Skocz do zawartości

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 08.11.2011 in all areas

  1. 56 points
    Postaram się pokrótce opowiedzieć o przeróbkach, które przeszła moja beemka. Zaczęło się od wyjazdu na wyprawę do Azji centralnej. Postanowiłem wtedy przekształcić standardowe BMW F650 ST w turystyczne enduro z prawdziwego zdarzenia. Modyfikacje objęły m.in.: - przedni błotnik od crossa - sprężyny progresywne - 27 litrowy zbiornik paliwa - aluminiowa płyta pod silnik - osłona na reflektor - gmole - stelaże pod sakwy - stelaż na 5 litrowy kanister - podwyższenie kierownicy - handbary Efekt był taki Motocykl sprawdził się w 100%. Po powrocie motocykl wymagał odświeżenia. Wpadłem na pomysł żeby mocno go odchudzić i pozbyć się „zbędnych” elementów. Moim zamierzeniem było stworzenie czegoś na wzór szeroko rozumianego SCRAMBLERA. Np. takiego jak ta honda :slina: BMW F650ST może nie jest najlepszą bazą do tworzenia tego typu wynalazków, ale ze względu na więź sentymentalną i fakt, że i tak już go mocno przeinwestowałem, nie zamierzam się go pozbywać, a czymś jeździć przecież muszę :D Początkowe założenia obejmowały jedynie pozbycie się tzw. „czachy” i zamontowanie lampy do przedniego zawieszenia. Szybko okazało się, że oryginalny zbiornik zahacza o nową lampę i trzeba go czymś zastąpić. Przymierzałem kilka zbiorników od crossów, ale żaden nie pasował, poza tym zmiana zbiornika wymaga zmiany siedzenia i tu mój pomysł spalił na panewce, a motocykl utknął w garażu. Zacząłem szukać pomocy u lokalnych mechaników, ale większość pukała się w głowę albo dawała pomocne rady żebym kupił sobie crossa. W Internetach nie znalazłem ani jednego sensownie przerobionego BMW F650, na którym mógłbym się wzorować. Wysłałem zapytania ofertowe ;) do warsztatów zajmujących się tuningiem, upiększaniem, czyli szeroko pojmowaną customizacją wszelkiego rodzaju motocykli. Ci od chopperów od razu powiedzieli, że nie są zainteresowani przerabianiem beemki. W końcu dogadałem się z Redem z Red Hot Chili Customs ze Szczecina. Po ustaleniu ogólnej koncepcji wysłałem motocykl do Szczecina :? Początkowo ustaliliśmy, że przeróbki mają obejmować: - montaż lampy Trail Tech Eclipse - dopasowanie używanego lub zrobienie nowego zbiornika paliwa - modyfikację tylnej części ramy - zrobienie nowego siedzenia - zastąpienie airboxa filtrami stożkowymi K&N - zastąpienie oryginalnego tłumika czymś bardziej rasowym, padło na Leo Vince - wykonanie błotników, z zastrzeżeniem że mają być metalowe - piaskowanie i malowanie proszkowe całej ramy i obręczy kół - wymiana opon - malowanie silnika - wymiana kierownicy na Accel 28 mm - ogarnięcie całej elektryki Przy okazji do wymiany poszedł napęd, łożyska wahacza, klamki. Trzeba było też zregenerować tylny amortyzator. Wszystko trwało 6 miesięcy i pochłonęło dużo kasy, ale efekt końcowy przerósł moje oczekiwania. Sam w życiu bym tego tak nie zrobił. Zresztą oceńcie sami ;)
  2. 46 points
    Ogólnie, to: „Nic nie robić, nie mieć zmartwień Chłodne piwko w cieniu pić Leżeć w trawie, liczyć chmury Gołym i wesołym być …” Po trzech godzinach jesteśmy w komplecie i po sprawnej odprawie na granicy wjeżdżamy na Ukrainę. Pierwszy cel wyprawy: Beresteczko, dzisiaj senna mieścina – kiedyś, miejsce największej bitwy XVII wiecznej Europy. 1651 rok, powstanie Chmielnickiego, Jeremi Wiśniowiecki, Bohun, Wołodyjowski, Sienkiewicz i te sprawy… Wszyscy słyszeliśmy o Grunwaldzie, a w porównaniu do bitwy beresteckiej był on tylko drobną potyczką. Na beresteckich polach mordowało się blisko 200 tys. ludzi, nieszczęście w tym, iż w większości byli to mieszkańcy tego samego państwa – Rzeczypospolitej… Na zielono: trasa rajderów, niebieski: Polacy, czerwony: kozacy i Tatarzy. Bitwa trwała dwa dni, pierwszy dzień mordobicia i gigantyczne szarże kawalerii jakich nie widziała ówczesna Europa, nie przyniosły rozstrzygnięcia. Drugiego dnia król Jan Kazimierz postanowił zmienić taktykę i wykorzystać „ognisty lud” , czyli muszkieterów i artylerię. Polski „ognisty” walec powoli przetoczył się przez pole bitwy, rozstrzeliwując tysiące Tatarów, którzy po kilku godzinach takiej walki oświadczyli sojuszniczym kozakom, że oni pier…lą taki sposób walki i jak kozacy chcą, to mogą sobie sami walczyć z Polakami, bo oni wracają do domu. Na placu boju pozostali Kozacy, którzy na niedostępnych bagnach rzeczki Plaszówki zatoczyli tabor (taka forteca z wozów konnych, zaznaczona na mapce czerwonym kołem). Tam dokonał się ostatni dramat Kozaków, w wyniku paniki oraz szturmu Polaków zginęło ich ponad 30 000… Dla dzisiejszej Ukrainy miejsce to jest niemal święte i wiąże się z początkiem walki o własne państwo. Z tego miejsca wraz ze swym sztabem dowodził król Jan Kazimierz. Yejyej ogłasza polskie zwycięstwo, ale Dziadkowi to mało… Że, co? Że polska husaria szarżowała na tych polach, a on nie da rady??? Co? Ja, ja nie dam rady??? Wsiada na swego rumaka i rusza do szarży. Gdy tymczasem, obok nas, leniwie przejeżdża chłopska furmanka, wioząc słoiki, pewnie na kiszone ogórki…
  3. 40 points
    No i takiż Nifuroksazyd kupiłam :D Oczywiście wahałam się do ostatniej chwili i nabyłam go dzień przed wylotem. Miałam sprzeczne informacje, czy można leki przewozić w podręcznym [bagaże główne pojechały Kajmanowozem], ale spokojnie - można :D Na razie jeszcze więcej pisania, niż zdjęć, ale już jutro będzie odwrotnie :D Czyli nadchodzi piątek. Rano z małym plecaczkiem wsiadam w pociąg na naszym zadupiu. W Katowicach przejmuje mnie rumpel i jedziemy do Pyrzowic. Tam szybka odprawa i... dzwoni telefon. To chłopaki, którzy mieli lecieć z Warszawy o 14.00. O 7.20 dostali smsy, że lot odwołany i mogą lecieć z Wawy tym o 23.00. Szybko wsiedli w auto i popędzili do Katowic. Wolę nie myśleć w jakim tempie się pakowali i jak szybko jechali, ale o 12.00 nasz samolot startuje z kompletem uczestników :) Nasza grupka nie jest duża - ja, Jacek i Paweł [DRZ400], Wiesiek [KTM 690] i Wojtek [KTM 1190]. Chłopaki zagłębiają się w nudne szczegóły techniczne swoich motocykli ;) Lot mało komfortowy - czułam non stop wahania ciśnienia, mój błędnik reagował kiepsko, jakieś turbulencje... W Barcelonie wysiadam zniesmaczona. Leciemy "na miasto", tam posiłek w knajpce przy La Rambla - ja zajadam się pysznymi pieczonymi ziemniaczkami pod "chmurką" czosnkową - genialne! Inni jedzą jakieś stwory morskie :) Później spacerkiem nad morze… W drodze powrotnej zahaczamy o kawiarnię. I już pędzimy na lotnisko - które wydaje mi się wyjątkowo ciche i spokojne. Ludzie giną w wielkiej przestrzeni, która wytłumia rozmowy i dźwięki. Czas zwalnia. Mam uczucie, że jestem w innej rzeczywistości, otoczona warstwą waty, która wygłusza wszelkie bodźce. Jest dziwnie. Wylatujemy już po ciemku. Lot przebiega łagodniej, stabilniej, delikatniej - może dlatego, że kapitanem jest kobieta? Ale i tak dostaję lekkiego załamania nerwowego, gdy okazuje się, że z powodu różnic czasu [-2h] lecimy godzinę dłużej, nimi się wydawało ;) Czas umilam sobie wyglądaniem przez okno - co jakiś czas z czarnej otchłani wyłaniają się światełka miasteczek - wyglądają jak skupiska babiego lata z perełkami rosy podświetlonej o wchodzie słońca… Urokliwe bardzo. W końcu lądujemy w Afryce. Czeka na nas Kajman, który zabiera mnie na pokład K-wozu, a faceci jadą taksówką. Ze zmęczenia niewiele rejestruję z trasy i z rozpakowywania się. Pamiętam tylko, że kobitki śpią w "1", a faceci w "12". Dobranoc! ________________________________________________________________________________ Poranek rześki. Nawet bardzo. Dobrze, że miałam swojego Pajaka, który mnie dogrzewał nocami. Kemping z duża ilością zieleni i miejsc do leżakowania. Kobiety spały w zimnym wigwamie Mężczyni spali w ciepłym domku :D Odpalamy sprzęty - DRka wyjątkowo długo marudzi. Biedaczka chyba wynudziła się jak mops w towarzystwie czyściutkich i odpicowanych motocykli… No tak… nie ma kumpla Trampka i kumpeli DRakuli… Protestuje głośno i jękliwie. Nooo… dalej… obiecuję, że będziemy się dobrze bawić! Wytaplamy się w błotku i pokryjemy pyłem… Dalej! Odpaliła po kilku minutach i to był koniec jej fochów w czasie wyazdu :D Również 690 nie chce odpalić - prąd wyszedł. Doładowanie pomaga :) Po przedłużającym się rozruchu i pakowaniu w końcu wyruszamy. Słońce już wysoko. Jedźmy! Pierwsze zderzenie z ruchem drogowym - no kurde - podoba mi się! Wszyscy poruszają się płynnie. Zazwyczaj przewidywalnie [jeśli przewidujesz, że ktoś się wciśnie przed Ciebie, albo z boku, to zapewne masz rację ;) ]. Wyprzedzanie z lewej, z prawej - jak komu wygodnie. Zero agresji! Kciuk na klakson i rura do przodu! :) Kilkadziesiąt kilometrów pokonujemy asfaltem - ja i DRka jedziemy strasznie kwadratowo. Nie wiem, czy to wina nowych kostek, ciśnienia w oponach, czy może cos źle skręciłam w zawieszeniu ;) A może to dlatego, że ostatnią dłuższą jazde miałam pół roku wczesniej? Jedzie mi się koszmarnie. Co chwila tracę równowagę, nie umiem wchodzić w zakręty, wyrzuca mnie gdzieś na bok. Masakra. W końcu wjeżdżamy w góry i kończy się asfalt… Eee - no co Wy chłopaki, tutaj? Tą kozią ścieżką? Całe szczęście żartowali :) Pniemy się coraz wyżej i wyżej. W końcu pierwszy postój… Droga wygląda mniej więcej tak: jest to zaschnięta glina, a miejscami jedynie lekko przeschnięta i wtedy śliska jak fiks. Co rusz dziękuję Bogu, że mam kostki i że nie padało ostatnio. Gdyby nie to trasa byłaby dla mnie ekstremalnie trudna. A to to jest “tylko” wymagająca ;) Jadę sobie powolutku, co rusz zwalniając w śliskich koleinach. Mówię chłopakom, że nie muszą czekać, ale oni śmigają szybciutko, a potem robią przerwę. Staram się jak mogę, ale i tak jestem sporo wolniejsza od nich. Nic to! Stresuje mnie też, że po jednej stronie drogi jest przepaść. Szczególnie na zakrętach mam pietra W końcu znów kawałek asfaltu. Jadę przedostatnia, chłopaki znikają mi z oczu i przez jakieś pół godziny jadę samiutka… Samiutka? Chwila, a gdzie Wojtek, który był za mną? Aaaa - pewnie gdzieś źle skręciłam i się zgubiłam. Spoko - jak mi się znudzi, to mam przecież mapę, mogę odpalić Garmina. Teraz chcę po prostu jechać przed siebie. W końcu widzę chłopaków. Czyli jednak sie nie zgubiłam. Ale gdzie Wojtek… I wtedy dowiaduję się, że Wojtek nie ma ani śladu, ani mapy. Kurde - jakbym wiedziała, to bym bardziej na niego uważała :/ Jakoś go lokalizujemy telefonicznie. Przekazuję mu instrukcje jak ma sie kierować wg słońca i że spotkamy się za jakąś godzinę przy jeziorkach. Dojeżdżamy do jeziorek. Chłopaki na DRZetach postanawiają jeszcze “machnąć” pętelkę dużą offową. Po chwili nadjeżdża Kajmanowóz i Kajman przejmuje nawigowanie Wojtkiem - kieruje go prosto do Demnate asfaltem. A my z Wieśkiem postanawiamy pojechać na mniejszą pętelkę offową. Ech. Cóż mówić. Początek jest boski. Piękny, równy, drobny szuterek… Widoki pyszne. Ale z czasem pojawiają się znajome na wpół wyschnięte, śliskie gliniaste koleiny - najczęściej na ciasnych zakrętach. DRka jakoś dziwnie się zachowuje - po prostu wali się do wewnętrznej. Spinam się. Zaczynam tracić równowagę... Prędkość spada. Słońce chyli się ku zachodowi, a do asfaltu mamy jeszcze spory kawałek. Widoki nadal cudne Staram się zachowywać spokój, nawet gdy przychodzi mi zawrócić na stromym gliniastym zboczu w środku wioski… na oczach kilkunastu mieszkańców... ...albo gdy dojeżdżamy do końca drogi - a raczej kamienistej ścieżynki, w której woda wyrzeźbiła miniwąwozik. No to dupa. Ale że jak to? Zawrócić? I zrobić jeszcze raz te parędziesiąt km, tym razem po ciemku? Jak zawsze w sytuacjach kryzysowych włącza mi się tryb awaryjny i umysł się wyostrza. Analizuję mapę, spoglądam na Garmina - do asflatu mamy jakieś 500m w poziomie i 200 w pionie. Zaraz, zaraz. Przed chwilą mijalismy jakiegoś busa. SKADŚ musiał przyjechać. Tam chyba było rozwilenie. Wycofujemy się i stromą, kamienistą ściezką podążamy w górę. Jeszcze kilka minut… Jeeee! Asfalt :) No to jeszcze 50km i będziemy w domu :D Zmierzcha. Po ciemku pokonujemy serpentyny w dół. Na jednej z nich KTM staje. Benzyna wyszła… Całe szczęście moja krowa dojna ma jeszcze spory zapas - przelewamy trzy litry i kulamy się dalej. Dojeżdżamy do Demnate, gdzie czeka na nas cały komitet powitalny - martwili się… Okazało się, że chłopaki na DRzetach też pojechali najkrótszą drogą, po asfalcie i od dawna są na miejscu. A ja się zastanawiałam czy im starczy paliwa i na którą dotrą. Hm. Jestem podbudowana, bo okazuje się, że leszcz przejechał tego dnia najwięcej offu :) Idziemy “na miasto” coś zjeść. Do posiłku dostajemy pyyyszną miętową herbatę. Słodką jak fiks. Czyli pierwsze spotkanie z berber whisky - mniam! po powrocie “na bazę” mamy jeszcze siłę siedzieć i gadać. Nie jest źle!
  4. 37 points
    Krótki fotoreportaż z wypadu pod granicę chińska w Wietnamie. Razem ze znajomym długo czekaliśmy na lepszą pogodą żeby się wybrać na dwu dniowy wypad do Ha Giang i wynająć motocykle enduro i pojeździć po górach. Wyjazd z Hanoi o 20.30 w piątek - jak to znajomy określił "Disco Busem" w kierunku północnego zachodu do miasta Ha Giang. Disco Bus nie byłby zły gdyby kierowca się trochę zlitował i jeździł w nieco bardziej "europejskim stylu" - trudno, szczęście że jesteśmy cali w Ha Giang o 4.40 nad ranem. Tam miał na nas czekać hotel zorganizowany przez naszego przyjaciela Johnny'ego (typowe wietnamskie imię), krótka drzemka i w drogę. Jak to w Wietnamie Johnny nam oświadczył że hotel jest pełny i zaproponował małe krzesełka w swoim garażu - lepsze to niż nic. Johnny stanął na wysokości zadania (jego zdaniem przynajmniej) i dotrzymał nam towarzystwa do świtu. No cóż liczyliśmy na dwie Hondy Baja XR250R, ale Johnny stwierdził że już dawno ich nie ma i że zostały mu do wynajęcia skutery Honda Wave albo SYM Wolf 125 który jest kopią ni to mińska ni to Hondą CB125, ni to - bierzemy SYM. Znajomy ma wersje Adventure czyli podniesiony przedni błotnik opony "dual-sport". Przed trasą zjedliśmy jeszcze tradycyjne Pho Bo czyli zupę z makaronem i wołowiną. Trasa została podzielona na dwie część. Część pierwsza: Ha Giang - Meo Vac; dystans 170 km, nawierzchnia: asfalt Nocleg w Meo Vac, rano w niedziele spacer po targu gdzie sprzedawali tubylc..... Część druga: Meo Vac-Ha giang; dystans 150 km asfaltu + 30 km nawierzchnie górskiej. Tutaj zrobiliśmy jeszcze dodatkowe 70 km po asfaltach wietnamskich. Powrót w niedziele wieczorem z Ha Giang do Hanoi ogodzinie 21:00 i na miejscu o 5:00. Krótki filmik i kilka zdjęć http://vimeo.com/92732089
  5. 35 points
    Wczoraj mnie naszło, pierwszy sezon z motkiem i pierwsza z nim zima (od 10 dni) , a raczej bez niego… Te kilka miesięcy uzależniło, przeglądałem dziesiątki zdjęć wspólnego szwędania – Bieszczady, Mazury, Beskid Niski, nad Narwią, Bugiem, wzdłuż Liwca, Kostrzynia… Wrzucam kilka fotek i … byle do wiosny! Zapraszam do dołączania swoich fotek, by łatwiej było przeczekać zimę...
  6. 35 points
    .....w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi, zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Wiosną wprowadzono "białe" tablice, jesienią zakończono produkcję Fiata 126, zaś zimą - pękło serce Dzwonu Zygmunta.... Toteż wszyscy na Rusi zwracali niespokojne umysły i oczy ku dzikim polom, które ciągnęły się od brzegów Dniepru niemal aż ku morzu Czarnemu, ku Tatarskiemu Krymowi.... Zaś oczy nasze i umysły skierowane były ku dalekiej północy .... dzikim ostępom tajemniczej Mazurskiej krainy....... decyzja zapadła.... ruszamy!!!
  7. 34 points
    Słońce powoli chyli się ku zachodowi, więc ruszamy dalej na Kozackie Mogiły, miejsce w którym dokonał się ostatni dramat tej bitwy. W miejscu osaczonego, kozackiego taboru wybudowano cerkiew i coś na kształt fortecy. Widok z kozackiego obozu na okoliczne wzniesienia, z których polska artyleria dziesiątkowała osaczonych Kozaków. Ekspresyjny pomnik w miejscu kozackich mogił. Ponieważ jesteśmy w dużym niedoczasie jemy w miejscowym lokalu szybki posiłek i heja dalej w drogę. A droga wiedzie brzegami rozlewisk Styru.
  8. 33 points
    DAKAR przejedzie praktycznie po wszystkim. Gorzej jak już utknie... Wyciągnięcie tego grzmota w pojedynkę jest praktycznie niemożliwe. Dobrze, że byłem z kundlem, który lubi przynosić patyki :). Zanim Reja uporała się ze zniesieniem wszystkim patyków w okolicy - minęła dobra godzina. I tak godzina za godziną :), przepychaliśmy się z kałuży do kałuży... To raz na lewo, to dwa na prawo... Czasami robiliśmy sobie przerwy na naturalny lunch... ... aby po dobrych dwóch godzinach - poczuć się zwycięzcą... Moto, jak moto - trochę ubłocone... ... ale wrażenia psa niezapomniane :). Oczywiście, Reja towarzyszyła mi do końca. Spędziliśmy kolejne godziny na gruntownym SPA w garażu, aby nasz Dakar był gotowy na jutrzejszy spacer ;)
  9. 33 points
    W zeszłym tygodniu, wykorzystując ostatnie dni złotej jesieni wybrałem się na wschód, by pokręcić się wzdłuż Bugu na odcinku Drohiczyn - Niemirów. Jadąc przez Stanisławów, Węgrów i Sokołów Podlaski dotarłem w okolice Drohiczyna, gdzie jeszcze przed mostem na Bugu odbiłem w prawo, by dalej jechać wzdłuż rzeki ale południową stroną. Pierwszy popas przy ujściu rzeczki Kołodziejki, kilka zdjęć, kanapka i dalej przed siebie... Trasa przepiękna, jazda w szpalerze złotych drzew. Trochę szutrami, trochę asfaltem docieram w okolice Drohiczyna, ale od "ruskiej strony". W oddali Drohiczyn. Jadąc niespiesznie wzdłuż rzeki cieszę oczy takimi widokami Mijając liczne zakola i starorzecza robię kolejne postoje by podziwiać przyrodę i utrwalać w pamięci widoki. Jadąc bowiem motocyklem "film" przewija się za szybko. Poniżej współtowarzysz wycieczki - on pracuje, a ja pasożytuję na jego grzbiecie :) Mijam malownicze wioski i samotnie stojące gospodarstwa, czasami trafiają się takie: Powoli docieram do promu w okolicach Niemirowa. Bug wolno toczy swe wody... Niestety mam pecha, trafiam na dwu godzinną przerwę. Nie chce mi się czekać, a dzień powoli się kończy. Szkoda, miałem wracać północną stroną Bugu przez Mielnik, nie tym razem. Robię ostatnie foty i zaczynam odwrót, mniej romantycznie - przez Siedlce. Przed zmrokiem docieram do domu, to był fajny dzień.
  10. 32 points
    Zasadniczo relacji jeszcze nie ma. Ba jestem dopiero na etapie segregowania zdjęć. Na razie udało się zmniejszyć ich ilość do około 1500. Jeszcze muszę nad tym sporo popracować. Ale Przemo haruje po nocach i zmontował już film. A skoro już jest, to czemu by go nie zaprezentować. Może wystarczy za całą relację, w końcu prawie wszystko na nim już jest.
  11. 31 points
    Chcieliśmy oderwać się na dłuższy czas od codziennego życia. Zrobić sobie przerwę od obowiązków. Pojechać na kilka miesięcy gdzieś daleko i prawie bez planu… No dobrze jakiś tam plan mieliśmy… Plan naszej podróży do Ameryki Południowej narodził się zaraz po powrocie z 2 miesięcznego wyjazdu do Azji wiosną 2012r. Najpierw myśleliśmy o Karaibach. Dokładnie chcieliśmy rozpocząć podróż od Kuby, a następnie poprzez Jamajkę, Haiti, Gwadelupę, Martynikę, Barbados, dotrzeć na Trynidad i Tobago. Jednak po rozeznaniu się w możliwościach przemieszczania się między wyspami i ich sporych kosztach zdecydowaliśmy, że wolimy jednak własny środek transportu i więcej jazdy na moto. :) Żeby za długo nie przynudzać napiszę tylko, że po jakichś 2 miesiącach myślenia, zdecydowaliśmy się na Argentynę, Chile i Boliwie. To dla wielu motocyklistów bardzo popularny kierunek. Chociaż daleki z punktu widzenia Europejczyka. I właśnie ta odległość była dla nas sporym wyzwaniem logistycznym. Na początku chcieliśmy polecieć do Buenos Aires i tam kupić jakieś motocykle produkowane w Brazylii. Ale okazało się że może to zająć sporo czasu, ponieważ przy rejestracji dla obcokrajowca wymagany jest czasowy meldunek, jakiś numer podatkowy itp. Tak więc postanowiliśmy wysłać motocykle z Polski. :-P Cena transportu lotniczego była niestety dla nas zaporowa. Tym bardziej, że mieliśmy dwa motocykle. Sporo taniej wychodziło wysłać je statkiem jako cargo. Jednak oprócz opłaty po „naszej” stronie, która była do przyjęcia, musieliśmy się liczyć z kosztami „wyjęcia” maszyn w porcie docelowym. A tu jak się okazało mogła nas czekać spora, niemiła niespodzianka. Opłaty wyssane z palca przez agentów po około 1000$ za jeden motocykl nie są rzadkością. :shock: Co robić w takiej sytuacji ? O rezygnacji lub zmianie kierunku wyjazdu nie myśleliśmy już. Została nam tylko jedna możliwość znaleziona na forach podróżniczych. Rejs statkiem przez Atlantyk. Nie zastanawialiśmy się długo i kupiliśmy bilet na statek Ro-Ro z Hamburga do Montevideo. Tym samym nasze planowane wcześniej minimum 3-4 miesiące podróży przedłużyło się o kolejny miesiąc rejsu przez Atlantyk. Początek rejsu planowany był na 29 listopada 2013r, więc zostało nam około 9 miesięcy na dopięcie przygotowań. Z jednej strony dużo, ale biorąc pod uwagę moją pracę za granicą miałem do dyspozycji właściwie tylko trochę ponad miesiąc na przygotowania techniczne. Wszystkie sprawy udało nam się pozałatwiać pozytywnie. Z obiecanym urlopem bezpłatnym w pracy musiałem się niestety pożegnać. Co zrobić, takie życie… Ale przygoda czekała i może to nawet lepiej, więcej możliwości… Trochę stresu przysporzyło nam śledzenie daty wypływu statku zaplanowanej na 3 grudnia, który przesunął się ostatecznie na 16 grudnia 2013r. :twisted: 10 grudzień 2013 - dzień pierwszy Chcieliśmy wystartować o 6.00. Nie udało się. 7.00 była już bardziej prawdopodobna, ale okazało się, że korki na obwodnicy Trójmiasta nie pozwoliły przybyć wcześniej naszym przyjaciołom, niż o 8.00. Jeszcze tylko tankowanie, zarówno samochodu jak i motocykli i niby wszystko ok, ale jednak nie. Przyczepka z motocyklami dostała małpiego rozumu i ma gdzieś zwarcie. Albo to brak masy. W każdym razie nie działały kierunkowskazy po jej podłączeniu. Na szczęście udało się znaleźć przyczynę i już o 9.00 jechaliśmy z prędkością światła w stronę Hamburga. Przymusowy przystanek w Koszalinie - musieliśmy odwiedzić pewien bank (piszę "pewien", żeby tu nie robić kryptoreklamy) i tuż przed granicą zatrzymaliśmy się na obiad. W knajpie pod wdzięczną nazwą Brodway zjedliśmy przyzwoity posiłek i już za parę minut przekroczyliśmy niepostrzeżenie granicę. Do Hamburga dotarliśmy około 21.00. Jednak jazda z przyczepką z naszym drogocennym ładunkiem nie należy do przyjemności i co chwila oglądaliśmy się za siebie, by w tylnej szybie sprawdzić, czy nasze motocykle jeszcze stoją, zatrzymywaliśmy się by skontrolować czy pasy się nie poluzowały, czy koła nie wypadły z zabezpieczeń i tak dalej. Dodatkową uciążliwością była mżawka i gęstniejąca mgła, która dawała się naszemu kierowcy we znaki. Jednym słowem - ciężki dzień. :drinkbeer: 11 grudzień 2013 – 15 grudzień 2013r Ogarnęliśmy się w kwestiach wypływu naszego statku. Agent z Hamburga potwierdził nam datę wypływu na 16, mamy jeszcze 5 spokojnych dni na zwiedzanie tego miasta. Pewnie później na statku też będzie spokojnie, ale na razie przynajmniej nie buja. Nie możemy już się doczekać dnia kiedy zapakujemy się na maszyny i zaczniemy naszą „właściwą”, motocyklową podróż. Wyekspediowaliśmy naszych przyjaciół, którzy przywieźli nas do tego pięknego miasta, z powrotem do Polski, a sami przeszliśmy się trochę po mieście, odwiedziliśmy park, jeden z najpiękniejszych w Hamburgu - Planten und Blumen - jesienna aura nie sprzyja zbytnio długiemu przebywaniu na dworze, ale nie jest źle. Po wczorajszych zakupach zrobionych przez naszych gospodarzy w polskim sklepie, gotujemy obiadek. W menu na dziś są pierogi. Ruskie i na słodko z twarogiem. Staramy się jak możemy, aby wyszły dobre i chociaż trochę przybliżyły smaki znane z Polski… Po południu jedziemy na miasto. Spacerujemy po Hamburgu. Sławek i Grażyna pokazują nam tunel pod rzeką Elbe. Specjalna winda zwozi auta i pieszych 21 m pod ziemię, a następnie przechodzimy tunelem na drugą stronę gdzie ponownie wjeżdżamy windą na górę. Później przejeżdżamy przez Hafencity. Leży ona pomiędzy Dzielnicą Spichlerzy i portem, bezpośrednio w sercu miasta, na dotychczasowym obszarze portu . To największy i najbardziej interesujący projekt rozbudowy miasta w Europie. Ogromne wieżowce, apartamentowce, biurowce. Do głównych atrakcji architektonicznych będzie pewnie wkrótce zaliczać się filharmonia "Elbphilharmonie", nowa hala koncertowa, która od wielu lat pochłania coraz większe i zaskakująco przekraczające budżet kwoty. Panorama nocnego, oświetlonego Miasta jest piękna. Hamburg wieczorową porą wygląda po prostu bajecznie. Przechodzimy spacerem koło ratusza miejskiego. Monumentalna budowla z 1897 roku zastąpiła wcześniejszy, który spłonął w 1842r. O tej porze roku gigantyczna choinka na placu przypomina o zbliżających się świętach i wprowadza miły nastrój. Lekko zmarznięci wracamy do domu. Wieczorem pijemy z Grażyną Glühwein. To rodzaj grzanego wina, które pije się litrami w czasie Adwentu. Jest to nieodłączny symbol czasu przed Bożym Narodzeniem. ;-) Jednego z wieczorów poszliśmy na St. Pauli. Dzielnica ta słynie z czerwonych okien, które jak wszyscy dorośli wiedzą, oznaczają dostępność do kobiet lekkich obyczajów. My oczywiście także chcieliśmy zobaczyć tą dzielnice. Główna ulica przypomina trochę okolicę Moulin Rouge w Paryżu. Mijamy wiele lokali dla dorosłych... Okna wystawowe kuszą przechodniów swoją zawartością. Pomimo stosunkowo wczesnej pory tłok jest spory. Idziemu pomiędzy licznymi grupkami wycieczek, które przyjeżdżają tu chłonąć atmosferę tej dzielnicy Byliśmy dziś oglądać terminal, gdzie mamy się zgłosić. Zbliża się godzina zero - nasz odpływ. Nasz statek - Grande Amburgo powoli zbliża się do Hamburga. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik, a będzie zacumowany do nabrzeża. Cały dzień dziś mży. Sprawdziliśmy działanie motocykli. Odpalają, więc jest dobrze. Jak napiszę, że znowu pijemy Glühwein'a to będzie straszne, ale delikatnie, żeby na jutro być w formie, kiedy to o 9.00 rano wyjedziemy do portu. W każdym razie nie poprawiamy żadnym innym mocniejszym alkoholem. I zagryzamy kopytkami, bo ziemniaki z wczoraj zostały. :-D Wpłynął. Pojechaliśmy dziś do portu go zobaczyć. Jest! jest piękny. Wielki. Ma napis Grimaldi Lines i mniejszy - Grande Hamburgo a poniżej Palermo. Nie jest nawet tak zardzewiały, jak mówi Grażyna. Jego imponująca wielkość pozwala mieć nadzieję, że nie będzie fruwał tak na falach i nie będzie nas zmuszać do karmienia Neptuna… Niestety ciągle mży, jest mokro i wilgotno na zewnątrz. Mam nadzieję, że jutro spokojnie dojedziemy do portu. CDN...
  12. 31 points
    Któregoś dnia, robiąc porządki trafiłem na stare zdjęcia z przed wielu lat (przełom lat 70 i 80-tych), kiedy jako nastolatek Mazury poznawałem jeżdżąc rowerem, bądź pływając na żaglach (autor, to ten przy sterze). Jedno z nich (poniżej) szczególnie pamiętam – Szeroki Ostrów, wyspa na Śniardwach połączona wąską groblą ze stałym lądem. Nie byłem tam nigdy więcej przez tyle lat, więc jest okazja i pretekst na wiosenną wycieczkę. Pogoda ma być ładna, więc pakuję manatki i w drogę. Rano musiałem trochę odczekać, nocny przymrozek i szron trochę opóźnił wyjazd, miało być o 7-ej, wyjechałem o 9-tej. Trasa jak zwykle biegła bocznymi asfaltami i szutrami. Mijam Wyszków, Różan. Na skuśkę przejeżdżam przez Kurpie. Docieram do Puszczy Piskiej i leśnymi duktami przebijam się krainy jezior. Słonko zaczyna grzać. Jest pięknie. Docieram nad Nidzkie. Ten błękit jeziora to nie efekt photoshopa… Krótki popas na śniadanie i dalej w drogę nad Roś, a potem szutrami przez poligon Orzysz. Szutrówki na poligonie są genialne, nie wiem czy były dostępne, choć jakiś szlaban zobaczyłem przy wyjeździe… Podziwiając widoki powoli docieram nad Śniardwy Docieram do grobli na Szeroki Ostrów, to wąska dróżka usypana 30-40 cm po nad poziomem wody, przy sztormowej pogodzie woda musi się przelewać górą… Docieram na wyspę i od razu wjeżdżam na najwyższy szczyt kończący się skarpą spadającą do jeziora. Piękny widok na całe jezioro. Odkrywam ślady naszej cywilizacji :) Błąkam się trochę po wyspie, szukając miejsca z przed 36 lat… To chyba to miejsce, tylko jakby kamienie ktoś trochę poprzestawiał… Ruszam dalej przez puszczę w kierunku Niedźwiedziego Rogu. Gęba śmieje mi się od ucha do ucha na widok mijanych krajobrazów. Dzień powoli się kończy, więc trzeba pomyśleć o obiedzie, jak Mazury, to rybka. Polecam smażalnię w Głodowie (czerwona kropa na mapie). Szkoda, że zdjęcia smaku nie oddają… Dawniej to tak się obiad organizowało. Przez Ruciane i puszczę jadę na nocleg do Jabłoni. Po drodze mijam cmentarz po nieistniejącej wsi mazurskiej. Ta kraina jest naprawdę piękna…
  13. 31 points
    *) blond - to nie kolor włosów, to stan umysłu! :) Maroko. Myślałam, że kiedyś, może, jakoś... Nadszedł kryzys egzystencjalny... Jedna ciężka, bezsenna noc zmieniła wszystko. Dzięki Wilczycy dowiedziałam się o wycieczce. Dzięki AdzeWu, która kopnęła mnie w odpowiednim czasie w odpowiednie miejsce, zabukowałam bilet na samolot. Już nie było odwrotu... Pozostały wątpliwości: - czy w mojej sytuacji powinnam? - czy mogę? - czy ja, wilk samotnik, dogadam się z uczestnikami? - jak wytrzymam tyle czasu w takim tłumie [6 osób!] - jak sobie poradzę jako blondynka wśród starych wyg? - jak sobie poradze jako kobieta na DRce wśród facetów na lekkich moto? - jak sobie poradzę na moim moto, na którym przejechałam 20km [sic!]? - jak sobie poradzę w terenie, przecież ja nie umiem jeździć? - czy jako zjadacz minimalnej ilości mięsa nie umrę tam z głodu? - czy zdążę ogarnąć DRkę? Przecież jej silnik cieknie! - czy wytrzymam z jedną osobą 3 dni w zamknięciu? a jeśli będzie dużo gadał? Czy stopery okażą się skuteczne? A jeśli będzie słuchał debilnej muzyki? A jeśli będzie palił w aucie? - czy będzie zimno, czy gorąco? - czy będa komary? - Nifuroksazyd 100, czy 200? - jaką sukienkę? No i najważniejsza wątpliwość: jakie opony do Afryki? Wybór był między starymi kostkami, a nowymi Scoutami. Wydawało mi się, że Motozy przeciez nie są takie złe. Aż zrobiłam zdjęcie... Wyglądały jakby gorzej, niż w rzeczywstości ;) Kupiłam Savy, wymieniłam, nakręciłam jeszcze 100km. Poklepałam ją w zadek. I DRka odjechała na zachód... A po 4 dniach podążyłam za nią....
  14. 30 points
    Właśnie wróciliśmy z czterodniowego wypadu na Ukrainę: JacekJ, Dziadek, yejyej i ja. Dla mnie to była pierwsza wyprawa w tamte strony, wyprawa o której marzyłem od wielu lat, wyprawa do krainy o której słuchałem i czytałem od dzieciństwa. Po przekroczeniu granicy chłonąłem widoki i otoczenie jak Dyzma jedzenie na raucie ze znalezionego zaproszenia…ale od początku. Piątkowy poranek, Chełm i pierwszy papieros Dziadka na tej wyprawie. Pogoda dopisuje, przyjemne ciepełko, coś ok. 35 stopni i pierwszy postój w okolicach Horodła, wymuszony okolicznościami… …a oto powód - kapeć w yejyej’owym motku. Pechowiec wraz z motocyklem udali się do najbliższego warsztatu wulkanizacji… …a jego towarzysze podróży postanowili poszwędać się wzdłuż Bugu. Cyknąć parę fotek… …podziwiać meandrujący leniwie Bug… …zapalić fajkę…
  15. 30 points
    Ponieważ pogoda jest jeszcze łaskawa dla motocyklisiów, postanowiłem sprawdzić jak Mazury wyglądają jesienią. Decyzja zapadła w poniedziałek wieczorem, wyjazd następnego dnia o 6-tej rano. Cel ogólny - Puszcza Piska i rejon jeziora Nidzkiego. Jadę niespiesznie, pogoda piękna. Pierwszy popas robię za Wyszkowem w dolinie Narwi. Słońce jest jeszcze nisko, ale powoli robi się coraz przyjemniej.Wybieram boczne, mało uczęszczane drogi, jest może wolniej, ale za to ciekawiej. Starorzecza Narwi w okolicach Różana. Mijam Różan i dalej jadę na północ. Ostrołękę mijam jednak szerokim łukiem. Jadę na skuśkę przez Kurpie, dla mnie to rejon prawie dziewiczy. Przed 10-tą docieram do dawnej granicy z Prusami Wschodnimi i przekraczam ją w Rogatce na Bagnach. Przedemną Puszcza Piska. Przez puszczę biegnie dużo dróg ogólno dostępnych. Tutaj nawet jesienią jest pięknie... Do zmierzchu mam jeszcze dużo czasu, więc decyduję się objechać Śniardwy i Nidzkie, trzymając się jak najbliżej linii brzegowej. Gdzieś w północnej części Śniardw. Po drodze mijam opuszczone gospodarstwa. Jadąc głównie bezdrożami spada mi tempo podróżowania, Słońce nieubłaganie chyli się ku zachodowi, a ja mam jeszcze w planie jezioro Nidzkie, decyduję się ominąć Szeroki Ostrów, nie tym razem...Zatrzymuję się na jednej z bindug nad j. Nidzkim. Wyjmuję suchy i mokry prowiant - czas na kolację (na obiad czasu nie było :) ) Na biwaku pustki, tylko jeden miejscowy wędkarz ( w siatce sama drobnica). Nocleg mam nad jeziorem Brzozolasek, docieram po zachodzie słońca, wyciągam aparat i robię ostatnie zdjęcia tego dnia. Na dobranoc wypijam Desperadosa i .... urywa mi się film. Wstaję wypoczęty o 6-tej rano, jem na śniadanie resztki z kolacji, szybkie pakowanie i w drogę. Puszcza Piska czeka! Słońce powoli wstaje nad puszczą, gdzieniegdzie unoszą się mgły... Jadę i oglądam budzący do życia się las, jest pięknie. Nagle słyszę tentent koni i z za zakrętu wypada tabunek konin, szybko zjeżdżam na pobocze i wyciągam aparat fotograficzny. Jak się okazało, to ich codzienny wybieg na jedną z leśnych polan. Spotkanie trochę zaskakujące, bo do najbliższej wioski ok. 10 km. Robimy sobie pa, pa i jadę dalej. Błąkam się po puszczy kilka godzin - odwiedzam miejsca po zaginionych wioskach puszczy Piskiej. Robię prawie 100 km leśnymi duktami. W końcu przychodzi czas na odwrót, chcę wrócić przed zmrokiem, a do domu prawie 200 km ( i oczywiście bocznymi drogami). Opuszczam puszczę i przez Wielbark i Maków Maz. wracam do domu. Było pięknie...
  16. 29 points
    SZYBKIE BIESZCZADY 22 - 23.03.2014. Relacji z Polski jak na lekarstwo więc pokusiłem się o napisanie kilka słów z mojego pierwszego wyjazdu w sezonie 2014. Chciałbym aby opowiadanie było ciekawe, wciągające i dowcipne, lecz niestety brak natchnienia. Skupię się więc na merytorycznym opisie trasy i miejsc które zobaczyłem. Wyjeżdżam rano 22.03.2014 roku z Sokołowa Podlaskiego. Mam bardzo ambitny plan jak na początek sezonu, jeszcze dziś chcę dojechać do Soliny. Pierwsze 380 km pokonuję szybkim ciągiem z dwoma przystankami na rozprostowanie kości. Jadąc przez Siedlce, Lublin, Rzeszów dojeżdżam do pierwszego ciekawego miejsca. W miejscowości Strzyżów znajduje się wykuty w skale tunel mogący pomieścić pociąg. Schron wybudowali Niemcy w 1940 roku. Dwadzieścia kilometrów dalej w Stępinie znajduje się podobny obiekt tylko wybudowany z betonu a następnie przysypany ziemią i zamaskowany. Schron ma 380 metrów. 27.08. 1941 roku do Stępiny przyjechał specjalny pociąg sztabowy ,,Amerika,, z Hitlerem i Mussolinim na pokładzie. Oba obiekty można zwiedzać od maja dlatego mogłem podziwiać ich wielkość tylko z zewnątrz. Fascynują mnie takie rzeczy. Strzyżów. Światełko w tunelu. Stępina. Kierując się na Sanok zahaczam o ruiny zamku w Odrzykoniu. Zamek ten był świadkiem wydarzeń, które opisał w Zemście Fredro. Zamek podzielony jest na górny i dolny a ciekawostką jest fakt, że obecnie też posiada dwóch właścicieli a zwiedzać można tylko połowę zamku. Z zamku spacerkiem idę do Rezerwatu Przyrodniczego ,,Prządki,,. Rezerwat to ciekawie uformowane skałki którymi wg legendy są panny zamienione w skały za pracę w niedzielę. Następny punkt to kościoły w Blizne i Haczowie wpisane w 2003 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Są piękne ale zamknięte. Blizne. Haczów. Następny przystanek – pięknie odrestaurowany zamek w Sanoku. Kolejny przystanek to niezwykle malownicze ruiny obronnego klasztoru Karmelitów Bosych (2 poł. XVII w.) w Zagórzu. Kierując się w stronę Soliny spoglądam na zamek w Lesku i zaczynam szukać noclegu. Praktycznie za pierwszym podejściem mam pokój w Uhercach Mineralnych. Jest około 19.30. Jadę do Soliny która okazuje się wymarłą mieściną poza sezonem. Tama nocą. Wieczorem dzwoni JacekJ z wiadomością, że jutro dojedzie do mnie to pokręcimy się razem. Umawiamy się w Arłamowie. Dziś przejechałem 570 km. Wypijam pół piwa i padam ze zmęczenia. NIEDZIELA 23.03. Wstaję wcześnie i ruszam na zaporę w Myczkowcach. Jadę dalej na Lesko zobaczyć Kamień Leski. Spotykam się z Jackiem i razem jedziemy w stronę Przemyśla. Bawimy się jak dzieciaki przejeżdżając przez strumienie. Posada Rybotycka - cerkiew obronna z XV w. Z małymi problemami technicznymi dojeżdżamy do Krasiczyna aby zobaczyć zamek. Obecnie zamek wygląda okazale i jest stale odrestaurowywany. Wewnątrz nie zachował się niestety oryginalny wystrój ponieważ nasi wyzwoliciele w ciągu jednej nocy zdewastowali i spalili praktycznie wszystko. Przetrwała jedna komnata zamurowana w ostatniej chwili. Krasiczyn. Z Krasiczyna jadę szukać pozostałości po fortach Twierdzy Przemyśl. Stan tych zabytków mocno rozczarowuje lecz widać światełko w tunelu. Fort Łętownia. Fort Duńkowiczki. Właśnie zaczął się poważny remont. Kierunek – Sokołów Podlaski. Mam przed sobą jeszcze kawał drogi a Jacek chce jeszcze pojeździć więc rozdzielamy się. Po drodze odpoczywam w parku pałacowym w Sieniawie. Pałac – obecnie hotel. Kilometrów ubywa ale przed Lublinem dopada mnie deszcz. Lekko przemoczony, zmęczony ale z uśmiechem na twarzy o 21.50.docieram do domu. Pięknie podzieliłem trasę bo dziś zrobiłem 565 km. To był raczej maraton niż wycieczka turystyczna. Przepraszam za ewentualne błędy stylistyczno-ortograficzne. Mario.
  17. 29 points
    Motor, mój pierwszy prawdziwy motor Jawa TS 350 89rok czarna na skośnych rurach :-D "osprzętowiony" w kufer centralny. My.... no.... kurtka skórzana sztuk 1 dla kierowcy i po parze wojskowych trzewików - ale co tam, twardym trzeba być. Trasa wgrana w nawigację (skserowany atlas). Zabieramy tylko śpiwory, z noclegiem coś się wykombinuje na szybko, nie będziemy się martwić jak do nocy jeszcze daleko. Motor przygotowany, poza zestawem oryginalnych kluczy zabieramy linkę do sprzęgła bo zaczyna się siepać. Kluczyk w stacyjkę..... czerwona kontrolka jest.....chwila gmerania prawą nogą przy biegach- zielona jest.... "przeładowanie" dźwigni od biegów na kopkę.... dźwignia od ssania uniesiona...... rasss i twin 2T gada. Startuję skoro-świt, kierując się na Sokołów Podlaski skąd zabieram Braciaka. Dalej na Małkinię, na moście spotykamy parę na Suzuki VS 1400, kierują się na Stańczyki. "Stary" drewniany most na Bugu w Małkini był ciekawostką architektoniczną i komunikacyjną. Ruch był wahadłowy i środkiem przechodziły tory. Z nowymi znajomymi jedziemy razem do Ostrołęki, gdzie odbijamy na Morąg i dalej do Świętej Lipki zwiedzać Sanktuarium Maryjne. gdzieś w trasie przerwa na "sikundę" Chwila odpoczynku i ruszamy dalej zwiedzić zamek i most w bardzo ładnej mieścince Reszel. pozwiedzalim, pozwiedzalim, czas ruszać dale. Kierujemy się na Ketrzyn, gdzie miał być ciekawy kościół. Kościół taki tam, objechaliśmy w około i ogień na tłoki dalej. Gierłoż, Kwatera Hitlera "Wilczy szaniec" czeka.... Żeby wcześniej rozpocząć zwiedzanie musieliśmy przejęć inicjatywę i zorganizować grupę dla przewodnika. Pochodziliśmy, po podziwialiśmy i dalej na koń, na Giżycko, Twierdzę Boyen. Na miejscu okazuje się że jest zlot motocyklowy i zlotowicze zwiedzają fort. Podpinamy się pod grupę "na sępa" i zwiedzamy z przewodnikiem. Powoli zbliża się wieczór, trzeba szukać noclegu. Jedziemy w stronę Gołdapi, tam w jakiejś wiosce na mapie zaznaczony jest kemping. Na miejscu nikt o nim nie słyszał, ale pani którą zagadnęliśmy zaproponowała nam nocleg u siebie, w pokoju córki. Gospodarz też miał kiedyś motocykl, do tego myśliwy, wymieniliśmy kilka zdań i spać.
  18. 29 points
    Wszystko przez te oponki, które znalazłem pod choinką – K 60 Scout. Prezentują się ładnie, a i motek jakoś tak bardziej dziarsko wygląda. Pogoda kusi, więc trzeba jechać, jako cel wybieram Iganie, niewielką wioskę znajdująca się na przedmieściach Siedlec. To tutaj doszło do jednej z bitew Powstania Listopadowego. Choć przejeżdżałem w pobliżu wiele razy (jadąc obwodnicą Siedlec), to na polu bitwy nigdy nie byłem, a więc w drogę! Trasę wybrałem tak, aby na miejsce dojechać drogami gruntowymi i szutrami, asfalty traktując jako zło konieczne. W nocy padało więc drogi są lekko rozmiękłe, w sam raz by sprawdzić oponki. Gdzieś na trasie w lasach na południe od Cegłowa. W polach czuć wiosnę, na łąkach roztopy, drogi teoretycznie utwardzone, teraz przypominają błotną maź…Opony spisują się świetnie, nareszcie zamiast nieustannie gapić się pod koła mogę rozglądać się na boki. Mijam liczne strumienie, które o tej porze powylewały. Łąki się zielenią, słonko świeci, wiosna... Wlokę się niemiłosiernie, częste postoje, cykanie zdjęć, godziny płyną, a kilometrów jakoś nie ubywa. Wreszcie po 3 godzinach turlania, trochę tu, trochę tam, docieram do celu wyprawy – jestem w okolicach Igań, dojeżdżam na pole bitwy, tam gdzie stały wojska polskie. Rozglądam się po okolicznych polach, przez te sto kilkadziesiąt lat krajobraz uległ tylko niewielkim zmianom. Jestem w miejscu gdzie znajdowała się artyleria Bema (nr 3 na mapce). Nie miejsce to, aby zanudzać opisem bitwy, ale przytoczę jeden epizod. W kulminacyjnym momencie bitwy Rosjanie wysyłają z prawego na lewy brzeg rzeki Muchawki doborowy pułk „ Lwy Warneńskie”, który niedawno przybył z głębi imperium carów, jego żołnierze przechwalają się, że pokarzą jak walczyć z Polakami. Pułk ( nr 1 ) szybko przechodzi w kolumnie przez mostek i spycha Polaków na południe. Rosjanie powoli dochodzą do baterii Bema, która zaczyna ich ostrzeliwać morderczym ogniem z odległości 100 metrów. W pewnym momencie idący na czele Rosjan oficer ogląda się za siebie i widzi, że nikt za nim nie idzie, w wyniku strat cały pułk zaczął się powoli cofać. Widząc swą bezsilność rosyjski oficer zatrzymuje się i pokazuje polskim artylerzystom język, po czym odwraca się i powoli wraca za swoim oddziałem. Polscy artylerzyści oddają strzał w stronę samotnie wracającego oficera, widzą jak odłamki rozrywają jego mundur nie raniąc go jednak. Oficer odwraca się i uprzejmie kłania Polakom, po czym kontynuuje powrót. Polacy więcej do niego nie strzelają, doceniają jego fantazję. Lecz to jeszcze nie koniec bitwy, do ataku w kolumnie rusza jeden z polskich pułków (nr 2), który idąc przez Iganie chce odciąć Rosjanom drogę odwrotu przez most. Dochodzi do swoistych zawodów, Polacy ( 2500 ludzi) i Rosjanie ( też ok. 2500 ludzi), biegną sprintem równolegle do siebie w dwóch kolumnach. Ścigają się do mostu, ok. 500 metrów, Rosjanie biegną by ratować życie, Polacy by im je odebrać. Wyścig wygrywają Polacy, pierwsi dopadają mostu i odcinają Rosjanom drogę odwrotu. Tuż przed mostkiem dochodzi do morderczego starcia, 5000 chłopa okłada się kolbami bagnetami, starcie trwa tylko kilka minut, ginie ok. 1000 Rosjan, reszta ma dość i poddaje się… Dzisiaj dokładnie w miejscu, tej gigantycznej ustawki, gdzie na niewielkiej przestrzeni ( mniej więcej połowa boiska piłkarskiego) biło się i mordowało 5000 facetów stoi ten oto znak i restauracja Mc Donald. Stojąc na parkingu Mc Donalda mam chwilę refleksji i nie jest to nic patriotycznego, ja po prostu podziwiam tych facetów, niezależnie po której stronie walczyli…Szacun. Ruszam dalej, przejeżdżam koło pozostałości dworu, świadka tamtych wydarzeń… Z Igań jadę na północ w stronę Liwca, gdzie robię kilka fotek, korzystając z ładnego słońca i bezchmurnego nieba. Do domu wracam tuż przed zmrokiem, opony zdały egzamin, wyciągały mnie dzisiaj dwukrotnie z głębokiego błocka kiedy szorowałem już osłoną silnika.
  19. 29 points
    Wskrzeszony, powrócił z zaświatów, Frankensztajn :lol: Wczoraj zrobione ok 500 km, pacjent żyje i ma się dobrze, powiem więcej bardzo dobrze, właściwie nie pamiętam żeby kiedykolwiek wszystko było tak ok w tym motocyklu :lol:. Listę osób, którym należy podziękować za wsparcie różne w całym tym wydawało by się niekończącym się procesie zrobię wkrótce jak wszystko uporządkuję. W tym momencie (mimo, że Powiedział żebym publicznie tego nie robił) chciałem wielce podziękować Jarkowi, którego zaangażowanie, dokładność, fachowa wiedza i bezinteresowność przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Żeby podać przykład na potwierdzenie moich słów, Jarek siedział od 9.30 w sobotę do 8.00 rano w niedzielę z przerwami na posiłki żebym mógł w niedzielę wrócić do domu na dwóch kołach. Wygląda na to, że mogę w końcu rozpocząć sezon motocyklowy :-D
  20. 27 points
    Długi czerwcowy weekend z ogromem planów na wspaniały czterodniowy wyjazd. Plan zakłada wyjazd na Warmię i Kaszuby z dolotem do Dąbek gdzie wczasuje się kolega z rodziną. Wielkie plany, a życie życiem. Ci co mnie znają wiedzą jak przygotowuję się do każdego wyjazdu. Miesiąc wcześniej czytam, kseruję, zaznaczam, liczę kilometry i czas itd. Czy to ma sens ? Ostatnio z moich dalekosiężnych planów nic się nie sprawdziło. Tak też było i tym razem. Meteorolodzy zapowiedzieli opady a nawet burze w całej północnej Polsce. Szybka, choć trudna decyzja – jadę na południe gdzie pogoda ma być łaskawsza. Obmyślam plan wyjazdu na Jurę gdzie byłem jakieś 15 lat temu ale ciągnie mnie ogromna ilość zamków, wspaniałe skałki no i od kiedy mam Transalpa mogę zjechać na polne drogi. To jedziemy. Start jak zwykle z Sokołowa Podlaskiego w kierunku Częstochowy. Jest Boże Ciało więc wyjeżdżam o 5.45 aby uniknąć uroczystości świątecznych. Jadę przez Górę Kalwarię w kierunku Tomaszowa Mazowieckiego gdzie we wsi Konewka znajduje się schron kolejowy wybudowany przez Niemców w 1941 roku. Dojeżdżam dość szybko więc obiekt który jest obecnie własnością prywatną jest jeszcze zamknięty. Pokonuję ogrodzenie z drutu kolczastego (nie ja pierwszy), robię kilka fotek i mały spacerek po terenie. Niedawno oglądałem podobne obiekty znajdujące się w okolicy Rzeszowa. Mieli rozmach hitlerowcy. Następny przystanek Jasna Góra. Odmawiam ,,zdrowaśkę,, za rodzinę i znajomych oraz w intencji pomyślnego wyjazdu. Wyjeżdżając trafiam na procesję, ale Policja kieruje ruchem dość sprawnie. W miejscowości Olsztyn pod Częstochową znajdują się ruiny sporego zamku. Tu planuję dłuższy odpoczynek a następnie trasę szutrową. Tak mnie poniosło, że wylądowałem na szlaku rowerowym a następnie zaliczyłem glebę na piachu w środku pustkowia. Trzeba troszkę sfolgować, przecież jadę sam. Konewka - schron kolejowy o długości 380 metrów. Zamek w Olsztynie. Dojeżdżam w okolice Ostrężnika gdzie oglądam skałki i do samego Ostrężnika. Diabelskie Mosty. Brama Twardowskiego. Jaskinia Ostrężnicka. Zamek Ostrężnik – to co po nim zostało. Następny cel to zamki w Mirowie i Bobolicach (odbudowany około 4 lata temu). Bobolice. Mirów – zamknięty dla turystów. Morsko - następny zamek na trasie. Kolejne cudo przyrody – Okiennik Wielki. Nieuchronnie zbliża się wieczór. Dojeżdżam do Ogrodzieńca gdzie znajdują się ruiny potężnego gotycko-renesansowego zamku. Duże wrażenie oprócz zamku robi zagospodarowanie terenu wokół. Mnóstwo atrakcji dla dzieci i nie tylko. Kilkanaście lat wstecz stały dwa stragany z pamiątkami i jedna restauracja przy rynku. Ogrodzieniec. Szukam noclegu co udaje się za pierwszym podejściem. Kwatera z lat 70 ale motocykl parkuje w zamykanym garażu. Dziś przejechałem 470 wspaniałych kilometrów i dużo chodziłem rozkoszując się pięknem przyrody. Pogoda dopisała i tylko popołudniu pokropiło troszkę co przeczekałem jedząc koszmarny żurek w restauracji pod zamkiem w Morsku. Dzień drugi. W nocy padał deszcz więc zbieram się niespiesznie czekając aż osuszy drogę. Gospodyni częstuje kawą i opowiada o całej rodzinie. Ruszam o 9 w kierunku Krakowa. Pałac w Pilicy. Smoleń – rezerwat przyrody i pięknie odrestaurowane ruiny zamku. Pieskowa Skała – renesansowy zamek. Maczuga Herkulesa – tuż obok zamku. Wjeżdżam na teren Ojcowskiego Parku Narodowego. Na głównym parkingu w Ojcowie przyjaźnie mnie witają wskazując bezpłatne miejsce do parkowania oraz podpowiadają gdzie zostawić kask i odzież żeby spacerowało się wygodniej. Zrobię tylko szybkie obejście choć dookoła piękna przyroda. Zamek w Ojcowie. Brama Krakowska. Skałki. Jaskinia Ciemna. W środku nie można robić zdjęć. Praprzodkowie. Jaskinia Nietoperzowa. Masyw Sokolicy w Dolinie Będkowskiej. Aby zobaczyć Masyw Sokolicy drałowałem pieszo około 2,5 kilometra, bo chociaż była droga asfaltowa to jednak stał zakaz wjazdu. W czasie tego spaceru minęło mnie kilka samochodów a na miejscu okazało się, że jest parking przy polu namiotowym. Pod znakiem musiała być tabliczka informacyjna która zniknęła. Wracając zmęczony i wkurzony swoją głupotą postanawiam opuścić Jurę i udać się w Pieniny. Wyskakuję na ekspresówkę w kierunku Nowego Targu. Jadę, jadę i zaczynam się martwić kontrolką rezerwy. Trasa piękna, ale zapomnieli pobudować stacji paliw. Jest. Mam fobię z tym brakiem paliwa. W samochodzie zabrakło mi kilka razy w motocyklu jeszcze się nie zdarzyło. Dojeżdżam do Jeziora Czorsztyńskiego gdzie oglądam Kościół w Dębnie i Zamek w Czorsztynie. Kościół. Zamek Czorsztyn. Spóźniłem się 10 minut i zastałem zamkniętą bramę. Oglądam zamek z zewnątrz i czytam apel Dyrekcji Pienińskiego Parku Narodowego. Często rzeczy oczywiste muszą być mocno zaakcentowane aby dotarły. Zaczyna straszyć deszczem. Jadę w stronę Nidzicy ale motam się i ląduję na Słowacji. W końcu dojeżdżam i zaczynam mozolne szukanie odpowiedniego noclegu. Deszcz przyspiesza moją decyzję i biorę kwaterę przekraczającą budżet i jeszcze bez garażu. Po pół godzinki deszcz ustaje więc ruszam na wioskę ale wszystkie trzy sklepy po 20 są już zamknięte. Jest otwarty bar tuż przy zamku. Nie mając wyboru i zgodnie z tezą brata (nie po to jestem wyjechany aby jeść kanapki) zamawiam mięcho i lokalne piwo na miodzie. Jedno, drugie piwko i knuję ambitny plan na jutro. Na początek zamek, potem Rez.Wąwóz Homole i Trzy Korony. Wypoczęty i pełen werwy ruszam rano realizować plan. Życie szybko weryfikuje zamiary. Do otwarcia zamku jeszcze 20 minut a przed wejściem cztery autokary dzieci. Nie lubię tłumów więc z bólem serca rezygnuję ze zwiedzania. Pakuję się na trampka i jadę do wąwozu. Deszczowe chmury krążą złowieszczo. Spaceruję po wąwozie na przemian w słońcu i deszczu. Wąwóz robi ogromne wrażenie. Kolejny raz zmieniam plan. Deszcz kropi, skały są śliskie nie ma sensu pchać się na Trzy Korony. Zamek w Nidzicy Wąwóz Homole Myślę co dalej. Jadę w kierunku Babci przez Sandomierz z przystankami na zamki. Zamek Tropsztyn w Wytrzyszczkach. Zwiedzanie tylko w wakacje. Następny obiekt to baszta w Czchowie z przybudówką na kasę biletową. Przez chmury mocno przedziera się słońce. Czas mnie nie goni. Jest dobrze. Dojeżdżam do Dębna k. Tarnowa gdzie jest świetnie utrzymany i nawet otwarty zamek ale blokuje mnie cena biletu. Na to konto zaglądam do kościoła i na …….……… cmentarz gdzie mój wzrok przyciąga kaplica grobowa. Odpoczywam troszkę i ciągnę 150 km do Sandomierza. Kręcę się po mieście bo akurat nie zastałem ojca Mateusza. Z Sandomierza już dosłownie rzut kamieniem do Leśnych Chałup gdzie przenocuję u wujka. Zamek w Dębnie. Zamek w Sandomierzu. Pierścień w Sandomierzu. Ćmielów. Ruiny zamku. Jest tu też znana fabryka porcelany z muzeum. Mam czas więc jadę na okrągło wzdłuż rzeki Kamienna szukając pozostałości po przemysłowym charakterze rzeki. Ruda Kościelna. Pięknie odrestaurowana gorzelnia. Pałac w Bałtowie. W Bałtowie powstał kilka lat temu bodajże pierwszy profesjonalny park dinozaurów. Obecnie jest to ogromne centrum rozrywki dla dzieci i nie tylko. Robią też zlot motocyklowy. Sam pałac był kiedyś siedzibą Technikum Rolniczego gdzie uczęszczał mój wujek. Rozmawiam z nim o obecnym stanie pałacu. Po przeniesieniu szkoły do nowego budynku pałac miał być remontowany. Remont zakończył się rozgrabieniem wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość wraz z posągami lwów witającymi gości. Po lwy przyjechał dźwig, załadował na ciężarówkę i tyle ich widzieli. Policja umorzyła śledztwo i po sprawie. Pewnie smucę ale wkurzają mnie takie rzeczy. Rano startuję jednym strzałem do rodziców a następnie puszką do domu. Pogubiłem notatki więc nawet nie wiem ile kilometrów nabiłem. To jednak mało istotne. Było super.
  21. 27 points
    Cześć, No to zaczęło się. Jak już pisałem w wątku powitalnym właścicielem F650 jestem od niedawna ale praktycznie z niego nie zsiadam. Jednak 19.06.2014 postanowiłem zrobić jakąś konkretną trasę dalej niż na śląsku. Padło na Szlak Orlich Gniazd: http://www.orlegniazda.pl/ Decyzja była dość spontaniczna dlatego wyruszyłem dość późno i nie udało mi zrealizować całej trasy. Ale do rzeczy. Startowałem z Gliwic i jak szybko się tylko dało chciałem się dostać do pierwszego punktu. Zacząłem od zamku w Korzkwi (nr. 15 na mapie), pominąłem oklepany Wawel a następnie podążając na północ starałem się odwiedzić jak najwięcej punktów mi się uda. Dość istotnym moim założeniem na ten wypad było zrobienie zdjęcia w każdym punkcie. I tutaj też trochę poległem bo w 1/2 trasy bateria z aparatu mi zaczęła padać więc robiłem po jednym ujęciu gdy się ostatkiem sił aparat uruchomił, a przy części musiałem się ratować smartfonem. Poniżej tylko najciekawsze ze zdjęć: #1 Zamek w Korzkwi (świetna miejscówka na jakąś zorganizowaną imprezę) #2 Zamek w Pieskowej Skale #3 Zamek w Rabsztynie #4 Zamek w Bydlinie (do tej pory nie wierzę, że tam wjechałem, mało co była gleba a wycofanie go kosztowało mnie nie mało stresu) #5 Zamek i rezerwat Smoleń #6 Pałac w Pilicy (tylko z za bramy, zaraz za wjazdem da się zauważyć kilka tabliczek ostrzegających przed wjazdem i wchodzeniem, tutaj nie ryzykowałem) #7 Zamek Ogrodzieniec (szybka akcja tuż pod same ruiny + wymazywanie gościa który stanął na linii strzału obiektywu) #8 Gród na Górze Birów (tutaj tylko z parkingu i do tego smartfonem, aż tak mnie nie ciągnęło żeby iść tam pieszo) #9 Zamek Bąkowiec (ile ja się go naszukałem a okazało się, że jest on częścią ośrodka wypoczynkowego i chowa się gdzieś między kortami tenisowymi a wyciągiem) #10 Zamek w Mirowie (wjechałem chociaż chyba nie było wolno) #11 Zamek w Bobolicach (niestety tylko z daleka i smartfonem, a sam zameczek prezentuje się super) #12 Zamek i rezerwat Ostrężnik (tyle szukania a tu kicha, niby zamek a tak naprawdę skały) W sumie przejechałem 380km a zajęło mi to jakieś 11 godzin. Niestety nie dorobiłem się jeszcze uchwytu na telefon/nawigację więc zbyt często się gubiłem i zatrzymywałem by przypomnieć sobie trasę do następnego punktu. Na pewno też nauczką jest dla mnie wyładowana bateria w aparacie (teraz już raczej będę pamiętał by ją wcześniej naładować). Ogólnie było super, najmilej wspominam trasę z Pieskowej skały wzdłuż skałek, po prostu się płynie. Pod koniec trasy niestety doskwierał mi ból 3 części ciała - lewa dłoń od wciskania sprzęgła, uszy od kasku oraz kręgosłup szyjny (jakieś rady jak tego unikać? czy to normalne objawy początkującego?). Poniżej jeszcze para fotek wykonanych gdzieś na trasie, a raczej obok. Polecam ten szlak i na pewno kiedyś go dokończę (Wawel zaliczyłem dzisiaj). Gav
  22. 27 points
    Ciąg dalszy.... 01.02.2014 – dzień pięćdziesiąty czwarty Wyruszyliśmy rano z Claromeco, z gościnnego domu Laury i jej męża Waltera. Chcieliśmy zgodnie z planem wyjechać o 8.30 i prawie nam się to udało. Chociaż noc była krótka, bo dosyć długo siedzieliśmy przy asado z gośćmi. Niestety już po 30 km staliśmy w polu naprawiając po raz kolejny nasz motocykl. Jak się okazało założony zapobiegliwie dodatkowy filtr paliwa, blokował jego przepływ i silnik nie chciał pracować. Całe szczęście, ze to tylko taka awaria, a nic bardziej poważnego. Jak widać temu modelowi motocykla w zupełności wystarcza mały filtr fabryczny na wejściu do gaźnika. Wystarczyło wyjąć ten założony dodatkowy i wszystko wróciło do normy. Ruszyliśmy do Bahia Blanca. Do przejechania dzisiaj jak się okaże później mieliśmy rekordowe 450 km. Był to najdłuższy jak do tej pory przejazd, odkąd ruszyliśmy z Montevideo. Droga ciągnie się po horyzont bez zakrętu. Pofałdowanie terenu jest niewielkie, a po obu stronach nie ma nic oprócz Pampy… :shock: Na noc zostajemy na kempingu w Rio Colorado. 02.02.2014 – 06.02.2014 Kolejnych kilka dni jedziemy wciąż na południe ruta 3. Podczas każdego postoju w kolejce po paliwo zagadują nas miejscowi mieszkańcy, ciekawi motocykli i nas. ;-) Po drodze zatrzymujemy się przy kapliczce, a w zasadzie przy dwóch sąsiadujących ze sobą miejscach, przy których Argentyńczycy oddają cześć (tak chyba można to ująć). Pierwsze miejsce to kapliczka Gaucho Gila. Antonio Mamerto Gil Núñez, lepiej znany jako "Gauchito Gil 'jest czczony jako mistyczny symbol odwagi w Argentynie. Jego historia zaczyna się w XIX wieku kiedy w rejonie Argentyny i Paragwaju toczyły się walki o wpływy różnych sił politycznych. Gaucho Gil wdał się w romans z wdową Estrella Díaz de Miraflores w mieście Pay Ubre, nie w smak było to jednak komisarzowi policji, który chciał się go pozbyć z miasta. Gaucho Gil uciekł więc do armii, gdzie wsławił się bohaterskimi czynami w walkach z grasującymi Paragwajczykami. Po powrocie do Pay Ubre Gaucho Gil stał się kimś w rodzaju naszego Janosika, który bogatym zabierał dawał biednym. W końcu został złapany, a kapitan policji, który był na niego cięty za ową wdowę, z którą romansował Gaucho Gil, brutalnie i niegodziwie (!) go powiesił, a uprzednio trochę poturbował. Gaucho Gil niejako rzucił na niego klątwę i powiedział, ze za ten niegodziwy postępek policjantowi zachoruje syn, ale wyzdrowieje, jeśli będzie się modlił za duszę Gaucho Gila. Po tych słowach wyzionął ducha. Jego przekleństwo się sprawdziło i od tego czasu wszędzie, szczególnie w Patagonii, Mendozie i Santa Fe, widoczne są czerwone kapliczki. Są to ubogie, ceglane, niskie na nie więcej niż pół metra budowle, ozdobione czerwonymi flagami, świecami i komentarzami. Rozpoznawalny jest też bardzo wizerunek kudłatego Gaucho z czerwonym poncho i czerwoną chustą. Dojeżdżamy do San Antonio Oeste i chcemy zanocować, ale jedyny camping jaki znaleźliśmy to drogie byleco. Robimy szybkie zakupy i przemieszczamy się w stronę Las Grutas, niewielkiej miejscowości troche dalej. Po kilku kilometrach od San Antonio Oeste znajdujemy camping Oasis. Szału nie ma, dużo ludzi, oddzielne boksy. Przejechaliśmy jakieś sto kilometrów, kiedy widoczne robią się dosyć wysokie wzniesienia po prawej. To niezwykłe, bo Patagonia w tym rejonie jest płaska jak lustro. Dojeżdżamy na camping do Puerto Madryn. Oczywiście znowu nie było prosto, choć wiatr wyraźnie dziś zelżał. Powtarzamy procedury. Rozbicie namiotu, rozłożenie materacy i śpiworów, ustawienie motocykli. W pewnym momencie zauważamy samochód dziwnie znajomy. Tak. Wzrok nas nie myli to Livia i Jens. Witamy się serdecznie. Jakaż ta Argentyna mała. Wieczorem gotujemy gulasz. Wcześniej kupione mięso wołowe, pomimo wszelkich podejrzeń w 30 minut gotuje się do miękkości. Cebulka, czosnek, papryka i pomidory dopełniają smaku. Dyskutujemy o trasie. Co dalej? Gdzie jedziemy? Czy jedziemy jutro? Postanawiamy jechać do Punta Tombo, by zobaczyć pingwiny. Do Punto Tombo prowadzi również droga szutrowa, przez kolejne 20 km jechaliśmy podziwiając widoki oceanu, który wyłaniał się za kolejnymi zakrętami, później widzieliśmy tutejsze lamy, czy gnu, czy jak one się tam nazywają. W Punto Tombo dużo turystów, zdecydowanie za dużo, jak dla nas, ale chcemy zobaczyć pingwiny jak wszyscy, więc płacimy za bilety wstępu i ruszamy do kolonii pingwinów. Pingwinów jest bardzo dużo, tworzą kolonię, na obszarze ponad 10 km2. To pingwiny Magellana. Pingwiny w tej kolonii są od września do kwietnia. Później migrują do Brazylii. Dorosły pingwin ma około 5 kg, żywi się rybami, kalmarami i innym morskimi owocami. Pingwiny faceci mają zwykle charakterystyczne biało czarne fraki. Pingwin żyje średnio 30 lat. Co ciekawe, większość swoich życiowych funkcji odbywa na lądzie – rodzi się, wykluwa, dorasta. W wodzie tyko łapie pożywienie i migruje do cieplejszych wód. Na noc zdecydowaliśmy się pojechać do Camarones. To niewielka miejscowość na wybrzeżu. Ruszyliśmy z Punta Tombo jak najkrótszą drogą. Wiedzieliśmy że częściowo droga będzie szutrowa, ale nie spodziewaliśmy się że na całej długości będzie na przemian piach, kamienie i zero asfaltu. Na całej długości trasy, jak okiem sięgnąć, jedna stancja. Dolewamy paliwo z zapasów. Dookoła widzimy mnóstwo zwierząt, przede wszystkim barany, strusie i guanako. Przez ponad 100 km nie spotkaliśmy żywego ducha, dopiero po jakiś 110 km zobaczyliśmy domostwo i przejeżdżający obok samochód. To był jedyny samochód jaki spotkaliśmy na tej trasie. Po 130 km dojechaliśmy wreszcie do Camarones. Camarones to mała mieścinka, znana z wielkiej ilości występujących tu w morzu krewetek, a także z krótkiej bytności w latach dziecinnych Juana Perona. Miasteczko ma trzy ulice, wszystkie są kamienisto - piaskowe. Wieje jak diabli, ale jest ciepło. Piękny widok na zatokę wynagradza wiele. Znaleźliśmy kamping, rozłożyliśmy namiot klnąc przy tym niemiłosiernie. Okazało się, że wszędzie (doświadczyliśmy też tego wcześniej) jest piach tak twardy, poprzetykany kamieniami, że nie można wbić śledzi, a jak się je wbija, to się wyginają. Cholerstwo. W końcu część linek przymocowaliśmy do kamieni, do drzewa i zakończyliśmy męczarnie z namiotem. Jeszcze tylko krótka, szybka kolacja i spać. Jutro plan zakłada dojechanie do Comodoro Rivadavia. 07.02.2014 – dzień sześćdziesiąty Plan planem, ale w nocy jakoś około 4 rano obudził nas silny wiatr.. Wiało tak silnie, że namiotem trzepało jak łapką na muchy w czasie polowania. Przez około 30 minut przytrzymywałem ścianę namiotu ręką w obawie, że się powyrywają śledzie z ziemi i namiot odfrunie z nami… Lekko wychyliłem się z namiotu spojrzeć czy motocykle jeszcze stoją, czy wiatr je przewrócił. Ale jak na razie wytrzymały napór żywiołu i ocalały. Wstaliśmy po 8.00 ale wiało dalej tak silnie, że musieliśmy się poubierać w ciuchy motocyklowe, bo membrany przeciwwiatrowe spisują się super. Słońce świeciło mocno. W bezwietrzny dzień byłoby spokojnie 27 stopni Celsjusza. I tyle pewnie było, gdyby nie wiatr. W recepcji dowiadujemy się, że około 15.00 wiatr bardzo osłabnie, że będzie spokojnie. Ale w nocy znowu zacznie i jutro do popołudnia znowu będzie wiać. Podobnie w niedzielę. Stwierdziliśmy, że miejscowych trzeba słuchać, zwłaszcza że pani na dowód swoich słów otworzyła strony z prognozami pogody w swoim kompie i pokazała nam wykresy. Decyzja zapadła w 5 minut. Spakowaliśmy się i o 13.30 wyjechaliśmy z Camarones. Jechaliśmy najpierw prawie 80 kilometrów do drogi krajowej nr 3 (Ruta 3). Przez ten czas minęliśmy 2 samochody (słownie: dwa). Posiłek na drodze, bo nie zdążyliśmy zjeść śniadania… Kiedy już dojechaliśmy na Rutę 3, wiatr jakby powoli ucichł, po jakiś 50 kilometrach zrobiło się prawie spokojnie, po kolejnych 40 kilometrach przecieraliśmy oczy ze zdziwienia, bo zobaczyliśmy pierwszą restaurację na trasie. Pierwszą i jedyną. W końcu dojechaliśmy do Comodoro Rivadavia. To ciekawe miasto. 1770 kilometrowy rurociąg transportuje stąd gaz do Buenos Aires. Do miasta wjeżdża się przez góry, które nieco osłaniają je od patagońskich równin, ale i tak wieje. Zasięgnęliśmy języka i pojechaliśmy do Rada Tilly, to taki mały kurort, wypoczynkowa mieścinka dla mieszkańców Comodoro. Znaleźliśmy normalny camping, rozbiliśmy namiot i dzisiaj pierwszy raz robiliśmy asado samodzielnie, na prawdziwej argentyńskiej parilli (grilu). Żyć nie umierać. Rada Tilly jest położone w takiej dolince, osłonięta górami z dwóch stron, przy samym morzu. Miasteczko jest niewielkie, ma piękny widok na zatokę, wiele knajpek i restauracyjek. Jutro wypoczywamy... :beer: CDN...
  23. 27 points
    Pomagałem mojemu nowemu koledze z Lublina (Facetowi w drodze) kupić motocykl. Obejrzeliśmy kilka razem, kilka widział on sam, ale nic szczególnego nie wypatrzyliśmy. Żeby nie ciągnąć w nieskończoność tej opowieści, powiem tylko, że ja ma GS-a z Warszawy (tego od znikających kilometrów), a Marcin odjechał moją efką. Tak wygląda mój nowy sprzęt. Potem napiszę więcej, teraz muszę lecieć.
  24. 27 points
    Odcinek 1, czyli dlaczego on jedzie na czołówkę?? Jak to zwykle przed samym wyjazdem - jest nerwowo. Dopinanie wszystkich robót na wczoraj, ustawianie pracowników, podwykonawców i przekonywanie rzeczywistości, że dwutygodniowy urlop to nie katastrofa… Wtorek wieczór przyjeżdża Raf, jednak widząc Jagnę w szale pakowania i sprzątania woli na wszelki wypadek zejść z drogi i zaszywa się cichutko w kąciku: Ponieważ w Namibii lada dzień ma się zacząć pora deszczowa, wciskam do walizki dwa polary, kurtkę przeciwdeszczową, dżinsy oraz środki na komary. Oczywiście nie wyjęłam ani jednej z tych rzeczy ;) Poranek wita nas słońcem, wrzucamy wszystkie toboły do auta, zgarniamy po drodze Andrzeja i wio, 700 km do Frankfurtu nad Menem. Po drodze jeden niewielki stau (zaledwie 40 min), dojeżdżamy planowo na parking, a stamtąd już busem na lotnisko. W kolejce do odprawy sami Niemcy, i dopiero Andrzej wzbudza jakieś wątpliwości pani za ladą. Pani woła nas wszystkich jeszcze raz, bo uświadomiła sobie, że powinniśmy mieć wizy, a ona powinna to sprawdzić… Samolot wprawia nas w lekką konsternację: pachnący nowością Airbus 330. Luksusy! Jeszcze przed kolacją proponują lampkę wina… Tak to ja mogę latać ;) Skład pasażerski lotu wygląda mniej więcej tak: 250 Niemców, 3 Polaków i jeden Namibijczyk. Lot jest nocny, ale pospać udało nam się średnio. Jeden narzeka na za długie nogi, inny na światło… Marudy ;) Rano piękne i gładkie lądowanie w Windhoek. Lotnisko wielkości naszej Ławicy ;) Na lotnisku czeka na nas gość z wypożyczalni, wizyta w kantorze i możemy jechać. Do Windhoek jest 40 km! Wymieniliśmy pieniądze od razu na cały wyjazd. Zgadnijcie, kto trzymał kasę ;) Nasza Toyota już czeka na nas, przechodzimy krótki kurs rozkładania namiotów oraz wyszarpywania koła zapasowego spod auta (drugie jest na skrzyni). Jest mały problem - autem oficjalnie można kierować tylko z międzynarodowym prawem jazdy. Tymczasem mam je tylko ja, bo miało być potrzebne tylko jedno… Auto, jak auto, no może trochę większe. Ale ma jeden malutki feler: kierownicę z prawej strony. A co za tym idzie: dźwignię zmiany biegów po lewej wycieraczki zamiast kierunkowskazów kierunkowskaz zamiast wycieraczki… Jagna zdecydowanie odmawia jazdy jako pierwsza. Jest południe, a my jesteśmy w centrum Windhoek. -Raf, siadaj za kierą... -Ja? -Ty, a my będziemy ci mówić cały czas “jedź lewą”... Teoretycznie wystarczy patrzeć, co robi gość przed nami. W praktyce jest trochę gorzej, mniej więcej raz na 5 min wymuszamy na kimś pierwszeństwo albo usiłujemy pojechać pod prąd. Kiedy GPS mówi “wjedź na rondo” widzę tylko zaciśnięte zęby Rafa ;) O sygnalizowaniu zamiaru skrętu poprzez machnięcie wycieraczkami już nie wspominam nawet... Na nasze nieszczęście mnóstwo tu skrzyżowań równorzędnych. Kto do cholery ma pierwszeństwo?? Tej z lewej chyba? To dlaczego stoi i nam macha?? Zdaje się, że nasze namioty dachowe krzyczą z daleka “uwaga turysta, możesz spodziewać się najgorszego” ;) Zakupy w “Spar”, tankowanie na Shellu (co to za Afryka?) do dwóch zbiorników (120 litrów!) i jesteśmy w końcu za miastem. Uffff... Tu na wszelki wypadek też przypominają turystom: Powoli schodzi z nas napięcie, ale pojawia się za to zmęczenie. Zjeżdżamy na pierwszy szuter w bok, najpierw spokojnie, powolutku… Nie jest fajnie jechać za kimś: Zajeżdżamy do knajpy na obiad, ostatnie zdjęcia białasów: Montujemy na drzwiach naklejkę - żadna wypożyczalnia nie ma takiej kolorowej ;) Od tej pory wszyscy Niemcy pokazują nas palcami - patrz, oni są z Polski! Gorzej niż UFO ;) Wracamy na główną B1 (najważniejszy asfalt w Namibii), kierownicę przejmuje Andrzej i stwierdza “eee, nie jest tak źle”. Po czym po skręcie w lewo zajmuje prawy pas, przyprawiając pewnie o stan przedzawałowy kierowcę jadącego naprzeciw... Po przejechaniu 260 km mamy dość, widzimy drogowskaz na kemping, zjeżdżamy. Jest całkiem przyjemnie, pusto, mamy swój kawałek terenu z prysznicem i kibelkiem, no i najważniejsze - swój kawałek CIENIA pod akacją ;) Chwilę później okaże się, że parkowanie pod akacją jednak nie jest dobrym pomysłem. Pierwszy wyciąga kolec z pięty Andrzej, kolejny Jagna. Kolce akacji są szczególnie wredne: Kolec akacji w całości ma dwa długie i jeden krótki element, i wszystkie pod kątem prostym. Jak tylko nie upadnie, zawsze jeden sterczy do góry... Zaczynamy wypakowywanie: Mamy całą skrzynię przyborów kuchennych. Najważniejszy przyrząd na szczęście jest! ...więc wieczór zapowiada się miło ;) cdn.
  25. 27 points
    Kilka dni temu zamontowałem na motku parę drobiazgów: olejarkę, deflektor i podwyższenie handbarów. Wygląda teraz bardziej "bojowo", ale przydatność należałoby sprawdzić w praktyce. Wcześniej miałem już zaplanowany wyjazd do Radomia, choć pogoda nie rozpieszcza, samochód zostaje w garażu i decyduje się na jazdę motkiem. Jest mgliście i ma padać - trudno. Patrzę na mapę i szukam jakiejś sensownej trasy, co by nie było monotonnie. No i jest: po drodze pooglądam Wisłę ( znajduję jakąś przeprawę promową w okolicach Czerska), a potem zwiedzę rejon Studzianek Pancernych. Pakuję aparat fotograficzny i w drogę. Po godzinie docieram nad Wisłę. Jestem na końcu ostrogi wcinającej się kilkaset metrów w koryto rzeki. Wokół cisza i spokój. I mgła. Prom jest nieczynny, choc widać śledy użytkowania, wzmacniany jest cały cypel. Podczas przyboru wód wszystko jest zalewane, a potem pewnie trzeba odwalać tony piachu zasypujące ostrogę. W oddali pracuje jakaś barka. Jeszcze ostatnie foty i czas jechać dalej. A dalej droga wiedzie przez Magnuszew do Studzianek. Ładny jest odcinek drogi między Trzebieniem, a Łękawicą, jedzie się groblą przez mokradła. Teraz wiem dlaczego doszło do bitwy pod Studziankami - to jedyne "suche" przejście z rejonu Magnuszewa. W którymś momencie jest tak ładnie, że zatrzymuję się by dłużej nacieszyć oczy widokami. Kompletna głusza i odludzie, a dookoła mgły... Wyjmuję aparat i cykam kila fotek. Ruszam dalej w stronę Głowaczowa. Gdzieś po drodze...Jazda w taki mglisty dzień ma nawet swój urok :). Ponieważ wyjechałem z domu dość późno, dzień zaczyna się kończyć, a przed zmrokiem chcę dotrzeć jeszcze nad zalew Domaniewski na Radomce. Jadę dalej. Nad zalew docieram już prawie o zmroku, jest kilku wędkarzy, można wędkować z okna samochodu... I znowu kończy się kolejny fajny dzień z motkiem, warto było jechać. P.S. Olejarka działa, podwyższenie handbarów - niby drobiazg, ale wreszcie nie wieje tak po łapach, no i deflektor :), nareszcie po kilku godzinach jazdy nie hurgocze we łbie :).


×