśmy na 7:30 w niedzielę. Oczywiście zaczęło się od problemu u mnie. Przed wyjazdem nie sprawdziłem czy działa ładowarka USB do telefonu w którym miałem mapy. Jeszcze kilka tygodni wcześniej, kiedy pojechałem na Mazury, wszystko działało OK. Tym razem okazało się, że ... kabelek jest dobry ale ładowarka odmówiła posłuszeństwa. Domyśliłem się, że uszczelnienie puściło i wlała się do niej woda. Cholera, co roku muszę kupować i montować nową. Za każdym razem wykańcza je wilgoć. No nic, tej usterki już nie próbowałem naprawiać. Telefon miał sporą baterię i nie musiałem z niego korzystać przez cały czas. Do tego miałem przecież nawigację Garmina. Jak się później okazało, Marek miał całą trasę w "paluszku" prowadził nas idealnie. Kiedy dojeżdżałem na stację zobaczyłem, że koledzy już są. Szybkie przywitanie, tankowanie i w drogę. Przed nami 1100 km. Ambitnie. Nie ukrywam, że myślałem iż pokonamy tę trasę dość szybko. W końcu to autostrady. Niestety, zaraz za Berlinem zaczęły się remonty. Po siódmym przestałem je liczyć. Pocieszeniem, a czasem ratunkiem było to, że jechaliśmy motocyklami i mogliśmy je jakoś "przeskoczyć". Na miejsce dojechaliśmy tuż przed godziną 21. Czterech liter prawie nie czułem. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w miejscowości Kolbnitz w Austrii. To o tyle fajnie, że stanowił świetną bazę wypadową na kolejne dni. Samego pensjonatu - Haus Kolbnitz - jednak nie polecam. Swoje lata świetności miał dawno temu. Haus Kolbnitz Dzień 2. Grossglockner, Wodospad Krimmler, Gerloss. Jeszcze na śniadaniu sprawdziliśmy prognozy i kamerki internetowe. Pogoda zapowiadała się dobra więc postanowiliśmy pojechać pod szczyt Grossglockner i oczywiście samą przełęcz. W prawdzie na przełęczy byłem już rok wcześniej to i tak bardzo się ucieszyłem, trasa prowadziła bowiem zupełnie inną drogą - tym razem od południa. Do tego podjechaliśmy jeszcze pod lodowiec. Lodowiec. Choć z roku na rok mniejszy to i tak wyglądał imponująco. Szczyt Grossglockner (po lewej stronie w chmurach). Tu warto dojechać aż do Kaiser-Franz-Josefs-Höhe, gdzie znajduje się duży parking oraz kilka punktów widokowych. Dla tych, którzy mają więcej czasu sugeruję aby skorzystać z kolejki, która zwozi turystów na dno wąwozu. Tam z kolei można zrobić krótki treking do czoła lodowca. Po pierwszej sesji zdjęciowej zawróciliśmy na drogę 107 i dalej pomknęliśmy już na samą przełęcz Grossglockner. Choć zrobiło się wyraźnie chłodniej to świetne agrafki, podczas wjazdu i zjazdu, mocno nas rozgrzały. Temperatura spadła do zaledwie kilku stopni. To i tak było "małe piwo", w porównaniu z tym, co spotkało nas jak wracaliśmy. Ale o tym nieco później. Przełęcz Grossglockner od strony południowej. Dalej pojechaliśmy na zachód w stronę przełęczy Gerlos. Po drodze chcieliśmy zobaczyć wodospad Krimmler. To jeden z najwyższych (380 m) wodospadów w Europie i najwyższy w Austrii. Niestety pogoda się popsuła. Podjęliśmy decyzję, że najpierw pojedziemy na Gerlos, zjedziemy do następnej miejscowości gdziezjemy obiad i w drodze powrotnej spróbujemy jeszcze raz podjechać pod wodospad. Na przełęczy Gerlos dopadła nas ulewa. Na Gerlosie było jeszcze gorzej. Zaczęło lać. W takich warunkach zrezygnowaliśmy z podejścia pod wodospad tym bardziej, że w drodze powrotnej czekał nas jeszcze raz przejazd przez Grossglocker. Nie ukrywam, że bardzo liczyłem, iż wjeżdżając na przełęcz wypogodzi się. Jednak jak zaczęliśmy podjazd, sprawy pogodowe zaczęły się jeszcze bardziej komplikować. Mniej więcej w połowie wjazdu pojawiła się mgła. Temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Zaczęło wiać. Brakowało tylko śniegu i oblodzenia! Na samej przełęczy było już "mleko". W życiu nie jechałem motocyklem z tak ograniczoną widocznością. Wydawało mi się, że jadę zaraz za Markiem, a nie widziałem jego tylnych świateł. Zrobiło się potwornie zimno. Grzanie manetek włączyłem na maksa i dalej było ... zimno. Pamiętałem, że jeszcze przed południem pokonywaliśmy zakręty z pełnym entuzjazmem teraz miałem sporo obaw. Naprawdę niewiele było widać. Zaczęła się jazda przy krawędzi. Ci którzy byli na przełęczy wiedzą, że barierek ochronnych tam nie mam... za to są sporej wielkości przepaście. Po zjechaniu z przełęczy, z jej drugiej strony, na szczęście już nie było mgły i nie padało. Arek czekał już tam na nas. Zatrzymaliśmy się dosłownie na chwilę aby trochę ochłonąć z wrażeń. Po drodze do pensjonatu zatrzymaliśmy się jeszcze na niewielkie zakupy. To był naprawdę męczący dzień z bardzo wymagającą trasą ponad 389 km. Dzień 3. Glockenhutte, Nockalmstraße, Turracher Höhe, Tama i przełęcz Malta-Hochalm Rano mieliśmy niezłą sytuację. Jeszcze podczas śniadania, decydując gdzie pojedziemy, świeciło słońce. Prognoza na większość dnia była bardzo dobra. Jednak, kiedy tylko wsiedliśmy na motocykle zaczęło kropić. Dosłownie w ciągu kilku minut nastąpiło oberwanie chmury. Staraliśmy się uciec ulewie, co w końcu się udało ale byliśmy przemoczeni i to niespełna po kilku kilometrach. Ledwo początek dnia, a tu już rękawice przemoczone. Niektórzy mieli wodę również w spodniach... Na szczęście, po kilkunastu kilometrach przestało padać, a po kilkudziesięciu, kiedy wjechaliśmy w inną dolinę, wypogodziło się. Już w trasie ciuchy zaczęły schnąć. Omijając fragment autostrady E55, skierowaliśmy się na północ i dotarliśmy na Glockenhutte. Tu czekały na nas wspaniałe widoki. Glockenhutte Glockenhutte Nieco dalej, ciągnie się trasa Nockalmstraße. Warto ją przejechać aż do miejscowości Turracher i ... zawrócić szybko bo, to miejscowość iście wypoczynkowa - kurort po prostu. Wracając tą samą trasą zatrzymaliśmy się na przełęczy Glockenhutte, gdzie dosłownie przy samej drodze jest świetna knajpka. Taka akurat na obiad. Głodni wjeżdżamy jeszcze raz na Glockenhutte Przed knajpką można przymierzyć się do takiego oto motocykla. Po super obiedzie i bardzo dobrej kawie kierujemy się już do tamy Malta. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy wodospadzie Fallbach. Sama dolina jest przepiękna. Wzdłuż drogi od miejscowości Gmund do samej Malty jest kilka naprawdę sporej wielkości wodospadów. Wodospad Fallbach Tama robi olbrzymie wrażenie. Ma około 600 m długości, a na dodatek mniej więcej po środku znajduje się specjalnie przyczepiony taras widokowy. Tama Malta Taras na szczycie tamy Widok na tamę z Gasthaus Kölnbreinstüberl Taras ma ciekawą budowę i stanowi pewne wyzwanie dla turystów. Zbudowany jest bowiem ze szkła (ściany i część podłogi) oraz stali kratowej. Warto podjechać jeszcze około 300 metrów "za tamę" gdzie znajduje się urokliwa knajpka Gasthaus Kölnbreinstüberl. Z tamy skierowaliśmy się już w drogę powrotną. Tego dnia przejechaliśmy nieco mniej bo "jedyne" 248 km. Dzień 4. Plöckenpass / Passo di Monte Croce Carnico (Włochy - Wenecja Julijska), Panoramica delle Vette, Monte san Simeone, Nassfeldpass - Passo Pramollo. Od razu napiszę, że to był najbardziej ekscytujący dzień całego wyjazdu. To co zobaczyliśmy, przełęcze które pokonaliśmy, a przede wszystkim trasy, którymi jechaliśmy nie da się opisać chyba słowami. Były super widoki i sporo strachu i ryzyka. Zaczęło się bardzo niewinnie. Pokonując przełęcz Plöckenpass / Passo di Monte Croce Carnico wjechaliśmy do Włoch. Od razu zrobiło się cieplej. Nie ma co ukrywać. Południowe Alpy pod tym względem są inne - cieplejsze. Już na przełęczy zaczęliśmy się rozbierać z niepotrzebnych rzeczy. Dobrze, że koszulkę wziąłem białą, przy najmniej odbijała słońce. Letnie rękawiczki też się w końcu przydały. Na Panoramica delle Vette mieliśmy wjechać od strony miejscowości Ravascletto, niestety droga była zamknięta z uwagi na remont. Ale co to dla nas. Marek od razu zadecydował, że nie odpuszczamy i dojedziemy z drugiej strony. Musieliśmy podjechać nieco dalej na zachód i wspinaczkę zacząć od Noiaretto. Cóż to była za droga. Powiem tak: wąsko, zaledwie na jeden samochód. Droga na przełęcz pnie się bardzo stromo. Co chwilę agrafki. Żadnych zabezpieczeń. Do tego podjeżdżając pod górę nie widać czy ktoś nie zjeżdża. I tak kilkanaście kilometrów pod górę. Panoramica delle Vette Panoramica delle Vette Moja Kruszyna na Panoramica delle Vette - Agriturismo casera Chiadinis alta (1934) Na przełęczy jest niewielki parking, warto jednak zjechać dosłownie 200 m do gospodarstwa agroturystycznego. Serwują tu pyszną kawę. Można odpocząć w cieniu i podziwiać widoki. Jeżeli ktoś będzie głodny, to widziałem (niestety nie kosztowałem), że podają tu smaczne makarony penne, spaghetti czy tortillę. Zjazd z przełęczy był jeszcze bardziej ekscytujący. Tym razem, chyba z uwagi na większą prędkość, bardziej zwracałem uwagę na brak barierek dających minimalne poczucie bezpieczeństwa niż na to czy coś jedzie pod górę. To był jednak dopiero początke przeżyć. Jeżeli wjazd na Panoramica delle Vette był trudny, to wjazd na Monte san Simeone był "ekstremalny". 23 agrafki, z nawrotem ponad 180 stopni. Tuneliki i droga na której z ledwością mieści się samochód osobowy. Szanse minięcia się - żadne, chyba że na wyznaczonych miejscach (nie widziałem) lub właśnie w zakrętach gdzie, czasem jest trochę więcej miejsca. Monte san Simeone Jak już się pokona ten wjazd to nagrodą jest super panorama. Widok na dolinę rzeki Taglimento powala. Reasumując warto zaryzykować wjazd aby to zobaczyć. Tak samo jak warto zabrać ze sobą coś do picia i jedzenia, bo na szczycie nie znajdziecie nic, poza łąką gdzie można się zatrzymać. Łąka za to skoszona, ponieważ startują z niej paralotniarze. Monte san Simeone Rzeka Taglimento - widok z Monte san Simeone Zjazd z góry jest chyba już łatwiejszy. Wiemy, czego się spodziewać, nieco więcej też widać. Byliśmy już nieźle głodni więc czas było poszukać jakiejś knajpki. Zajechaliśmy może w dwa miejsca, ale wyglądały słabo. Dopiero kilkanaście kilometrów dalej w Pontebba zapytaliśmy się gdzie warto coś zjeść. Poinstruowani w uniwersalnym - migowym języku - dojechaliśmy do pizzerni. Zimne piwko bezalkoholowe, super smaczna pizza i ... nie chciało się nam wracać. Drzemka by się przydała. Cóż czasu na to nie było więc jeszcze wypiliśmy po podwójnym espresso i dalej w drogę. Piwko bezalkoholowe oczywiście! W drodze powrotnej wspieliśmy się jeszcze na przełęcz Passo Pramollo. Passo Pramollo O ile wjazd był można powiedzieć usypiający, to zjazd okazał się nader wymagający. Na dolnym odcinku napotkaliśmy niestety wypadek. Dwa motocykle na lawecie, policjanci... Kierownicy byli jednak cali. Mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało. Tego dnia przejechaliśmy 315 km. Dobrze było wieczorkiem usiąść przy zimnym piwku, tym razem alkoholowym i porozmawiać o dniu pełnym wrażeń. Dzień 5. Passo Pramollo, Sella Nevea, Mangart, Dolina Trenta, Wurzenpass. Początek drogi powtórzyliśmy z poprzedniego dnia. Szybkie pokonanie Passo Pramollo i właściwie od razu wspinaliśmy się na Sella Nevea, gdzie zatrzymaliśmy się na kawie. Jakieś to ciśnienie w górach niskie. Może lekkie zmęczenie z poprzednich dni. Tak czy inaczej lepiej się zatrzymać i odpocząć, przyjąć trochę kofeiny... Kawa pod przełęczą Sella Nevea Most nad rzeką Mangart Od tego mostu nad rzeką Mangart (tu chyba wszystko nazywa się Mangart?!) zaczynał się całkiem ciekawy wjazd na szczyt. Szczyt oczywiście o tej samej nazwie. Mniej więcej 500 m przed wjazdem na punkt widokowy ustawiony został jednak zakaz wjazdu. Skały osunęły się na drogę, którą postanowiono zamknąć. Prawda była jednak inna. Choć leżało trochę kamieni, jak się za chwilę okazało, przejazd był możliwy. Zjeżdżający z góry motocyklista coś do mnie machnął. Odebrałem to to bardziej jako zachętę do zlekceważenia zakazu i wjazdu niż ostrzeżenie. Wrzuciłem jedynkę i dawaj pnę się pod górę. Powiem tak, oj warto było zaryzykować! Na samej górze to dopiero były widoki. Motocykle zostawiliśmy przy drodze (jest niewielki parking), a następnie już pieszo wspieliśmy się jeszcze kilkadziesiąt metrów. Z resztą sami zobaczcie. Punkt widokowy Mangart Punkt widokowy Mangart Z Mangart zjechaliśmy do doliny rzeczki Socza. Często opisywana jest ona jako szmaragdowa rzeka. Faktycznie jej kolor i urok można podziwiać z "siodła" ponieważ przez wiele kilometrów rzeka płynie dosłownie przy samej drodze. Teraz to nawet żałuję, że nie zatrzymaliśmy się na jednym z kempingów czy plaż i nie skorzystaliśmy z możliwości wykąpania się. Z samą doliną, która jest też parkiem narodowym, związane są tragiczne wydarzenia z okresu I Wojny Światowej. Toczyły się tu zacięte walki. Atakowali Włosi, a bronili Austro-Węgrzy. Zginęło dziesiątki tysięcy żołnierzy. Dolina ma wiele fortyfikacji. Przy jednej z nich postanowiliśmy się zatrzymać na chwilę. Jedna z fortyfikacji w dolinie rzeki Socza. Tego dnia chyba najdłużej szukaliśmy miejsca na późny obiad. W pewnym momencie zacząłem nawet wątpić czy Marek, który prowadził nas, zamierza się coś zjeść tego dnia. Na szczęście, zjechaliśmy do przydrożnego baru. To był strzał w dziesiątkę. Niesamowicie smaczne, lokalne jedzenie. Szczerze polecam Gostilna Metoja Božo Bradaškja. Nich Was nie zmyli wielkość mojego talerza. To na szczęście porcja dla dwóch osób. Gostilna Metoja Na granicy austryjacko-słoweńskiej napotkaliśmy jeszcze pewien egzemplarz czołgu. Nie mogliśmy dojść do porozumienia co to za model. Może ktoś z Was wie? Napiszcie w komentarzach poniżej. Czołg na granicy austryjasko-słoweńskiej. Zrobiło się już chłodno, trzeba było ubrać się cieplej i spokojnie zejchać z przełęczy. Dalej ominąć miejscowość Villach i dojechać do naszego pensjonatu. W planach mieliśmy jeszcze jeden dzień jazdy po przełęczach. Następnie powrót do Polski - około 1100 km. Nie ukrywam, że na samą myśl tak długiej jazdy tyłek zaczął mnie boleć. Rok temu, kiedy również byłem w Alpach, powrót rozłożyłem sobie na dwa dni. Zaświtał mi pomysł aby to samo zrobić i teraz. Koledzy okazali się bardzo wyrozumiali. Ja z kolei miałem okazję pojechać spokojnie rozkładając siły i czerpiąc z jazdy przyjemność. Do tego miałem spędzić wieczór w Pradze! Nie pisałem o tym wcześniej ale Praga bardzo mi się podoba. Wyjątkowa atmosfera, zabytki, jedzenie i piwko... Dzień 6. Kolbnitz, Praga. Rano, po śniadaniu, zacząłem się pakować. Rzeczy nie miałem dużo więc zajęło mi to praktycznie chwilę. Praktycznie razem wyjechaliśmy z pensjonatu. Koledzy mieli jeszcze jeden dzień jazdy po przełęczach. Mnie czekała droga do Pragi. Kiedy już opuściłem Alpy ociepliło się. A kiedy wjechałem do Czech, musiałem zatrzymać się i zdjąć kalesonki oraz windstoper. Sama droga była mi już dobrze znana więc tradycyjnie około 80 km przed Pragą, zatrzymałem się na sikstopa i posiłek. Myślałem, że dojadę do stolicy Czech ale zgłodniałem okropnie. Do tego, zauważyłem na horyzoncie, że pogoda zaczęła zmieniać się niepokojąco. To co wydarzyło się na przedmieściach Pragi zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Otóż takiej burzy i ulewy jeszcze nigdy nie spotkałem. To po prostu była ściana wody, błyskawice oraz potworny wiatr. Miałem dużo szczęścia, że wszyscy zwolnili do kilkunastu kilometrów na godzinę, a ja byłem w samym środku, między samochodami. Dzięki temu wiatr nie targał mną tak mocno. Burzę pokonałem w kilkanaście minut, natomiast deszcze nie odpuszczał aż do centrum Pragi. Pierwszy raz miałem okazję poczuć ja bardzo bolą ramiona kiedy uderza w nie sporej wielkości grad. Podjeżdżając do hotelu wiedziałem, na szczęście, gdzie jest garaż podziemny i od razu się tam skierowałem. Gorący prysznic i dłuższa chwila odpoczynku pozwoliły zebrać mi siły na wyjście do miasta. Przy okazji wypogodziło się. Zapowiadał się przepiękny wieczór w stolicy Czech. Wejście na Most Karola Widok na Most Karola i Hradczany Brama Prochowa Praski Zegar Astronomiczny Dojazd z Kolbnitz do Pragi to niewiele ponad 500 km. Dzień 7. Praga. Poznań. Ależ nakombinowałem z jazdą tego dnia. Nie ma to jak włączyć dwa GPS i nie zwracać uwagi co one mówią. Google proponowała najkrótszą, przy okazji najszybszą drogę. Garmin miał inne zdanie. Nie ma to jak dołożyć sobie bez powodu ponad 60 km. Już jak jechałem, a chodzi o odcinek między Bolesławcem, Legnicą i Polkowicami wiedziałem, że nieźle nadłożyłem drogi. Nie pytajcie się mnie o co chodziło. Nie mam pojęcia. Na końcu zawróciłem na północ w stronę Poznania. Pewno tak musiało być. Z nadłożeniem drogi do Legnicy, tego dnia przejechałem niewiele ponad 550 km:) Mapa: https://www.google.com/maps/d/u/2/edit?mid=129mpm62kjsdnxqygHGMVqd5M3ds_jj03&ll=46.803241176996735%2C12.987071850000007&z=10 Pozdrawiam Krzysiek MakeRideEasy.com
  20. 1 point
    Tero są dobre zmiany, taczki są dwukołowe z jednym kołem bardziej
  21. 1 point
    Do tego sie dorasta [emoji1787] Wysłane z mojego SM-G970F przy użyciu Tapatalka
  22. 1 point
    Co by się nie działo, Jezier, to unikaj Dainese. Zepsuł mi się w niej dosłownie każdy zamek - w kieszeniach, rękawach, wentylatorach... I dodatkowo w płaszczu zimowym, który powisiał chwilę obok.
  23. 1 point
    wszystkie linki działają, za wyjątkiem tych, co nie nie istnieją jedziemy dalej z odcinkiem pierwszym: Czarek? Aresztowany? A tak porządnie wyglądał! Głowa przyprószona siwizną! Kto by pomyślał… Robi się mały rozgardiasz, może lepiej się odsunąć i udać, że ten pan to tak tylko przypadkiem koło nas stał? Na szczęście strażnik graniczny jest nadal miły i uprzejmy i szybko wyjaśnia, że chodzi o niezapłacony mandat. Na tyle prehistoryczny, że już w egzekucji. Rozwiązanie niby proste: zapłacić. Ale jednocześnie pogranicznicy nie mogą Czarka puścić z powrotem do Polski celem zapłaty. Jakie zatem wyjście? Czarek dostaje asystę w postaci naczelnika i ruszają wspólnie robić przelew do jednego z kantorów. \Niestety trzeba jeszcze czekać godzinę-dwie na potwierdzenie, więc postanawiamy spotkać się na noclegu i ruszamy dalej. Murzyniątek pozostało dziesięć :) Już po przekroczeniu szlabanu pada pytanie: a czy ktoś ma telefon do Czarka? Tak, ma – Człowiek Bez Butów, który właśnie jest w drodze po buty. Do Warszawy. Pełne zorganizowanie! Przed nami jeszcze tylko dwie kontrole Białoruskie. Na żadnej nie dają słynnych karteczek, nie trzeba zbierać pieczątek, ani wypełniać wriemiennego wwozu. W dodatku jako kibice jadący bezwizowo na Igrzyska Europejskie do Mińska mamy oddzielny, priorytetowy korytarz na przejściu. Co za czasy… Naszych papierów nikt się czepia, białoruski pograniczni zwraca mi tylko uwagę, że muszę wyjechać przed końcem ważności czasowego dowodu rej. Wszystko miło i bezboleśnie. I jedyne 3 godziny Ponieważ The Chemical Brothers + Apex załapali się przed zmianą szychty na przejściu, są już dawno na tamtej stronie. Chemik znalazł dla nas cudny hostel w Brześciu za śmieszne pieniądze: pokoje z poprzedniej epoki, ale nawet ręcznik dali i nawet są czyste prysznice z gorącą wodą (co prawda nieco ekshibicjonistyczne ) podobno ktoś widział jakieś karaluchy, ale nie czepiajmy się szczegółów Obalamy z Rafem i Calgonem butelkę Traminera za sukces bezproblemowego wjazdu, po czym witamy Czarka, który jakiś cudem nas znalazł. A na dobranoc słyszymy słowa Chemika: „Jutro start szósta rano, będzie chłodniej”. Patrzymy się na siebie z Calgonem. „To co, budzik na ósmą?” [cdn] PS. Robaczki, pamiętajcie, jak wybieracie się poza UE, to zapłaćcie brakujące mandaty
  24. 1 point
    Laweciarstwo jest tematem wstydliwym, ale jakoś tak się złożyło, że z 12 maszyn pięć przybyło na lawecie, a dwa w busie Na swoją obronę mamy końcówkę tylnej opony u Rafa oraz prawie zupełny brak gąbki w siedzeniu Jagny (znaczy DR Jagny oczywiście )Pakujemy się u Wasilczuka na podwórku:Punkt zborny został przez Chemika ustalony przy terespolskim Tesco na godz. 18. w sobotę. Nie wiem dlaczego, ale miałam mocne przeświadczenie, że dokładnie o 18.01 ekipa pod wodzą Chemika wyruszy i nie będzie żadnego czekania na spóźnialskich Tymczasem jest 18.00 i są wszyscy oprócz Chemika, Olka i Szynszyli Jest bardzo gorąco i z zazdrością patrzę na jedynego, któremu nie gotują się stopy.Teddy-boy ma na sobie piękne, bialutkie i PRZEWIEWNE trampki.Szybko okazuje się jednak, że nie bardzo jest czego zazdrościć, bowiem owe trampki to JEDYNE obuwie, jakie posiada. Motocyklowe nie załapało się na podróż busem Off w trampkach? Pewnie są i tacy, ale Teddy-boy do nich nie należy Człowiek Bez Butów (dawniej Teddy-boy) postanawia stracić jeden dzień z wycieczki i wrócić się do Warszawy po bardziej odpowiednie obuwie, jednak bez pewności, gdzie ono aktualnie się znajduje I tak murzynków (tfu) motocyklistów zostało jedenastu (ale tylko na chwilę )Nadciągają ostatnie trzy maszyny i możemy ruszać na przejście. Wszyscy ostrzegali, byle nie na 19, bo zmiana szychty, no ale cóż. Wjeżdżamy punkt 19.Papiery, papiery, pewnie byłoby sprawniej, gdyby było nas mniej.Służba graniczna miła i sympatyczna, po pewnym czasie wychyla się z okienka i woła: "Zapraszam pana Cezarego".Po czym słyszymy: "Ja pana nie mogę przepuścić przez granicę, gdyż jest pan poszukiwany. Mam obowiązek pana zatrzymać".Przyznam, że był to dość niespodziewany początek naszej wycieczki [cdn]
  25. 1 point
    Odcinek 1, czyli czy naprawdę tego właśnie chcemy? Zorganizowany wyjazd grupowy… Są plusy dodatnie i pulsy ujemne takiego wyjazdu. Moje doświadczenia są dokładnie pół na pół, czyli jeden taki wyjazd udany, a drugi niekoniecznie. Przeczytawszy post Chemika o wyjeździe grupą na Białoruś miałam więc mocno mieszane uczucia. Zmieszały się jeszcze bardziej, kiedy przeczytałam słowa Chemika (cytat luźny): jak tankujemy, to wszyscy, jak jemy, to wszyscy, jak sikamy, to wszyscy Zapada jednak decyzja: jak będzie za bardzo hardcorowa jazda (bo Jagny się jazdą w terenie delektują raczej), albo za duży zamordyzm, to po prostu pojedziemy sobie sami w bok i już. Do tego namawiamy do wspólnej jazdy Maryśkę i Janinę, więc będzie wesoło, no i widzimy na liście Calgona – będzie jeszcze weselej Mój optymizm skrusza nieco na Izi Meetingu Bartek: „Marysia i Janina?! Jagna, ty się módl, żeby Maryśka wzięła BMW, a nie KTM! To truchło nie dojedzie do Lublina nawet, a tak to może choć na Białoruś wjadą!”. Słowa okazały się prorocze, choć nieco w innym zakresie Decyzja zapadła, wciągamy się na listę, ustalamy urlopy w robocie. Problem nr 1 – Jagna tydzień przed wyjazdem zauważa, że nie ma gdzie wbić przeglądu w DR (serio mam ją już tyle lat??), czyli trzeba wyrobić czasowy dowód. Ciekawe, jak go potraktują na granicy… Problem nr 2 – KTM Rafa jest zarejestrowany na Jagnę (ach te zniżki…) Problem nr 3 - Jagna w każdym papierze ma inne nazwisko (ach te śluby …) Wyrabiam dowód, spisujemy notarialną umowę użyczenia motka (dwujęzyczną), choć moja ścisło-matematyczno-logiczna dusza burzy się przed tym faktem jak tylko może (przecież będę stała obok i mogę powiedzieć i podpisać przy celnikach: oto użyczam temu mojemu ślubnego tego oto KTM – i po co notariusz??) Laweta pożyczona (mamy do Terespola prawie 700 km), parking u Wasyla zarezerwowany (Wasilczuk - dzięki raz jeszcze!), budzik ustawiony na 6 rano… Witaj przygodo!


×